piątek, 17 kwietnia 2015

Rozdział I - Opowiadanie Alex - "Jeden podpis"

Witajcie,


Dziś mam dla Was naprawdę smakowity kąsek - Pierwszy rozdział nowej historii znanej autorki jaką jest Alex (Wujek Alexa), która wspomagała mnie w czasach Dwóch Światach oraz również teraz jako beta. 
Dziś prezentuje Wam ona dojrzałe dramione, pełne emocji i zwrotów akcji. 
Pierwszy rozdział publikujemy tutaj, ale autorka ma już kilka następnych stron i na jej blogu: https://coseeterne.wordpress.com/, wkrótce pojawi się coś więcej. Mam nadzieję, że zachęcicie ją do dalszej pracy waszymi komentarzami :)


Pozdrawiam

Venetiia

PS. Alys od "Podróży na baletkach", to drugi pseudonim Alex :)


Słowo od autorki:

Tym, którzy zostaną do końca i uwierzą, że fortuna się odwróci, a każdy człowiek się zmienia.
Specjalne podziękowania dla Venetii za wiarę we mnie i szansę, mam nadzieję, że nie zawiodę.
I przepraszam wszystkich wnikliwych, bo Alina nie miała tekstu do sprawdzenia
A Podróż na baletkach zacznie się ukazywać od maja na rzeczach wiecznych.
miłej lektury.
wasz Alex



***

- Hermiono, ktoś puka.
- Niech spada – odpowiedziała elokwentnie panna Granger. Miała naprawdę dość świata. Napełniła swój kieliszek bordowym płynem i ponownie wzięła większy łyk. Nie miała ochoty nikogo oglądać. Nie po tym, co się dziś stało... Ależ była głupia...
Ginny wstała i poszła wpuścić gościa, który dobijał się dość natrętnie. 
- Słucham?
- Jest Hermiona? - Panna Granger usłyszała głos tej, która była wszystkiemu winna. Podniosła się z kanapy odkładając kieliszek z resztką wina i poszła do przedpokoju, wyciągając różdżkę. Widać wcześniej nie wyraziła się dość jasno. W drzwiach stała jej sekretarka, Sandra.
- Hermiono, ja naprawdę nie wiem jak to się stało, przeglądałam te dokumenty od Malfo...
Na dźwięk tego znienawidzonego nazwiska panna Granger podeszła i zatrzasnęła drzwi przed nosem swojej asystentki i bezsilnie osunęła się na podłogę. Ginny klęknęła przy niej.
- Może da się coś z tym zrobić? Jakoś unieważnić...
- Nic się nie da unieważnić, Gin – wyszeptała Hermiona zrezygnowanym tonem. - Znam prawo i rozmawiałam z szefem departamentu przestrzegania prawa, ale pan Simons nie widzi żadnego problemu. Oni tylko dają furtkę dla takich pomyłek jak moja, bo przecież te zapatrzone w siebie świnie tylko upraszczają procedurę! - Mała kobieca pięść uderzyła o drewno w bezsilnej złości.
- Ale muszą wziąć pod uwagę, że nie zgodziłaś się dobrowolnie.
- Nic nie rozumiesz, magii nie obchodzi, czy przeczytałam dokument, ja go podpisałam z własnej woli. Tylko to interesuje tych zapatrzonych w siebie idiotów z przerostem prostaty!
Opiekuńcze ramiona panny Weasley zamknęły Hermionę w bezpiecznym uścisku i bezsilna dziewczyna rozpłakała się, tracąc resztki silnej woli i chęć by zachować twarz.
Ginny pomogła Hermionie wstać i zaprowadziła ją do sypialni dziewczyny. Posadziła ją na łóżku i zdjęła jej sweter, a potem wyplątała wsuwki, pozostałe z porannego starannego koka.
- Połóż się, znajdziemy rozwiązanie. - Miała wrażenie, że jej zwykle tak dojrzała i rozsądna przyjaciółka jest teraz małą przestraszoną dziewczynką. Okryła kołdrą osłabioną płaczem Hermionę
i delikatnie gładziła jej włosy i plecy, póki jej oddech się nie wyrównał i nie zapadła w głębszy sen.

Draco stuknał z uśmiechem szklanką z Blaisem.
- Za nowe życie, przyjacielu.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś. - Zabini patrzył na przyjaciela z mieszaniną podziwu i szoku. Malfoy uśmiechnął się złośliwie. To było prostsze niż przypuszczał. Wystarczyło tylko oczarować tę głupią asystentkę i gdy ona wpatrywała się w jego oczy, podłożyć ten dokument ze zgodą. Granger jest bohaterką i jako taka przywróci jego nazwisku należne mu miejsce w społeczności czarodziejów. Poza tym, nie bez znaczenia jest utarcie nosa tej imitacji czarodzieja. Weasley się wścieknie, jak się dowie. Kąciki ust uniosły mu się w pełnym satysfakcji uśmiechu. Rozbił świętą trójcę, zyskał żonę zgodnie z nowym prawem i przywróci świetność nazwisku. Jutro Granger pojawi się w ministerstwie z pierścieniem Malfoyów na palcu a on poda do prasy informację o zaręczynach.
- Blaise, to było proste, Granger nadal jest naiwna i łatwowierna.
- I chcesz z nią żyć? Przecież cię przeklnie i zrobi ci z życia piekło.
- Nie ma takiej, której się nie da ujarzmić, a oswojenie Granger to będzie sama przyjemność.
Oczami wyobraźni widział ją na przyjęciach w Malfoy Manor, wyglądającą równie zjawiskowo jak podczas ministerialnych bankietów. Jedyną skazą na jej osobie było towarzystwo. Weasley skutecznie psuł jej idealny obraz. Co do jej słownictwa, wiedział, że potrafi być uprzejma i dyplomatyczna, będzie idealną żoną arystokraty.

Hermiona otworzyła oczy, natychmiast mrużąc je w świetle słońca. To był sen, zły sen spowodowany alkoholem. Śniło jej się, że podpisała akt małżeństwa z Malfoyem. Przeczesała włosy palcami i syknęła, gdy coś na jej palcu wplątało się w jej włosy. Szarpnęła dłonią, próbując ją uwolnić w pierwszym odruchu, a potem wolną ręką sprawdziła, co takiego wplątało się w jej włosy i krępuje jej ruchy. Spiralny kształt na jej palcu, chłodny metal oplatający jej palec i wystające kamienie. Hermiona poczuła, jak powoli jej ciało opanowuje chłód. To nie może być prawda.... nie może. Rozpaczliwie zaczęła uwalniać rękę.
- Hermiono spokojnie. - Do sypialni weszła Ginny i wystarczyło jej jedno spojrzenie na bladą i przerażoną twarz przyjaciółki, by zrozumiała.
- Już spokojnie... - Ginny cierpliwie wyplątywała dłoń Hermiony z jej niesfornych loków, starając się nie zwracać uwagi na coraz szybszy oddech przyjaciółki, jej zaciśnięte pięści i
- Gin... Gin powiedz, że to nie to, co myślę, ja nie podpisałam to, był sen. Zły sen.
Hermiona siedziała na łóżku powtarzając sobie swoją teorię o śnie, jakby słowo powtórzone wielokrotnie miało stać się prawdą. W końcu poczuła, że jej ręka jest już swobodna i spojrzała na pierścionek, którego nigdy nie chciała oglądać. Srebrny krążek i pięknym wzorze wysadzany pięknymi szmaragdami... Poczuła łzy pod powiekami.
- Dlaczego ja? - Spojrzała żałośnie na Ginewrę. Niedawno śmiała się z przyjaciółmi, siedząc w ich ulubionym klubie i świętując swój awans, a teraz? Nie wiedziała czemu właśnie ją to spotkało, chciała po tym wszystkim spokoju, rodziny, a wpadła w sidła swojego największego wroga. Mężczyzny, który poniżał ją od pierwszego spotkania. Nie rozumiała jego motywów, tego, co nim kierowało, ale wiedziała jedno. Ten mężczyzna nie jest w stanie dać jej szczęścia,a ona jest ostatnią kobietą, która go może uszczęśliwić. Ukryła twarz w dłoniach, by po chwili odsunąć je od twarzy i przyglądać się temu symbolowi, jakim ten cholerny arystokrata chce ją zniewolić. Złapała za pierścionek i szarpnęła, chcąc się pozbyć tej znienawidzonej błyskotki, ale pierścionek ani drgnął.
Aż sapnęła ze złości. O nie. Jeśli on oczekuje, że ona wejdzie z tym pierścionkiem do ministerstwa, to jej nie zna. Zdejmie ten pierścionek, choćby miała sobie odrąbać ten palec. W końcu chirurdzy potrafią je przyszyć, a zdjęcie tego pierścionka jest tego warte. Wyskoczyła z łóżka i pobiegła do łazienki wziąć prysznic i przygotować się do wyjścia. Wsunęła stopy w balerinki, wygładziła swoją garsonkę i spojrzała w lustro. Chłodny i skromny profesjonalizm. Skrzywiła się, patrząc na przymusową biżuterię. Zupełnie nie w jej stylu, po wojnie został jej tylko komplet perłowych kolczyków i wisiorek. Jedyna biżuteria jaką miała na sobie podczas wesela Billa i Fleur i ten pretensjonalny drogi pierścionek do niej nie pasuje. Ciekawe czy uda się to zrobić? Blady uśmiech pojawił się na jej ustach. Złapała swój płaszczyk i torebkę, a potem zatrzasnęła za sobą drzwi i wyszła na ulicę. Nie lubiła pośpiechu, ceniła spacery, te chwile tylko dla siebie. Czarodzieje tego nie rozumieli. Teleportacja sprawiała, że pojawiali natychmiast w kolejnym wybranym punkcie, pozbawiając się czaru tych prostych chwil. Skierowała się w stronę pierwszego szpitala, ale po chwili zmieniła kierunek, a złośliwy uśmiech na jej ustach stał się szerszy.
Przestąpiła próg remizy strażackiej i podeszła do pierwszego napotkanego strażaka z uroczym uśmiechem. Po kwadransie wyszła z budynku sprężystym krokiem i skierowała się do metra.

Narcyza bacznie przyglądała się synowi, siedzącemu naprzeciw niej przy stole. Wydawał się zadowolony, wczoraj zauważyła brak rodowego pierścienia Malfoyów, ale Draco jak dotąd nie poruszył tego tematu. Oczywiście, wiedziała o nowym prawie małżeńskim, ale nadal nie poznała wybranki syna. Upiła łyk kawy, przyglądając się swojej latorośli. Był rozluźniony, spokojny... pewny siebie.
- Jesteś dość tajemniczy, synu.
Podniósł spokojnie wzrok i spojrzał uważnie na matkę.
- Tajemniczy? - Uniósł brew, przyglądając się z wystudiowaną obojętnością Narcyzy.
- Nie wspominasz o narzeczeństwie, a zabrałeś rodowy pierścień. - W jej głosie usłyszał lekką naganę i wyrzut. - Mam nadzieję, że dokonałeś dobrego i rozważnego wyboru.
- Oczywiście, matko. Będziesz zachwycona, gdy ją poznasz.
- Mam nadzieję, musi być wyjątkowa, skoro wejdzie do naszej rodziny.
- Jest – zapewnił spokojnie. Przecież to bohaterka, najmądrzejsza czarownica tego stulecia i trochę zaniedbana kobieta, ale to można spokojnie wypracować przy pomocy odpowiednich osób i pieniędzy. Skrzywił się, widząc skrzata koło siebie.
- Czego chcesz? - warknął.
- Panicz dostał list. - Skrzat uniósł tacę z listem i spojrzał na ręce Dracona. Sprawiał wrażenie, jakby najchętniej chciałby znaleźć się gdzieś daleko. Młody Malfoy przewrócił oczami i wziął kopertę od skrzata. Otworzył ją i tylko wychowanie pomogło mu zachować zimną krew, choć przed oczami miał czerwoną mgłę. Jak ona śmiała?! Jakim prawem przecięła rodowy pierścień Malfoyów?! Powinna czuć się wyróżniona, że on, przystojny, młody arystokrata zwrócił uwagę na taką kobietę jak ona. To był bezcenny klejnot!
- Coś się stało, Draconie?
- Nie, matko, muszę niestety cię opuścić, ważne sprawy mnie wzywają. - O tak, Granger, musimy porozmawiać. Wyjaśnię ci, kim teraz jesteś i co masz i powinnaś robić. Ucałował matkę w dłoń i wyszedł przed dom, by teleportować się do swojej krnąbrnej narzeczonej.

Hermiona siedziała w fotelu i wpatrywała się w Rona, nerwowo krążącego po jej gabinecie. Wiedziała, że nie będzie to dla niego łatwe, nie dalej niż trzy dni temu poprosiła go o czas do namysłu, a teraz musiała się przyznać, że z własnej głupoty i przez nieuwagę skazała się na życie z facetem, którego Weasley nienawidził chyba najbardziej.
- Możesz mi wytłumaczyć, jak do kurwy nędzy zostałaś jego żoną, Hermiono?!
- Ron, uspokój....
- Jak mam się uspokoić?! Poprosiłaś mnie o czas na przemyślenie a teraz....
- Nie zgodziłam się dobrowolnie, do cholery, sądziłam, że mnie znasz! - Wstała gwałtownie, tracąc panowanie nad sobą. Jak on mógł choć przez chwilę pomyśleć, że zgodziła się na ten śmieszny ślub dobrowolnie i świadomie!
- Zmusił cię?! - Raptownie zatrzymał się i wbił w nią zszokowane i gniewne spojrzenie.
- Podrzucił mi ten dokument, na litość boską, przecież nie związałabym się z nim.
- Trochę grzeczniej, Granger. Jesteśmy prawnie małżeństwem.
Hermiona i Ronald obrócili się gwałtownie, słysząc ten chłodny i drwiący głos. Draco stał w drzwiach ze swoim ironicznym uśmiechem.
- Malfoy – syknęła ostrzegawczo Hermiona, szybko łapiąc Rona za rękę. Nie potrzebowała dodatkowych problemów, a wiedziała, że Draco zrobi wszystko, by sprowokować jej przyjaciela.
Weasley zmrużył oczy i gdyby nie mocny uścisk Hermiony, prawdopodobnie rzuciłby się na rywala.
- Wynoś się stąd, ty pieprzona gnido – zawarczał Ronald, obserwując Dracona zmrużonymi oczami.
- O nie, Weasley, ty wyjdziesz, bo muszę porozmawiać z moją nieoficjalną żoną.
- Ron, wyjdź, proszę, to zajmie chwilę… - Wspięła się na palce, mocniej oparła dłonie na ramionach przyjaciela i wyszeptała do jego ucha. - On cię tylko prowokuje. Wie, że masz temperament i to wykorzystuje, nie daj mu satysfakcji…
Rudzielec niechętnie skinął głową, pocałował ją w policzek i wyszedł. Hermiona spojrzała na drzwi, za którymi zniknął jej przyjaciel i potem odwróciła się do nieproszonego gościa. Zamarła. Malfoy wyglądał jak ucieleśnienie furii. Z trudem powstrzymała chęć, by cofnąć się o krok. Nie ugnie się, nie przed nim. Skupiła się na tym, by nie okazać temu mężczyźnie swojego lęku i bez słowa wskazała mu fotel. Jednak mężczyzna zignorował jej gest.
- Co ty sobie wyobrażasz? – syknął..
- W tej chwili staram się zapomnieć o tym idiotycznym papierku jaki podpisałam, popełniając mój życiowy błąd.
- Nasz ślub jest najlepszą rzeczą jaka mogła spotkać taką dziewczynę jak ty, a ty mi się tak odwdzięczasz? – Wyjął z kieszeni dwie połówki pierścienia. Na ten widok Hermiona dostała lekkich rumieńców.
- Zmusiłeś mnie do tego, to był jedyny sposób, by go zdjąć, a nie zamierzałam w nim paradować w pracy. – Starała się przybrać spokojny i opanowany ton, nie dając po sobie poznać, że żałuje swojego impulsywnego zachowania.
- To rodowy pierścień, Granger. Był bezcenny nie tylko ze względu na pieniądze, był w rodzinie od pokoleń i dostałaś go jako moja żona.
- To powinieneś sam mi go wręczyć, a teraz proszę wyjdź…
- Nie bądź śmieszna i nie wyjdę bo jeszcze nie skończyliśmy.
- Hermiono, jest już pani Jackson. – Sandra uchyliła drzwi do gabinetu i na widok Dracona oblała się szkarłatnym rumieńcem.
- Musi zaczekać, teraz jesteś zajęta, Granger – wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Poproś, my już skończyliśmy rozmowę. – Spojrzała twardo na Draco.
Sandra patrzyła na nich ciut zdezorientowana, Hermiona sapnęła, tracąc resztkę cierpliwości. Podeszła do drzwi i otworzyła je szerzej i spojrzała sugestywnie na swojego niestety męża.
- Sądziłem, że uszanujesz tę pamiątkę i potraktujesz ją jako dowód mojego szacunku wobec ciebie.
Granger aż otworzyła usta ze zdumienia.
- Przepraszam… - wybąkała, gdy była w stanie cokolwiek powiedzieć. – A teraz naprawdę wybacz, muszę pracować.
Draco wyszedł z uśmiechem satysfakcji, tak łatwo sterować gryfonami.


piątek, 10 kwietnia 2015

Miniaturka Leny

Witajcie,


Po dłuższej przerwie (spowodowanej brakiem nadesłania pracy), znów zapraszam Was na moment z pracą młodej autorki. Dziś miniaturka Leny, autorki bloga: http://nie-mysl-o-szczesciu.blogspot.com/.
Zapraszam Was do aktywnego komentowania.
Pozdrawiam!


Venetiia

PS. Duża prośba do wszystkich osób, które zapisują się na termin publikacji - Bardzo Was proszę o przemyślenie tej sprawy dwa razy i nierezygnowanie w ostatniej chwili, jak poprzednia autorka, bo powoduje to powstawanie "dziur", które z przyjemnością zajęłaby inna autorka. Najbliższy wolny termin to 17.07 - więc, jak widać młode autorski są i chcą pisać dla Nas.

***

      Wierzba bijąca rosła w Hogwarcie od lat. Na początku, gdy była młodym drzewem, była bardzo ciekawa, ile ich ma dokładnie i próbowała to liczyć, ale nigdy jej nie wychodziło. Nie umiała pojąć, czym jest ‘rok’. Żeby zabić czas, zajęła się więc obserwacją uczniów i wtedy zainteresowała ją pewna ciągłość wydarzeń, która pozwoliła jej poniekąd zrozumieć, czym jest dla ludzi czas.
     Najpierw zauważyła, że co rano z tej samej strony wstaje słońce i wtedy cała szkoła zaczyna budzić się do życia, a gdy zachodzi po przeciwnej stronie o porze, którą określano jako wieczór, wszyscy szykują się do snu. Po jakimś czasie zauważyła coś jeszcze. Poznała znaczenie pór roku, choć zrozumienie tego zajęło jej zdecydowanie więcej czasu. Cyklicznie, gdy ona traciła liście, w szkole pojawiali się uczniowie i uczyli się w jej cieniu; gdy była zupełnie łysa, przestawali przychodzić, a na ziemi pojawiał się biały puch, który ludzie nazywali śniegiem; gdy zakwitały na niej pąki, pojawiali się na nowo i zapełniali błonia, ucząc się, śmiejąc i bawiąc, a gdy w końcu zaczynało się robić naprawdę gorąco, wsiadali do powozów ciągniętych przez niewidzialne stworzenia i wyjeżdżali na wakacje do domów, a w szkole robiło się cicho i spokojnie, nikt nie zakłócał jej spokoju. Wtedy zaczynała za nimi tęsknić, za gwarem, który robili, za ich obecnością, która nadawał jej życiu sens, i zaczynała odliczać cicho wschody słońca do ich powrotu.
      Co roku - jesienią - przychodzili nowi uczniowie, a ona obserwowała ich z ciekawością, ale nikt nigdy nie zapadł jej w pamięć. Po prostu przychodzili, przez jakiś czas uczyli się w szkole i potem znikali na zawsze. Dlaczego więc zapamiętała pewną dwójkę, która od początku darzyła się ogromną niechęcią, nie miała pojęcia i nie umiała tego zrozumieć przez wiele lat. Długo zastanawiała się, jak to było możliwe, przecież ani ona nie była specjalnie urodziwa, ani on ponadprzeciętny, ot, zwykły arystokrata, który czuł się lepszy niż inni. Wiele lat potem doszła do wniosku, że gdy zobaczyła ich po raz pierwszy, gdy brunetka kurczowo przyciskała do piersi książkę, a blondyn jakby od niechcenia rzucał obelgami, które trafiały prosto w serce dziewczynki, wyczuła od nich wyjątkową aurę, coś silniejszego niż wzajemna niechęć i nienawiść, choć wówczas nie umiała określić, co to było. Czasem przychodzili oboje, by posiedzieć w samotności, skrywając się w cieniu po jej przeciwnych stronach i nie mając pojęcia o swojej obecności. Wylewali wtedy wraz ze łzami swoje smutki i niepowodzenia lub zastanawiali się, dlaczego świat jest jaki jest i czy nie mógłby być bardziej czarny lub biały, a najlepiej - szary, żeby wszystko było prostsze. Czasem marzyła, żeby zaczęli się spotykać, przecież do siebie pasowali. Oboje piękni, młodzi, inteligentni, z marzeniami… Była jednak świadkiem tak wielu awantur z ich udziałem, kłótni pomiędzy nimi, jednego wspólnego szlabanu, niejednokrotnie utarczek słownych, które kończyły się odjęciem punktów ich domom, że w pewnym momencie straciła nadzieję i pogodziła się z tym, że pozostaną wrogami. Raz nawet dziewczyna prawie złamała chłopakowi nos, a on wraz z “przyjaciółmi” rok później zaplanował bardzo okrutną zemstę i tylko nie rozumiała, w czym miał pomóc mu żuk, którego prawdopodobnie hodował.. Było jasne jak słońce, że nienawidzić będą się już zawsze. Widocznie tak musiało być i już.
      Trudno więc wyobrazić sobie jej zdumienie, gdy pewnego dnia oboje nadeszli z dwóch różnych stron, usiedli pod nią i zaczęli rozmawiać bez wyzwisk, można wręcz powiedzieć, że po przyjacielsku. Zauważyła, że zaczęło się to powtarzać cyklicznie, że mieli swój jeden dzień, który spędzali razem, kryjąc się w jej cieniu. Nagle zdała sobie sprawę, że czeka na te ich spotkania z niecierpliwością, zastanawiając się, co nowego wydarzy się tym razem. Chłopak często przynosił jej kwiaty. Ona wtedy rumieniła się i mówiła, że przecież nie musi tego robić, a on uśmiechał się i mówił, że dla niej wszystko, co najlepsze. Kiedyś przyniósł inny bukiet niż zwykle, a ona zmieniła swoją odpowiedź i powiedział, że czerwone róże daje się tylko kobiecie, którą się kocha. Zadrżała wówczas w  oczekiwaniu na jego słowa, czuła, że to wyjątkowa chwila dla nich obojga i miała rację. Obiecał, że żadna inna kobieta innych od niego nie dostanie. Wtedy domyśliła się, że to prawdziwa miłość, taka, której nic i nikt nigdy nie zniszczy.
       Ale nie zawsze było tak różowo. Czasem on mówił, że już dłużej tak nie może, że chce dla nich tylko szczęścia i żeby nie musieli się dłużej ukrywać, a wtedy ona obiecywała mu, że już niedługo wszystko się skończy i nic nie będzie stało na przeszkodzie ich miłości. Widziała, że jej wierzył, że chciał to robić, bo miał do niej ogromne zaufanie. Lubiła patrzeć, gdy przychodzili z różnych stron, sprawdzali, czy aby na pewno są sami i wówczas dopiero witali się, pilnując, by pozostać niezauważonymi. Czasem dziewczyna pojawiała się znikąd, zupełnie jakby umiała być niewidzialna. Zasłaniała wtedy chłopakowi oczy i pytała słodko: zgadnij kto to? Raz wyrwała się z jego uścisku,  a on zaczął ją gonić, nie mając na dobrą sprawę pojęcia, w którą stronę się zwrócić. Pojawiła się nagle z zarumienioną twarzą i załzawionymi ze śmiechu oczami, a on przytulił ją i wyszeptał do ucha coś, co spowodowało, że cała się zarumieniła. To były piękne momenty, w których czuła, że ich miłość przetrwa wszystko, że kłótnie dowodzą ich uczucia (no bo jak mogło być inaczej, gdy kłócili się o “blond wywłokę, która przystawia się do cudzego chłopaka” albo “rudego palanta, który nie umie utrzymać łap przy sobie”?). Zaślepiona ich szczęściem, zupełnie nie spodziewała się tego, co wydarzyło się pewnego deszczowego wieczoru, w dniach, gdy pewien zły czarodziej zaciskał coraz ciaśniej pętlę dookoła magicznego świata.
      Dziewczyna przyszła cała zapłakana. On długo próbował ją pocieszyć, ale nie udało mu się to. Nawet jego dotyk nie odpędzał jej złych myśli. Rozmawiali bardzo gwałtownie, czuła beznadzieję ich położenia, jego ból i jej brak nadziei. Aż nagle ona wstała i po prostu odeszła, szeptając kilka słów, których on nie usłyszał. Masz mnie i moje serce na własność do końca świata i jeden dzień dłużej. Krzyknął za to głośno jej imię (a może to było nazwisko?), prosił, żeby do niego wróciła, żeby go nie opuszczała. Nawet się nie odwróciła. Wierzba miała wrażenie, że chciała to zrobić, że gdyby mogła, cofnęłaby wszystkie słowa, które już zdążyły paść, i sprawiła, że wszystko byłoby tak proste i nieskomplikowane jak dawniej, ale nie umiała czy też nie mogła tego zrobić, zupełnie jakby coś ją blokowało. Blondyn posiedział chwilę, wciąż schowany w jej cieniu, nie mając pojęcia, że ona marzy, żeby móc mu powiedzieć, co usłyszała, a czego on nie zarejestrował; że przecież wszystko może się jeszcze ułożyć i że ich bajka na pewno będzie miała szczęśliwe zakończenie. Zauważyła za to, że uronił jedną łzę, którą natychmiast gniewnie otarł i odszedł. Odszedł tak samo jak ona wcześniej, odszedł do swoich spraw, do swojego życia, w którym nie było już miejsca dla szkolnej miłości. Miłości, która podobno miała być na zawsze.
        A ona pozostała na swoim miejscu, poruszając smutno gałęziami i myśląc o tym, że jest jedynym świadkiem ich wielkiej, hogwardzkiej miłości, która miała przetrwać wszystko. I stoi tam po dziś dzień, zastanawiając się, czy tej dwójce dane było kiedykolwiek jeszcze się spotkać.



piątek, 27 marca 2015

Miniaturka Cyntii - "Herbata"

Witajcie,

Chciałam ponownie podziękować Wam za słowa wsparcia w trudnych dla mnie chwilach - to wiele dla mnie znaczy.
Dziś trochę późno, ale to przez nawał zajęć przedstawiam Wam miniaturkę Cyntii (Znanej również jako Tana) pt."Herbata".
Oczywiście w imieniu swoim i autorki proszę o komentarze. I indywidualnie każdego z Was i wszystkich razem proszę o kulturalną dyskusję w tych komentarzach.
Pozdrawiam.

Venetiia




***

,,Herbata"

Ta miniaturka jest w sumie wyciętym fragmentem z mojego opowiadania, który nie mógł się w nim pojawić, ale szkoda mi było go zaprzepaścić.

Cyntia ;*


Trzęsącymi się rękami opatrywałam jego ramię. Bandaże były przesiąknięte krwią, a ja starałam się tylko nie wypuścić ich z rąk. Pomieszczenie było zapełnione ludźmi , a powietrze gęste od strachu i zniecierpliwienia. Ale ten jeden oddech był najważniejszy. Płytki i urywany. Oczy miał zamknięte jakby samo uchylenie powiek sprawiało mu zbyt duży ból. Rany na jego piersi powoli przestawały krwawić, ale były głębokie. Dzisiaj nie dadzą mu spokoju. Paskudna klątwa...

-Hermiona...

Na dźwięk jego słabego głosu wszyscy zesztywnieli i wstrzymali oddech. Spojrzałam na jego bladą twarz przerażona jak gdyby każdy najmniejszy wysiłek mógł go zabić. Jego oczy były nadal zamknięte, usta mu drżały, a między brwiami pojawiło się kilka zmarszczek. W oczach zabłysły mi łzy gdy patrzyłam na tą kochaną twarz.

-Tak? - powiedziałam, ale łzy dusiły słowa, więc musiałam powtórzyć. -Tak, Draco?

-To prawda? - zapytał. Nawet nie potrafiłam określić tonu jego głosu. Może jest zły? Albo zawiedziony? Spuściłam wzrok z jego twarzy. Zawiązałam opatrunek i powoli wstałam.

-Zaparzę ci herbatę. - powiedziałam odchodząc w stronę drzwi. Byle tylko na niego nie spojrzeć. Byle nikt nie zobaczył łez w moich oczach. Byle tylko stąd wyjść.

-Dlaczego mi nie powiedziałaś?! - krzyknął chrapliwie. Nie powinien krzyczeć. Prawie podskoczyłam przestraszona. Zatrzymałam się, ale nie odwróciłam. Nie mogłam. Nie mogłam, ponieważ łzy leciały mi już po policzkach. Chciałam mu powiedzieć, że tak strasznie się bałam, że nigdy nie byłam pewna tych wszystkich uczuć: i moich, i jego, że przecież jest wojna i jest tyle ważniejszych rzeczy, że tyle razy zamierzałam mu powiedzieć, ale...Ale co? Nie było okazji? Czy po prostu się bałam? Chciałam to wykrzyczeć, podbiec do niego i wciskać mu kłamstwa, że na pewno zostanę, że nawet nie rozważałam powrotu do domu. Byle tylko go uspokoić. Bo to on jest ranny. Bo to o niego trzeba się teraz martwić, nie o mnie. Nie mogłam tego jednak zrobić. Zamiast kłamać spuściłam tylko głowę i wyszłam z tego cholernego pokoju.

Zaczęłam iść w stronę kuchni. Zniecierpliwionym gestem otarłam te uparte łzy. Skupiłam się jak tylko mogłam na robieniu herbaty. Nie chciałam dopuścić innych myśli. Kubki są w trzeciej szafce po lewej stronie. Podchodzę. Pierwsza szafka, druga, trzecia. Otwieram drzwiczki. Niebieski kubek. Odstawiam go na stół, wyjmuję herbatę z...pierwsza szuflada od góry. Wrzucam saszetkę do kubka. Zwykła, mugolska herbata. Ta, która tak mu smakowała przy London Eye. Cytryna z imbirem. Podchodzę do kuchenki. Chwytam czajnik i wlewam wodę. Stawiam go na płomieniach. Niech się zagotuje. Odwracam się tyłem do szafek i czekam z rękami skrzyżowanymi na piersi. Pomogło. Muszę się tylko skupiać na herbacie. Wszystkie uczucia zniknęły. W tej chwili jestem mugolką. Zwykła dziewczyną, która robi zwykłą herbatę. Woda się zaraz zagotuje. Zaraz się zagotuje. Zaraz się zagotuje. Wtedy zaleję herbatę. Jego ulubio...nie... Woda się zaraz zagotuje, zagotuje się. To głupie! Dlaczego płaczę?! Przecież chodzi tylko o tą durną wodę! Machnęłam różdżką i od razu usłyszałam gwizd. Woda się zagotowała. Zalewam herbatę. Jestem czarownicą, nie mugolką. Już nie potrafię.

-Miona? - usłyszałam znajomy głos. Stałam tyłem do drzwi, więc nie widział nadal płynących łez.

Nie pojmuję czemu, ale na dźwięk tego kochanego głosu, płynęło ich jeszcze więcej. Pokręciłam głową.

-Hej, co jest? - zapytał podchodząc Stał tuż obok, a ja ukryłam twarz za włosami. Chciałam odpowiedzieć, naprawdę chciałam, ale bałam się zdrady ze strony własnego głosu.

-Miona ty płaczesz?

-Nie. -skłamałam. Nie było to przekonujące, a on i tak nie czekał na odpowiedź. Odgarnął jedynie kurtynę moich włosów i złapał mnie delikatnie za podbródek. Uniósł moją głowę i próbował spojrzeć mi w oczy, które spuściłam. W oczy z których cały czas płynęły łzy.

-Hermiona...hej Miona...Miona popatrz na mnie.

Uniosłam głowę. Jego czarne włosy były jak zwykle w nieładzie, koszula była pognieciona, a na zmęczonej twarzy oprócz troski widziałam też ciepło i miłość. Puścił mój podbródek i obie ręce położył na moich ramionach jednocześnie patrząc mi w oczy.

-Nie będę pytał o co chodzi, bo zdaję sobie sprawę, że jest tego dużo. Wiem, że jest ci...cholera, ciężko to chyba niedomówienie. Ale musisz pamiętać, że nie siedzisz w tym sama., rozumiesz? Ostatnio nikt z nas się nie popisał. Każdy popełnił jakiś błąd, nie tylko ty. Musisz wiedzieć, że nadal znaczysz dla nas tyle samo. Dla Ginny, mnie, a nawet Rona. Niektóre rzeczy nam się mogą nie podobać, ale to twoje życie. Rób z nim co chcesz dopóki jesteś szczęśliwa. Twoje szczęście jest dla nas ważniejsze od jakichś szkolnych uprzedzeń czy konfliktów.

Z każdym jego słowem łzy leciały coraz bardziej.

-Harry... - chciałam mu podziękować, ale targnął mną zbyt długo hamowany szloch. Płakałam jak wtedy gdy miałam jedenaście lat i wszyscy mi dokuczali. A on tak samo jak wtedy, tylko bardziej stanowczo, przytulił mnie i pozwolił płakać.

-No już...Wiem, że w dużym stopniu chodzi o Malfoya. Przepraszam cię wiesz? Przepraszam Miona. Musiałaś być zagubiona, a my ci ę tylko krytykowaliśmy. Nasze ,,rady" były egoistyczne. Ale koniec z tym. Nie lubię go, naprawdę nienawidzę. Ale jeżeli ty naprawdę go kochasz, to nie mam prawa się wtrącać. Nikt nie ma. My się tylko martwimy Hermiona. Nie chcemy, żebyś cierpiała. A to przed chwilą...On nie ma prawa tak na ciebie naciskać. Pamiętaj, że jakąkolwiek podejmiesz decyzję, ważne jest tylko to żebyś była szczęśliwa.

Odsunęłam się od niego i spojrzałam mu w oczy. Łzy cały czas spływały mi policzkach.

-Naprawdę uważasz, że cokolwiek wybiorę będę szczęśliwa?

Nawet ja usłyszałam nutkę wyrzutu w swoim głosie. Przez chwilę patrzył na mnie zaciskając usta w cienką kreskę.

- Nie. Pewnie nie.

Chciał znów mnie przytulić, ale wyminęłam go, chwyciłam stygnący już napój i wyszłam z kuchni. Nie chciałam współczucia tylko zrozumienia. A on mi teraz współczuł. Jak mogę wybierać między rodziną, a tymi ludźmi. Przyjaciółmi i towarzyszami od 10 lat. Wzięłam głęboki wdech i weszłam do pokoju, w którym siedział Draco. Rozeszli się wszyscy prócz Blaisa. Rozmawiali o czymś cicho. Zapukałam w otwarte drzwi.

Ucichli natychmiast. Spojrzeli na mnie, lecz Draco od razu odwrócił głowę. Blaise wpatrywał się jednak we mnie. Nie potrafiłam nic wyczytać z jego wzroku. Poczułam się niekomfortowo. Podeszłam do stolika i postawiłam na nim kubek, ani razu nie zaszczycając blondyna spojrzeniem.

-Cytryna i imbir. - powiedziałam odwracając się i odchodząc.

-Hermiona? - powiedział głośno. Eliksiry zaczęły robić swoje, siły mu wracają. - Chodź tutaj.

Nienawidzę tego tonu w jego głosie. Nienawidzę tej blond czupryny za to, że się nawet nie odwrócił. I nienawidzę siebie za to, że z niewiadomych przyczyn, podeszłam. Zatrzymałam się tuż obok jego fotela, ale wzrok uparcie utkwiłam w ścianie.

-Chodź tutaj. - powtórzył wyraźnie zły.

-Przecież przyszłam. - odparłam. Mój głos był natomiast zacięty. Nie jestem jakąś jego Parkinson.

- Nie. Stań przede mną. nadal brzmiał na złego

To nie była...wściekłość. Nawet nie jestem pewna czy złościł się na mnie. Ale złościł się zdecydowanie. W odpowiedzi na jego sugestię tylko prychnęłam. Nie zamierzałam skakać za nim jak jakiś piesek. Nie zamierzałam dać mu poczucia jakiejkolwiek władzy nade mną. I tak zrobiłam już to o co prosił. Prosił! Też mi dobre określenie. Jakby kiedykolwiek o coś prosił!

-Dobrze... - jego głos brzmiał teraz jak...pogodzenie? Irytacja? Zerknęłam na niego zaintrygowana. Widziałam jak powoli wstaje z fotela. Widziałam grymas bólu, który starał się ukryć., ale nie był w stanie. Widziałam jak z ran na nowo sączy się krew. Głupia! Ganiłam siebie w myślach. Przecież miałaś tylko podejść! Ale nie mogłam mu pokazać, że zrobiło to na mnie jakiekolwiek wrażenie. Kurczę! Chciałam mu tylko coś udowodnić, a nie zmuszać do wykrwawiania się. Patrzyłam teraz na jego twarz. Słyszałam wciąż chrapliwy oddech.

-Płakałaś. - powiedział po chwili. Było mi wstyd, że to zauważył, ale nie spuściłam wzroku. Patrzyłam w jego cholerne tęczówki. Na dodatek wcale już nie sprawiał wrażenia złego. Może w ogóle nie był, tylko gryzły mnie wyrzuty sumienia? Te same, które nie dają mi spać w nocy.

-Od dawna o tym wiesz? - pytał na prawdę łagodnie. Zerknęłam w bok chcąc szukać pomocy u Blaisa i stwierdziłam, że nie zauważyłam nawet gdy dyskretnie wyszedł. No pięknie! Jesteśmy tu sami.

-Okej...to może chociaż powiesz dlaczego płakałaś? -kontynuował.

Podniósł rękę i odgarnął mi za ucho jeden z niesfornych kosmyków po czym dotknął mojego policzka. Westchnęłam. Stał blisko. Czułam jego zapach. Jedyny na świecie i najcudowniejszy. Wtuliłam twarz w jego dłoń i zamknęłam oczy. Co on ze mną robił? Przed chwilą byłam na niego zła, a teraz...

-Hermiona... -ponaglił lekko. Poczułam wilgoć w kącikach oczu.

-Bo się boję. Bo nie wiem co robić, bo...

Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego. Miał łagodny wyraz twarzy, lecz co chwilę pojawiał się na niej grymas bólu.

- Draco...może usiądziesz? - zapytałam niepewnie. W tej chwili czułam się taka bezbronna...taka...jego...

Zmarszczył brwi jakby nie spodziewał się tego pytania.

-To nawet dobry pomysł.

Podszedł do fotela i pociągnął mnie za sobą po czym posadził mnie na swoich kolanach. Byłam lekko zdezorientowana, ale wtuliłam się w niego delikatnie nie chcąc sprawić mu bólu. On jednak przyciągnął mnie do siebie zdecydowanie mocniej, zupełnie ignorując opatrunki, które czułam przez cienką materiałową barierę mojej sukienki i jego koszuli. Chciałam się odsunąć, ale nie pozwolił mi na to, więc wtuliłam się jeszcze bardziej. Draco schował twarz w moich włosach. Siedzieliśmy tak przez chwilę oddychając sobą. Potem pocałował mnie w czubek głowy i zapytał:

-A teraz? Teraz dlaczego płaczesz?

-Bo tak mocno cię kocham...



piątek, 20 marca 2015

Miniaturka Yasmin - "Wciąż ją kocham"

Witajcie!

Na początek dziękuje za słowa wsparcia, osobom, które dowiedziały się, że przeżywam obecnie trudne chwile w związku ze śmiercią ukochanej babci. Z tego też powodu, przez kilka najbliższych tygodni nie pojawi się kolejna część DraczKotka - Przepraszam Was za to, ale nie mam ani nastroju ani ochoty na publikowanie zabawnych historyjek. Rozdział Rubinu i Stali pojawi się tak jak zaplanowano - 01.04 i nic tego nie zmieni, a premiera autorskiego opowiadania przewidziana jest na 01.05 i również mam nadzieję, że to mi się uda.

Co do dzisiejszej publikacji  - Oto przed Wami miniaturka autorstwa Yasmin, współautorki bloga: http://hidden-in-the-sun.blogspot.com 

W imieniu autorki proszę Was o komentarze!
Pozdrowienia dla Wszystkich.
Venetiia Noks.



Autorka radzi:

- Dzisiejszego wieczoru odłożyłem telefon. Nie z przymusu, tak po prostu. Wtedy po raz pierwszy coś się wydarzyło. Głęboko w środku, wewnątrz pokiereszowanego serca, tknęło się niezidentyfikowane uczucie. I nagle, w ciągu ułamku ulotnej sekundy, coś we mnie pękło. Poruszyło mnie. W końcu zdałem sobie tę cholernie bolesną sprawę. Możliwość, że kiedyś poczujesz do mnie to, co ja do ciebie... To za dużo, zwyczajnie zbyt wiele. 

- Nie potrafię wyjaśnić, czemu przez cały ten czas uciekałem od prawdy. Wciąż myślę o tobie. To takie żałosne, prawda? Jestem taki beznadziejny. Zahipnotyzowałaś mnie, oczarowałaś, uwiodłaś, a potem... zostawiłaś. Ale po prostu ja muszę wiedzieć...

Draco przesunął delikatnie dłonią po skrawku kołdry, dokładnie poznając jej szorstką i nierównomierną fakturę. W tym właśnie miejscu zwykł widzieć jej wątłe, ale piękne i zmysłowe ciało, rozwalone bezczelnie, bez cienia skrępowania. Wydawało mi się, że zdążyła już zwyczajnie do tego przywyknąć... Oswoić się. Jakim musiał być głupcem, że pozwolił temu wspaniałemu stworzeniu odejść? Nie, to wcale nie tak. Jak wielkim odznaczał się szaleństwem, sądząc naiwnie, że to wszystko było prawdziwe? Cud, którego pragnął, gdy patrzył na niego przez okno, jeszcze nigdy nie wydawał się mu być tak odległy i nieuchwytny. 

- Taki rodzaj fantazji nie może, po prostu nie może przejąć moich marzeń, koniec, kropka - wyartykułował spokojnie, osowiale drapiąc się po piekącej go skroni. - Boże najświętszy, ja jej chyba nienawidzę. 

W głowie majaczył mu się zamazany obraz Hermiony, gdy ta stanowczym, ubranym w obojętność głosem oznajmiła mu, że ma natychmiast, wręcz bezceremonialnie, zwrócić wszystkie listy, które do niej pisał. Natomiast one były świadectwem jego człowieczeństwa. Więc jak mogła oczekiwać, że odda je bez żadnego, jakiegokolwiek większego sprzeciwu? Przecież nie mógł na to pozwolić, bowiem to właśnie one sprawiły, że ze zwycięską ręką zdołał wywinąć się nicości.

Tak bardzo pragnął, by z jego, zazwyczaj suchych oczu, nie popłynęły żadne łzy. Chciał, by pozostały one jeszcze przez chwilę w jego sercu. Chryste, jakim on był idiotą, myśląc, że mogłaby go pokochać. Jego, tego zepsutego niczym przeterminowany owoc drania. Cechował go chłód, to prawda, i rzadko okazywał swoje prawdziwe uczucia, często nad sobą nie panował. Czuł się sam w sobie zagubiony, z trudem przychodziło mu okazywanie nawet najmniejszych ciepłych gestów. Był zamknięty w sobie, przez co nie potrafił jasno i przejrzyście przedstawiać swoich aktualnych myśli. Nie wiedział też, jak ma to zmienić. I kiedy już zaczął przełamywać całą tę powstrzymującą go barierę, ona postanowiła wszystko to zniszczyć. Wszystko, na co tyle czasu pracował. Wszystko, co przez cały ten czas budował. Cała jego psychiczna ewolucja, zdawała się być już tylko nic nie wartym wspomnieniem. 

Wiedział jedno. Od początku to on powinien był ją odrzucić, a mimo to pragnął pozostać w jej myślach do ostatniej chwili. Obojętnie w jakiej postaci. 

- Nie mogę uwierzyć, że mimo wszystko wierzyłem w tę miłość - westchnął zażenowany. 

Telefon znajdował się na wyciągnięcie ręki, czekając, aż ktoś w końcu go użyje, wystukując na klawiaturze magiczne cyferki. Nie chciał z niego korzystać, a właściwie wręcz nie znosił. Uważał, że takie sprawy powinno załatwiać się na żywo - twarzą w twarz, jak na faceta przystało. Niemęskie dla niego było nocne wydzwanianie i wylewanie swoich żalów przez blaszane urządzenie, mimo to nie miał on innego wyboru.

Wstał.

Z szybko bijącym sercem podszedł do nocnej półki, która nie wiedzieć czemu, nie znajdowała się bezpośrednio przy jego łóżku, po czym sięgnął po słuchawkę, lecz nie zadzwonił od razu. Znieruchomiał i stał tak może z pięć-dziesięć minut, zanim ostatecznie zdecydował się wybić określoną sekwencję numerów. 

Odpowiedział mu głuchy, przytłumiony i pociągły sygnał. Sekundy mijały, a wraz z nimi szyba okna pokrywała się coraz większą ilością nieregularnych kropli wody. Pogoda była przygnębiająca, a z nieba lało się jak z konewki. Normalnie cieszyłby się z takiej nieprzystępnej pogody, jednak tej nocy odbierała mu ona jedynie resztki cennego opanowania.

Wciąż nic. Nikt nie odbierał. 

- Upierdliwa dziewucha - mruknął, pragnąc rzucić nowiutkim telefonem o ścianę. Czemu jednak nie miałby spróbować jeszcze raz? O nie, nie da jej spokoju. Nie zasłużyła na niego.

Sfrustrowany Draco począł wciskać zieloną słuchawkę na umór, nie robiąc ani jednej przerwy pomiędzy poszczególnymi odezwaniami irytującej go sekretarki. Miał zamiar zmusić ją w ten sposób do odebrania. Może wyciszyć telefon, godził się z taką opcją, ale z pewnością nie potrafiłaby zignorować tak natarczywego dzwonienia. W końcu prędzej czy później zdenerwowałby się, że nie daje jej świętego spokoju.

Kolejny sygnał.
Kiedy zastanawiał się już, czy tak naprawdę istnieje sens w tym ciągłym, wręcz natrętnym i namolnym wydzwanianiu, dźwięki ucichły, a w słuchawce usłyszał, jak ktoś przeciągle i nerwowo oddycha. 

Odebrała. I co teraz? 

Milczeli, oboje milczeli, jednak żadne z nich nie miało odwagi rozłączyć się jako pierwsze. To śmieszne, tak bardzo go unikała, a teraz nie potrafiła nacisnąć tej cholernej czerwonej słuchawki. Powinien był powiedzieć jej wszystkie te słowa, które kotłowały mu się od samego rana. Zamierzał wyrzucić je na jednym tchu, lecz z tą chwilą przestały być już one dla niego takie oczywiste jak zwykły na początku. W ostateczności nie wiedział, co ma jej powiedzieć. A czas płynął. 

I hate everything about you
Why do I love you?

- Czy... Czy kiedykolwiek myślisz, gdy jesteś całkiem sama, o tym kim moglibyśmy być dla siebie, jeśli nasze drogi nie rozeszłyby się w ten sposób..? Gdybyś mnie nie pożegnała...
Nie odpowiedziała, a mimo to wciąż się nie rozłączała. 

- Czujesz się otępiała, doznajesz różnych uczuć, których pojąć nie jesteś w stanie?

Drgnęła, czuł to. Był niemalże pewien, że Hermiona tak jak on ściska kurczowo obudowę telefonu bojąc się, że nagle wyślizgnie się on z jej drobnej dłoni, przerywając tym samym zaskakujący monolog blondyna. 

- Milczysz... Ciągle milczysz, jesteś tchórzem, Granger. Zwykłym tchórzem. Powiedz mi tylko - kontynuował. - Zwariowałem, czy się zakochałem? A może to tylko zauroczenie? Krótkie i nic znaczące zauroczenie? Proszę, wyznaj mi szczerze. Łapiesz oddech, gdy na ciebie spoglądam? A może się powstrzymujesz, tak jak ja, tłumiąc go w sobie? 

- Dlaczego to robisz? - wyszeptała.

Właśnie, czemu on to robił? Czy naprawdę pragnął on tylko jej skruchy, pokuty? 

~ Nasz czas stanął w miejscu, czuję, jakbyś nadal był obok mnie.

Only when I stop to think
About you, I know
Only when you stop to think
About me, do you know

- Robię to ponieważ próbuję i próbuję odejść, lecz to potworne zauroczenie nie przemija. Rozumiesz?

- Obawiam się, że nie. 

- Kłamiesz - zaśmiał się. - Nie potrafisz kłamać. Gdybyś mówiła prawdę, twój głos by tak nie drżał, natomiast ty, już dawno byś się rozłączyła, a nie uważnie słuchała mojej zdesperowanej paplaniny. Spotkajmy się. Jeżeli faktycznie nie jesteś w stanie pojąć moich uczuć, bez wahania powiesz mi to prosto w twarz. Wtedy cię zostawię i w końcu o sobie zapomnimy. Już nie będzie nas ze sobą łączyło poza przetartymi i wyblakłymi wspomnieniami. To chyba uczciwa propozycja, więc zgódź się. W końcu będziesz mogła się ode mnie uwolnić, czyż nie tego pragniesz?

- Gdzie? Powiedz mi, gdzie chcesz się spotkać? 

- W opuszczonym parku obok twojego domu. Tam, gdzie zwykliśmy przesiadywać wieczorami i sunąć palcami po roziskrzonej mapie nieba. Myślę, że wciąż pamiętasz, jak tam dotrzeć. Widzimy się za piętnaście minut.

- Chwileczkę. Draco, poczekaj chwilę...

- Nie, długo już czekałem.

Po czym obrócił się zamaszyście o 90 stopni, rzucając wciąż jeszcze walczącym o powietrze telefonem o ziemię. Na ekranie w dalszym ciągu były widoczne słowa: Hermiona Granger


***

Dziewczyny takie jak ty, są jak zestaw mylących pytań i odpowiedzi, więc zamknę usta, a w nich schowam miłość, ukrytą w słowach pożegnania. 

Za oknem ponownie zaczął padać zapomniany deszcz, jednak lejąc się jak gdyby z przekąsem, dodał mu otuchy. Późno w nocy, spacerując pomiędzy opustoszałymi uliczkami zatęchłych dzielnic okręgu Sunnyhill, słyszał w wietrze znajome dźwięki. Magiczne zakamarki znane były już mu na pamięć, natomiast odgłosy te, czasami zdawały się niemalże nawiedzać go w snach, kłopocząc jego i tak zszarganą już do reszty biedną świadomość. Mimo to słuchał, słuchał ich uważnie, bowiem...

- Doskonale komponują się one z myślami o tobie.

Samotnie przemierzał brudne ulice, a wyznaczony przez niego cel, zdawał się być już tylko westchnieniem. 

- Zatrzasnąłem się we wspomnieniach, czyżby ty też? Ta pogoda, temperatura, obejmujący nas wiatr, czy zapamiętam to? Jestem pewien, że niebawem, osoba zapominana niczym biało-czarny film, ożyje. A ja ciągle będę za tobą tęsknić, przymierzając się do snu. W tę deszczową noc, nie potrafiłem zmrużyć oka.

***

Nie spodziewał się, że ich konfrontacja nadejdzie tak szybko, a przecież spieszył się na to spotkanie bardziej niż do kasy rezerwacyjnej, by móc zakupić przed czasem bilety na ukochane sobotnie koncerty. Natomiast ona stała teraz przed nim, cała przemoczona, bezbronna i drążąca. Ten obraz... Pragnął, by utrwalił się na zawsze. Jej ciało, oblepione cienkim materiałem, który prawdopodobnie narzuciła na siebie w biegu, tylko po to, by, jak zresztą wcześniej przewidywał, zdążyć na wyznaczone przez niego spotkanie, emanowało łabędzim wdziękiem. Jednak jego łabędzica była smutna. Po jej twarzy spływały strugami pozostałości tuszu do rzęs, a mimo to wciąż biło od niej piękno. Czy to były łzy, czy krople deszczu?


- Patrzę i głęboko zaglądam Ci w oczy
Z każdym razem mój dotyk sięga coraz dalej
Gdy odchodzisz, błagam byś został

- Wołam Cię po 2, 3 razy z rzędu.
Tak zabawną rzec usiłuję wytłumaczyć Ci,
Jak się czuję i tylko dumę mogę za to winić,
Nadal nie pojmuję jak twoja miłość,
robi ze mną to, czego nie dokonał nikt inny.

- Czy twój głos znajduje się w melodii deszczu? Czy ten dźwięk woła mnie? Czy deszcz ten załagodzi moje smutki? Wiesz, jak się teraz czuję? Niczym zapomniana dziecięca kołysanka.

- Jesteś, wiedziałem, że przyjdziesz - rzucił bezceremonialnie, nonszalancko wkładając ręce w przesiąknięte wilgocią kieszenie.

- Dlaczego mi to robisz, Draco? Pozostawiałeś tylko zapach swoich uczyć, nigdy nie było cię stać na więcej, więc dlaczego wciąż mnie prześladujesz?

- Prześladuję? Czy dobrze zrozumiałem? Tym dla ciebie jestem, prześladowcą? W takim razie już od samego początku, mogłaś uwolnić się od toksycznych relacji, które nas łączyły. Nie musiałaś tak długo z tym zwlekać, fałszywie sącząc mój rękaw zapachem rzekomych uczuć - warknął dotknięty chłopak. Jego jabłko Adama jeszcze nigdy nie było tak bardzo napięte.

Hermiona stała oniemiała, a jej ciało poczęło drżeć jeszcze bardziej. Draco zląkł się, nie zwykł jej widzieć w tak otępiałym na swój sposób, roztrzęsionym i histerycznym stanie. Nie był pewien, czy było to spowodowane ciężkimi słowami, które spadły nią nią niczym siekiera, czy też chłodem tej deszczowej nocy. Pragnął zarzucić na nią swoją kurtkę, ale przecież i ona była już do reszty przemoczona, a pod drzewem nie było nawet sensu się wtedy chować. Jego kruszyna, rozpadała się w oczach niczym domek z kart. Tylko dlaczego? Czyżby faktycznie jej słowa potwierdziły właśnie to, co przeczuwał już od dawna?

- Nie, nie, nie, to nie tak - jąkała się. - Nie chciałam tego powiedzieć. Jak płatki kwiatów, które spadły na ziemię, ty zdawałeś się być ciągle daleko, a ja pragnęłam być bliżej. Jeszcze bliżej. Prześladowały mnie wyłącznie moje własne uczucia, z którymi nie potrafiłam odnaleźć się w tej sytuacji, natomiast nasze przytłaczały. Tak, chciałam cię... wymazać. A mimo to twoje spojrzenie pozostało na mnie do teraz niczym zapach perfum, którego za wszelką cenę próbowałam się pozbyć. Ale prawda jest taka, że po prostu nie jestem w stanie. Słysząc twój głos przez telefon... Straciłam samokontrolę.

Puść to: Muzyka

- Dlatego celowo postanowiłaś mnie tak zimno potraktować, rzucając o ziemię niczym szmacianą kukłę, którą jeszcze niegdyś zdawałem się być? Człowieczeństwo, odzyskane dzięki tobie. Postanowiłaś je poprowadzić w zapomnienie, bo nie mogłaś sobie już z nami poradzić? Nie byłaś w stanie wytrwać do końca, czekając na moje całkowite powstanie z popiołów. 

Granger spuściła ze wstydem głowę, łapiąc się tym samym za poróżowiały od niskiej temperatury policzek. Do ostudzonych uszu Malfora, dotarł dźwięk cichego pociągnięcia zapchanym nosem.

Ruszył, zbliżał się do niej co raz bardziej, łamiąc dzielącą ich odległość. Bicie jego serca przyspieszało z każdym krokiem. Domagało się bliskości dziewczyny, tylko ona mogła je zaspokoić. Draco złapał za drobną dłoń Hermiony, po czym stanowczym ruchem oderwał ją od jej twarzy. Będąc pod wpływem jakiegoś nie do końca znanego sobie uczucia, pochylił nad nią swą twarz, po czym powolnym ruchem warg, skosztował jej aksamitnego policzka. Żołądek palił go, jednak nie na nim chciał się w tym momencie skupić. I chociaż nie chciała ona, by ich oczy spotkały się, wiedział już, że płakała. Teraz to on zapragnął zadać jej pytanie.

- Dlaczego płaczesz?

- W deszczowy dzień zakochałam się w tobie. Zwykłam cię kochać z całych sił, ale nie wygląda na to, żeby było nam to pisane, więc moje serce cierpi - powiedziała cicho, wciąż nie patrząc mu w oczy.

Hermiona wciągnęła go w wir uczuć.

- Od początku miałem cię w swoim sercu, tam też zostałaś. Teraz tkwi w nim już tylko kawałek szkła.

- Naszkicuję cię ołówkiem, a potem zamażę kroplami deszczu... Dziś ponownie cię naszkicowałem. Jednak, czy aby na pewno zdołam zamazać obraz twych szarości na białej kartce papieru?

- Myślę, że skłamałem mówiąc, że nie mogę bez ciebie żyć. - Draco ponownie pozbywał się swoich uczuć. - Masz rację, to uczucie nie jest nam pisane. Dotrzymam danej ci wcześniej obietnicy, odchodzę. Raz na zawsze zniknę z twojego życia. Przysługa ma została spełniona. Przepraszam, za wszystko. 

- Odpowiedz tylko na jedno pytanie, dlaczego to robiłeś? - wołała przerażona Hermiona widząc, jak ptak, którego skrzydła niegdyś uleczyła, zdawał się od niej odlatywać, powtarzając wyrządzoną mu przez nią krzywdę, której teraz sama zdawała się doświadczać ze zdwojoną siłą. Zbyt wiele urwanych, niedopowiedzianych słów... Nie wiedziała, czy ma prawo go zatrzymywać. Przecież wiedziała, jak wiele znaczyło dla niego człowieczeństwo, którego kiedyś praktycznie nie potrafił w sobie odnaleźć.

- Chcesz wiedzieć? Odpowiem ci, ale wiedz, że to nie zmieni już niczego. Dni, w które byłaś moim światłem, torturowały mnie. Dlaczego więc postanowiłem jednak nie dać ci spokoju, gdy twoje serce prawie się już ze mnie wyleczyło podczas naszej rozłąki? Bo cię kocham, Hermiono. Kocham cię, ale to naprawdę nie ma już znaczenia - powiedział nieobecnie, rzucając na wiatr pogiętą kartkę. Zdawał się być w transie.

Hermiona podniosła ją, a widząc na niej własne, lecz zamazane już od kropel deszczu oblicze, zrozumiała, że odzwierciedla ono to, jak się teraz czuje, stojąc w ich ukochanym miejscu i tęskniąc za ich wzajemnym dotykiem. Jej zraniony ptak, którego uleczyła, a później ponownie zamknęła w klatce...
Zaczęła biec.

- Nie zostawiaj mnie, nie zostawiaj, proszę. Robiąc to, tylko zranisz moje serce. Nie sprawiaj, bym płakała, po prostu do mnie wróć - wołała.

Lecz Draco nie obrócił się. Jedynym, co po nim pozostało, był odgłos deszczu, a także pomięty w dłoni dziewczyny zamazany szkic. Hermiona przytknęła go do miejsca, w którym znajdowało się jej serce, po czym ponownie gorzko zapłakała. Czy ona naprawdę była skłonna pozwolić mu teraz odejść? Wyciągnęła telefon i wcisnęła zieloną słuchawkę, jednak nic się nie stało. Znane jej dobrze dźwięki oznajmiające trwanie połączenia, zniknęły.

- Przecież ja wciąż go kocham.

*** 

Za oknem rozbrzmiewa odgłos deszczu, mam przed oczami nasze wspomnienia, a ja nie mogę bez ciebie żyć, dziewczyno. Nadal tęsknię za tobą, przymierzając się do snu. Więc w deszczowe dni, zawsze będę biegł ci na spotkanie. Wciąż powtarzające się, to samo spotkanie. Wciąż ta sama, przygnębiająca miłość.

- Wciąż ją kocham.

piątek, 13 marca 2015

Rozdział I - Miaa Carpe

Witajcie.

Dziś dla Was rozdział pierwszy opowiadania Mii Carpe z bloga http://dramione-miaa.blogspot.com/.
Przepraszam, że tak krótko.
Pozdrawiam.
V.


PS. Z tego co zauważyłam, miniaturka niezabetowana. Przepraszam Was w imieniu autorki.

***

Dzień chylił się ku końcowi. Śmierciożercy wracali do swoich domów- tylko nieliczni dostępowali zaszczytu mieszkania w Malfoy Manor. Tom wraz z Alice już od godziny przemieżał korytarze, odprawiając przy tym zbędnych ludzi. Gdy był już pewny , iż żaden nieproszony gość im nie przeszkodzi wszedł do salonu w którym byli Malfoyowie. 

-Już czas. Znacie plan, prawda? Radze wam, nie zawiedźcie mnie, nie w tej sprawie. - wysyczał pierwszy raz od paru miesięcy.

Pokiwali więc tylko głowami nie chcąc ujawniać swoich wątpliwości. Co mogli poradzić...? Musieli się dostosować i już. Voldemort może im to wytłumaczył, lecz zrobił to ogólnie. Nie znali szczegółów, więc dziwne jest, że nie chcieli w tym brać udziału? Gdyby któryś z nich przez przypadek, zwykłe zagapienie, przyzwyczajenie, zdenerwowanie nazwał Hermionę Granger, nie Riddle , najpewniej już by się nie obudzili. Dostali ultimatum; albo się dostosują, albo będzie źle. 

-Chodźcie za mną. 

Nadal nic nie mówiąc, lecz kiwając głową ruszyli w stronę wyjścia z salonu, znajdując się na korytarzu. W dość krótkim czasie, zaraz po odnalezieniu Alice Malfoy Manor przeszło niewyobrażalną metamorfoze- zniknął wszechobecny czerń,a zastąpił go szmaragd, czerwień, ciemny fiolet, granat. Musieli przyznać, że dawało to dużo lepszy efekt, szczególnie z srebnymi lub złotymi dodatkami wszechobecnymi w domu. Odsłonięto też zasłony, wpuszczając przy tym światło do ciemnych od wieków komnat. Idąc jednym z korytarzy doszli do pokoju panny Riddle. Byli w nim wcześniej- zanim jeszcze Gryfonka przekroczyła progi posiadłości. Pokój wówczas nie różnił się niczym od innych- czarne ściany pozasuwane zasłony, a jedynym źródłem światła był kominek. . Zdziwili się więc, gdy zobaczyli szaro- fioletowy pokój. Pierwszym, co się rzucało w oczy było duże łóżko z poduszkami. Pokój był sporych rozmiarów, a wydawał się być jeszcze większy z powodu dużego lustra oprawionego srebrną ramą. Na jednej z ścian mieściły się dwoje drzwi prowadzące do łazienki i garderoby. Dużo słonka wpuszczał także balkon z pięknymi fiołkami i hryzantemami. Pomimo balkonu było także zaczarowane okno, które zamiast wskazywać pogode obecną na dworze pokazywało nastrój właścicielki pokoju- śpiącej na łóżku Hermiony. 

-Severusie, zaczynajmy. 
Jedno polecenie wystarczyło, by zgromadzonym w pokoju przebiegł dreszcz po plecach. Mimowolnie cofneli się niezauważalnie do tyłu. Jednynie Snape zachował zimną krew- wyszedł, gdy usłyszał swoje imie. Wyszeptał do Toma kilka słów poczym kiwając głową wyjął różdżkę, po czym zaczął szepatć zaklęcia: "Innaminitus Conjurus", "Obliviate", "Priori Incantatem", "Waddiwasi","Sesam Materio" *. Malfoyowie stali w osłupieniu.Nigdy nie słyszeli tak złożonych zaklęćwypowiadanych z takim akcentem. Tylko na Draconie nie robiło to większego wrażenia. Jego chrzestny był miłośniekiem wszystkiego, co normalnych ludzi denerwowało, więc już niejednokrotnie uczył swojego chrześniaka takich zaklęć o czym państwo Malfoy nie miało pojęcia. Po 10 minutach podobnego działania zaklęć Snape opuścił różdżkę, cofając się w stonę Lucjusza i Narcyzy. 


-Powinna się obudzić za jakieś trzy minuty. Nie mogłem jej wstrzepić pełnych wspomnień, jest za mądra i poznałaby iż nie są one prawdziwe. - wyszeptał Snape. Powoga sytuacji była namacalna; Malfoyowie ciszej oddychali, Severus szeptał. Jedynie Tom i Alice nie zmienili swojego zachowania od wejścia do pokoju. 

-Uwierzy? - zapytał Tom, patrząc przenikliwie na Hermione. Po jego głowie błąkała się tylko jedna myśl; tak bardzo się zmieniła..

-Będzie miała niejasne przebłyski waszej przeszłości. Ale to wszystko zależy od niej. - odpowiedział nadal szepcząc Snape. 

Po chwili usłyszeli ruch z strony łóżka. Voldemort zdążył posłać tylko ostrzegające spojrzenie gością, nim nie podszedł bliżej. 

-Co się stało? - zapytała półprzytomnym głosem Hermiona. Jedno pytanie z ust osiemnastolatki wprawiło w niemałe zakłopotanie znajdujących się w pokoju. Ustalali jak się zachować przez cztery dni, więc ktoś mógłby pomyśleć, że wszystko mają poukładne. Szkoda, że tak nie było. Tom, Alice i Severus ustalali najbardziej prawdopodobne wersje wydarzeń przez które Hermiona mogła stracić pamięć. Wtedy wydawało się to takie proste... oni jednak mają uczucia i nie pomyśleli o tym, jak będzie im trudno powiedzieć to w oczy dziewczynie. Jako pierwsza oprzytomniała Alice odpowiadając na pytanie. 

-Ktoś rzucił na ciebie silną klątwe. Myśleliśmy, że już się nie wybudzisz . - powiedziała, a w jej oczach zalśniły łzy. Malfoyowie pomyśleli, że w mugolskim świecie byłaby świetną aktorką. Wyjaśnianie jej pochodzenia odbyło się w małym gronie a zajeło niemal trzy godziny. Jedyne, co Riddle'owie mogli powiedzieć to to, że Severus dobrze się spisał. Wczepił w jej umysł zamglone wspomnienia Toma i Alice. Tymsamym "unicestwił" wspomnienia z Ronem i Harrym, ich przyjaźń i przynależność do Gryffindoru. Zostawił jednak wielką wiedze i ufność w stosunku do ludzi. 

-Miona, odśwież się , za godzinę zaczynamy kolacje. - powiedział Tom, uśmiechając się szczerze. Był naprawdę szczęśliwy; miał wszystko, czego pragnął. Wie, że musi zadbać o swoje i swojej rodziny szczęście i to tym miał zamiar się zająć. 

- Jeśli mój pokój jest takich rozmiarów, to boje sie pomyśleć jakich jest dom. Myślicie, że trafie..? - powiedziała młoda Riddle lekko się uśmiechając. Jej pokój był piękny, lecz nie chciał wyobrażać sobie siebie błądzącej po tym ogromnym pałacu.

-Draco po ciebie przyjdzie, to żaden problem. - powiedzieli, wychodząc. 

Hermiona wstała z łóżka na którym wspólnie siedzieli i poszła do pierwszych drzwi. Pokój okazał się być obszernie zaopatrzoną garderobą. Na wieszakach znajdowały się przeróżne ubrania; od wyszczępionych spodenek po długie suknie wieczorowe. Chciała przyjść ładnie, fakt. Ale nie będzie odrazu w jakieś sukni bankietowej chodzić. Po wybraniu ubrań skierowała się do łazienki, napełniła wannę wodą nalewając truskawkowy płyn. Leżąc w gorącej wodzie próbowała sobie przypomnieć co stało się zanim oberwała zaklęciem, jednak nie udało jej się to. Wszystko widziała jakby przez mgłę... rodzice wyjaśnili jej, że tak może być . A ona im uwierzyła. Po pewnym czasie wyszła z łazienki już ubrana. Na makijaż zostało jej 10 minut. Po dziewięciu usłyszała pukanie do drzwi. 

-Proszę

-Nieźle wyglądasz. Widać, że się ogarnęłaś , Riddle. 


Spojrzała na niego. Pierwsze co jej przyszło na myśl to to, że jest seksowny. Nawet przez ubrania było widać jego mięśnie. Platynowe włosy, szaro-niebieskie oczy, elegancki granatowy garnitur... Draco Malfoy. Nie wiedziała dlaczego, ale jakoś nie była w stosunku do niego przyjacielsko nastawiona. No bo co? Przychodzi i zamiast się przedstawić, lub po prostu przywitać to mówi do niej po nazwisku. Reszta wypowiedzi... nie wiedziała czy to komplement, obelga czy kpina. 

-Dlaczego mam przeczucie, że cie nie polubie, Malfoy..? - jej dobry humor prysł.

-Bo jesteś za mądra na życie marzeniami, Riddle. - odpowiedział, patrząc na nią z zainteresowaniem. 

-Marzeniami ? Chyba twoimi. - odpyskowała. Jeszcze niecałą godzine temu była w świetnym nastroju, rozmawiając i śmiejąc się z rodzicami, pełna zaufania do świata i zamieszkujących go ludzi. A teraz..? Miała ochote po prostu się z nim kłócić. To było silniejsze od niej. 

-Wyszczekana jak zawsze- mruknął, lecz Hermiona to usłyszała. Zawsze to słowo odbijało się echem od jej głowy. On musiał znać ją wcześniej dość blisko, skoro się kłócili. - Chodź, bo zaraz przyślą po nas kogoś. 

Korytarze przemierzali w spokoju. Hermiona miała w głowie tysiące pytań, na które chciała uzyskać odpowiedź, ale nie czuła się komfortowo w towarzystwie Malfoya. Liczyła na jakieś cieplejsze powitanie, jakąś ulgę, że się obudziła- jakiekolwiek pozytywne uczucie. W połowie drogi, gdy zorientowała się, że nic już od niego nie usłyszy zaczeła obserwować korytarze. Malfoy Manor faktycznie wydawało się być ogromnym budynkiem o ich milionie , które niezbyt zachęcały do zwiedzania gości. 

-Jesteśmy na miejscu. - powiedział, przystając.- Nie zrażaj się do nich. Wejdź dumnie, z uniesioną głową i przywitaj się grzecznie z wszystkimi. Masz być dumna, pamiętaj. - poinformował, zanim weszli. Chciał przepuścić ją w drzwiach, ale Hermiona nadal stała wpatrując się w niego. 


-Dlaczego mi pomagasz? Przecież widzę, że się nie lubiliśmy i nie że nie chcesz tego zmienić. 

-Nie wszystko jest czarno- białe. Są też inne kolory, tak samo jak w każdej sprawie jest drugie dno Riddle. - powiedział tajemniczo i spojrzał na nią. Hermiona nie wiedząc co mogłaby mu odpowiedzieć po prostu weszła przed nim do salonu. Nie było tak źle- dostosowała się do tego co mówił Draco, poznała kilku ludzi, usiadła i zjadła kolacje. 

-Hermiono.. zanim wyjdziesz chcielibyśmy ci powiedzieć, że juto idziesz z Draconem na Pokątną. 

I tak oto panna Riddle spędziła pierwszy dzień pod nowym nazwiskiem. 

niedziela, 8 marca 2015

DraczKotek cz. II/III

Witajcie!

Oto przed Wami drugą część DraczKotka..., ale żeby nie było za wesoło dodam tylko część II, a część III z roboczym tytułem "Zemsta" pojawi się przy najbliższej okazji wolnego terminy lub terminu, który zarezerwowany jest dla mnie :)
Wciąż leżę z wysoką gorączką i ciężką grypą, dlatego nie odwiedzam ostatnio waszych blogów i rzadko odpisuje na gg. Wybaczcie, nadrobię wszystko, jak poczuje się lepiej.
Pozdrowionka!
V.
PS. Miniaturka bez bety, bo dziewczyna, która miała to zrobić, jednak nie znalazła czasu.

PS. Ostrzegam, że miniaturka, jest napisana bardzo groteskowo, w formie parodii i żartu. Nie doszukujcie się w niej kanonicznego charakteru postaci czy jakiejś głębi. Ostrzegam również, że to dość specyficzny humor, który na pewno nie każdemu przypadnie do gustu, jednak napisałam ją pod wpływem dobrego humoru i dlatego chce się nią z wami podzielić 
:-)

***

- Maaa... maa... mal... malfo..yyy. Jaa jeestem Draacoon. L. Maalfooy... - przekonywał samego siebie, drżąc na całym ciele. - Przecież ja jestem... po pierwsze:
1.Najprzystojniejszym facetem w Hogwarcie - według klubu DZIAD (Draco Zajebisty i Absolutnie Doskonały).
2.Najlepszym kapitanem Qudditcha - według klubu FUCK (Fanki Ultraprzystojnych Cudownych Kapitanów).
3.Najszlachetniej urodzonym arystokratą – według moich starych.
4.Najgrzeczniejszym i najbardziej kulturalnym i słodkim i ślicznym i uroczym i grzecznym chłopcem na świecie – według mojej babci.
5.Najprzystojniejszy mężczyzna w tym stuleciu – według mnie samego i wszystkich dziewczyn jakie mnie poznały(i tych, które mnie jeszcze poznają, drogie panie - czekam na Was!).
6.Najsprytniejszym kanciarzem w magicpokera - według tych, którzy ze mną zawsze przegrywają (Ha! Masz za swoje Zabini!).
7.Najlepszy we wszystkim! - według wszystkich (No przecież Gryfoni się nie liczą, oni są niczym, a nie wszystkim).
- Wiec jak? JAK!? No pytam jak, to mogło się stać, że jestem teraz obrzydliwym, rudym sierściuchem... Nie! Na szczęście nie Wealsyem... ale wcale nie jest o wiele lepiej. Jestem Kotem. Kotem Granger! Jest źle. Traaaagicznie źle!

***

Przeciągłe miauknięcie wydobyło się z kociego pyszczka, a Hermiona z troską pochyliła się, by zajrzeć pod jeden z wysłużonych foteli w pokoju wspólnym Gryffindoru.
- Coś mu chyba dolega – zmartwiła się – Pierwszy raz widziałam, żeby uciekł od Harry'ego. 
- Nie martw się Hermionko, może to tylko chwilowe – próbował pocieszyć ją Potter.
- A jeśli nie? Może jest chory? - zamartwiała się dziewczyna.
- Pewnie pogryzł się z jakimś kotem z Slytherinu i przez to stał się jeszcze wredniejszy - zarechotał Ron.
- Goń się rudy szczurze! Ciebie żaden kot z Slytherinu, by nie tknął, bo wyglądasz, jakbyś się nie mył od ostatniej gwiazdki – mruczał i to dosłownie Draco.
- Może lepiej zabiorę go do dormitorium, chodź Krzywołapku – Hermiona ponownie się pochyliła i gestem przywołała kota.
- Nigdzie z tobą nie idę Granger. Wiesz, jak ucierpiałaby moja reputacja, gdyby ktoś dowiedział się, że gdzieś z tobą chodzę? - prychnął.
- Coś mu jest. Chyba zabiorę go do Hagrida – Hermiona była szczerze przejęta.
- Dobra Granger! Ten argument trochę mnie przekonał. Już wole iść gdzieś z tobą, niż pozwolić się obmacać temu pół-olbrzymowi, włochatemu jak nogi ciotki Belli po powrocie z Azkabanu.
Draco ledwie panując nad swoim kocim ciałem, wyczołgał się z pod fotela, plącząc się o własne łapki.
- Chodź malutki, dam ci coś do jedzenia, może wtedy ci się poprawi – Hermiona wzięła kota na ręce i przytulając go czule, ruszyła z nim w stronę swojego dormitorium.
- Nie pozwalaj sobie Granger! Malutki to może jest twój Weasley. Ja jestem bardzooo okazały, jeśli wiesz co mam na myśli... 

***

Hermiona weszła do dormitorium i postawiła go przy miseczkach z wodą i czymś co pachniało, jak składzik na trucizny wuja Tłustowłosa. Draco z niesmakiem spojrzał na brązową breję i pierwszy raz w życiu pożałował nieszczęścia kogoś innego, niż on sam. Merlinie! Ależ to cuchnęło.
- No dalej, zjedź troszkę. To twoja ulubiona karma z oposa. - Próbowała go przekonać Hermiona.
- Odbiło ci kobieto? Ja jestem Malofyem! M.A.L.F.O.Y.E.M! My jadamy kawior, trufle, owoce morza i ostrygi, te ostatnie zwłaszcza w trakcie gorącej randki. Do tego szampan i tiramisu. Za kawę podziękuję. W twoim towarzystwie, tej nocy sen pewnie będzie najlepszą i jedyną rozrywką. 
- Jedź Krzywołapku, to ci pomoże - nalegała Hermiona.
- Jedyne co mi pomoże to szybka ewakuacja. Za dużo tu szkarłatu i smrodu lakieru do włosów.  - Draco starając się jakoś panować nad kończynami, ruszył niepewnie w stronę drzwi. Ledwo jednak znalazł się pod nimi, te nagle otworzyły się i o mało co nie zmiażdżyły mu kociego pyszczka.
Odskoczył w tył i prychnął oburzony, na takie traktowanie arystokraty, ale wchodzące do środka dziewczyny zdawały się nie zwrócić na to uwagi. Bezczelne!
Prawdę mówiąc, zdażyło mu się to pierwszy raz w życiu. Zwykle zawsze był w centrum uwagi wszystkich dziewczyn.
- Hej Herm, wybierasz się gdzieś? - zapytała Lavender Brown.
- Myślę czy nie iść z Krzywołapem do Hagrida, dziwnie się zachowuje.
- Pójdziesz jutro. Dziś mamy sobotnie, babskie popołudnie! Zaraz przyjdzie Ginny z piwem kremowym – zawołała entuzjastycznie Parvati Patil.
- Babskie popołudnie? Yah! To gorsze niż Goyle śpiewający "Kociołek Pełen Gorącej Miłości" pod prysznicem! O nie! Na pewno tu nie zostanę, mowy nie ma – zdecydował Draco, ponownie ruszając do drzwi.
- Znów macie zamiar robić ranking najprzystojniejszych chłopaków w szkole? - zapytała Hermiona, wywracając oczami i siadając na jednym z łóżek.
- No jasne! - zawołała Lavender.
- Się wie! Przecież to tradycja! - potwierdziła Patil.
- Ranking? Po co wam ranking? Jam jest naj! - To wszyscy wiedzą, ale dla potwierdzenia... No dobrze, zostanę jeszcze chwilę, posuń się Granger – szybko zdecydował Draco i dość niepewnie wskoczył na łóżko.
- Od pięciu lat, co sobotę obgadujecie wszystkich chłopaków w tej szkole, aż dziw, że nic im jeszcze od tego nie powyrastało na twarzy – zaśmiała się Hermiona.
- Za to niektórym urosły rogi. Słyszeliście o Boocie? Podobno Susan Bones nieźle się zabawiła z przystojnym ścigającym ślizgonów. - Opowiadała Parvati.
- Z Higgsem! - Szybko dodała Lavender.
- To ten, który został ścigającym po tym, jak Malfoy wkupił się do drużyny, żeby zostać szukającym? - upewniła się Hermiona.
- Że niby co? Jak śmiesz Granger! Nigdzie się nie wkupiłem! Po prostu moja genialna gra była tak...Niestety Hermiona nie zrozumiała niczego ze wściekłego prychania swojego kota i tym sposobem długi monolog Dracona o jego genialności przepadł na zawsze.
- To ten wysoki blondyn, z cudownymi oczami i mięśniami niczym mityczny adonis... - rozmarzyła się Lavender.
- A co to Lav? Czyżby twoja odwieczna miłość do pewnego blondyna, nagle zniknęła? - zapytała Ginny, wchodząc do pokoju z torbą łakoci i czterema butelkami kremowego piwa.
- Nie, oczywiście, że nie, on nadal jest dla mnie boooskiii – zapiszczała Brown, czerwieniąc się przy tym z ekscytacji.
- O nie! Tylko znów nie zaczynaj kolejnego wykładu o tym głupku, niedawno zjadłam obiad... – poprosiła Hermiona.
- On jest niezaprzeczalnie... - zaczęła Lav.
- Bezsprzecznie... - wyszeptała Ginny, siadając obok Hermiony.
- Bezsprzecznie... - dodała Lavender rozmarzonym głosem.
- I absolutnie – szepnęła Hermiona, nie mogąc powstrzymać chichotu.
- I absolutnie! - wykrzyknęła Brown.
- Najprzystojniejszym facetem w tej szkole. – Powiedziały równocześnie wszystkie cztery dziewczyny, po czym od razu wybuchnęły głośnym śmiechem, poza Lavender, która wyglądała na trochę obrażoną.
- To o mnie? O mnie, prawda? O mnie czy nie?! - Draco zaczynał się denerwować.
- Wybacz Lavender, ale już od tak dawna powtarzasz to samo, może wreszcie coś z tym zrób – zaproponowała Hermiona.
- No powiedzcie wreszcie czy mówicie o mnie! - zażądał miałczliwie DraczKotek.
- Niby co? Nie mogę od tak podejść i z nim pogadać. On sam też nigdy się do mnie nie odezwie, nie mam tyle szczęścia co tym Herm – Lavender wyglądała na zasmuconą.
- Szczęścia? Rozmowa z tym oślizłym gadem, ma coś wspólnego ze szczęściem? - zdenerwowała się Hermiona.
- Granger, powiedź wreszcie o kim ona mówi! Zwariuje jeśli się nie dowiem czy to na pewno ja! - narzekał Draco.
- Nie mniej, nie przepuszczacie żadnej okazji, żeby trochę sobie pogawędzić przy każdym spotkaniu – stwierdziła rozbawiona Parvati.
- Pogawędzić? Na Godryka! Przecież my się kłócimy, skacząc sobie do gardeł – Hermiona ze złości, aż podniosła się z miejsca.
- Szczęściara z ciebie... - westchnęła tęsknie Lav.
- Jeśli chcesz, to od następnej lekcji transmutacji możesz się w zastępstwie za mnie kłócić z Malfoyem – sarknęła Hermiona.
TAK! Wiedziałem! Wiedziałem, że chodzi o mnie! - Draco podskoczył w miejscu tak entuzjastycznie, że zrobił efektownego pół-fikołka i sturlał się z łóżka.
- Krzywołap, a tobie co? - zaśmiała się Ginny.
- Mówię wam, że on jest dziś jakiś dziwny. Chyba jednak pójdziemy do Hagrida... - Hermiona powoli zaczęła podnosić się z miejsca.
- Zwariowałaś kobieto? Siadaj, one będą teraz mówić o tym, jaki jestem wspaniały! 
- O nie! Tym razem nam nie uciekniesz! Dziś twoja kolej, by powiedzieć nam, kto według ciebie jest najprzystojniejszym mężczyzną w tej szkole! - zawołała Parvati.
- Naprawdę, nie wiem po co... - zaczęła Hermiona.
- Ale my wiemy, po co nam to wiedzieć, więc nie wykręcaj się znowu tylko mów! - ponagliła ją Ginny.
- No dobrze. Chcecie, bym wymieniła najprzystojniejszego chłopaka z każdego domu, tak? - upewniła się Hermiona.
- Ooo tak Granger! Bardzo chcemy... Najlepiej zacznij od Slyterinu! No już! Wyznaj, to co wszyscy  już wiedzą!  Podobam ci się! - Draco czuł się dziwnie podekscytowany.
- Zacznij od Gryffindoru – poradziła jej Ginny.
- Dlaczego ci cholerni Weasleyowie zawsze wszytko psują!?- No dobrze. W Gryffindorze będzie to...
- McLaggen! - wyrwała się Lavender, a pozostały dziewczyny znów zaczęły się z niej śmiać -Przepraszam, myślałam, że go wymienisz, chodziliście kiedyś ze sobą – Lav lekko się zaczerwieniła.
- Serio Granger? McLaPryszczen? Myślałem, że masz lepszy gust! No tak, ale w końcu czego wymagać, skoro przyjaźnisz się z Chłopcem - Nie Znam Grzebienia i Ubogim w urodę, jak wuj Opijus w zapasy whisky. Brak ci odpowiednich, męskich wzorców, takich jak ja!- Przestań, on jest okropnie tępy – odpowiedziała Hermiona.
- I na pewno nie jest najprzystojniejszym facetem w naszym domu! – wtrąciła Ginny.
- Pewnie, że nie. Wy tu w ogóle nie znacie znaczenia tego słowa. Wszystkie gryfiaki są paskudne! – Draco miał nadzieje, że jego kocia mina wyraża takie obrzydzenie, jakie właśnie teraz czuł.
- Oliver Wood. Wiem, że odszedł dwa lata temu, ale zawsze on najbardziej podobał mi się z naszego domu – wyjawiła Hermiona.
- No nie, Granger! Ten facet był, jak skrzyżowanie trolla z langustnikiem ladaco... I kiepsko grał...- Więc to prawda, że Hermionę zwykle kręcą świetni gracze w Qudditcha – wtrąciła rozbawiona Parvati.
- Wood i świetny? Chyba tylko w odbijaniu się od obręczy, których usiłował bronić. Świetnym graczem to jestem ja, a to oznacza, że...- No to teraz Slytherin! Mów kto ci się podoba z Slytherinu! - zażądała Ginny.
- Trudny wybór, bo przecież tam jest tylu przystojniaków. Nott, Ress, Higgs, Zabini...- wymieniała Parvati.
- I Malfoy!
- Wiemy Lav! - zawołał chórem Ginny i Patil.
- Spokojnie dziewczyny, autografów starczy dla wszystkich, nawet dla fanek taniego lakieru do włosów – mruczał zadowolony Draco.
- Wcześniej pocałowałabym Snapea w nos niż przyznała, że Malfoy jest przystojny – prychnęła Hermiona.
Dziewczyny wybuchnęły śmiechem, a Draco niebezpiecznie zmrużył swe kocie oczy i cicho syknął. Tylko strach przed wizytą u gajowego - włochatego Yetii, powstrzymywał go od rzucenia się na swoją domniemaną panią i udowodnieniu jej, że Draco L. Malfoy zasługuje na miano najprzystojniejszego mężczyzny w tym stuleciu (pieprzony wujek Sekstant! Musiał być tak przystojny, że nimfy wodne układały o tym pieśni? Przez niego Draco, nie mógł mówić o sobie, jako o najprzystojniejszym facecie w historii!).
- To, że tego nie powiesz, nie znaczy, że tak nie myślisz – wtrąciła łagodnie Ginny, z wrednym uśmieszkiem.
- Zabini! - wypaliła Hermiona.
- Co? - krzyknęli wszyscy w pokoju, łącznie ze zdruzgotanym Draconem.
- Zabini jest najprzystojniejszym Ślizgonem. Chciałyście mojej opinii? Oto ona – Granger uśmiechnęła się przebiegle.
- To fakt, jest ciachem... - mruknęła Ginny przybierając podobnie rozmarzoną minę, jak Lav, gdy ta mówiła o Draconie.
- No nie! Jeszcze ty ruda wiewióro? Tobie też się podoba ten anonimowy alkoholik i kolekcjoner zboczonych plakatów z...- Jest też inteligentny, świetnie się z nim dyskutuje o eliksirach wzbogacających – dodała Hermiona.
- Hej Granger! Ja też jestem inteligentny! Przecież dyskutowałem ostatnio z tobą o transmutacji międzygatunkowej...Co prawda proponowałem żebyś transmutowała się w bobra, bo wtedy może znajdziesz sobie chłopaka, ale poniekąd była to dyskusja!- To dlaczego się z nim nie umówisz? - zagadnęła Lav.
- Bo to erotoman! Poza tym dużo pije i oszukuje w karty. I... i... pali! Cygara! Sam widziałem! I raz... w piątej klasie, pocałował Bulstrode! W policzek, ale zawsze! W ogóle o czym wy mówicie? Oni w ogóle do siebie nie pasują! Nie... absolutnie nie! - dywagował Draco.
- No dalej Hermiona, powiedz im! - nalegała Ginny, praktycznie podskakując w miejscu.
- W zasadzie, to już się umówiliśmy... w przyszłą sobotę. Idziemy do kawiarni na lody... - wyznała Hermiona, płoniąc się lekko.
Słysząc te nowinę, Draco... zemdlał.