piątek, 22 maja 2015

Miniaturka #Miony# - "Pocałunek"

Witajcie Kochani!

Kolejny piątek = kolejna praca młodej autorki, która chce się podzielić z Wami cząstką swojej wyobraźni. 
Bardzo prosimy Was o komentarze pod jej pracą, tak by mogła poznać opinie szerszego grona odbiorców i zdecydować, jak dalej potoczy się jej przygoda z pisaniem :)
Link do bloga autorki:  http://dramionezupelnienowahistoria.blogspot.com/

Przypominam, że zostały już ostatnie wolne terminy, które umożliwią Wam publikację na tym blogu.
Zgłoszenia wciąż są przyjmowane pod adresem: venetiia.noks@gmail.com
Jednak, po zakończeniu mojej przygody z promocją młodych autorek (pod koniec października 2015), cała misja zostanie przejęta i kontynuowana przez Stowarzyszenie Księcia Półkrwi
(http://stowarzyszenie-ksiecia-polkrwi.blogspot.com/), gdzie dziewczyny zgodziły się publikować i promować autorki, które nie mają jeszcze swoich blogów.
Zgłoszenia możecie już składać pod adresem: 7jazzyjazzy@gmail.com


Pozdrawiam Wszystkich i zapraszam za tydzień :)

Venetiia



PS. Na blogu "Gdy jesteśmy sami..". pojawił się mój prywatny apel/prośba do Was - zapraszam do zerknięcia na tamtą stronę i oczywiście do współpracy :)




Pocałunek

Podbiegłam do niego. Na całym ciele miał rany spowodowane jednym z zaklęć. Tylko nie to. Sprawdziłam jego puls. Ledwo wyczuwalny, ale był. Platynowa grzywka przykrywała jego zamknięte oczy. Wokół nas dalej toczyła się bitwa, ale miałam to w nosie. Teraz on był najważniejszy. Teraz tylko on się liczył. Rzuciłam zaklęcie ochronne. W takim stanie nie mogłam go nigdzie teleportować. Wyjęłam z kieszeni małą buteleczkę z esencją dyptamu. Polałam płynem jego rany, ale tak głębokie rany potrzebują opatrunku, w najgorszym wypadku operacji. Potrafiłabym to zrobić, ale nie na polu bitwy, nie w Zakazanym Lesie. Muszę go stąd zabrać. Rozejrzałam się. W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Nagle zauważyłam mojego przyjaciela. Co prawda, nie przepadał on za moim ukochanym, ale miałam nadzieję, że wyświadczy mi tą jedną przysługę.
- Harry! – zawołałam.
Wybraniec odwrócił się w moją stronę. Jego wzrok spadł na leżącego przede mną mężczyznę. Na twarzy mojego przyjaciela odmalowała się odraza. Po chwili namysłu ruszył w moją stronę. Uklęknął przy mnie i zapytał – Hermiona, co Ty wyprawiasz?! Trwa bitwa, a Ty zajmujesz się rannym wrogiem. WROGIEM, słyszysz?!
- Przestań! – rozkazałam. – On nie jest naszym wrogiem. Należy do domu Salazara Slytherina i jest BYŁYM Śmierciożercą, to prawda. Ale teraz walczy po naszej stronie! Oberwał tym zaklęciem przeze mnie! Chciał mnie obronić! – Czułam się winna. Po mojej twarzy spłynęła samotna łza. Szybko ją starłam. Przecież jestem silna. Dam sobie radę. – Harry musisz pomóc mi go przenieść w jakieś bezpieczniejsze miejsce.
- Herm, rozumiem, że jesteś w szoku, ale trwa wojna. Nie ma na świecie czegoś takiego jak „bezpieczniejsze miejsce” – powiedział dobitnie Harry.
- Musi być... Potrzebuję... – Nagle mnie olśniło. – Już wiem! Hogwart... – zaczęłam, ale przyjaciel nie dał mi dokończyć.
- Miona, Hogwart jest w ruinie. Przestał być bezpiecznym miejscem już parę miesięcy temu.
- Nie rozumiesz. W Hogwarcie jest jedno bezpieczne miejsce. – Harry rzucił mi zdziwione spojrzenie. – Nie mamy teraz czasu na wyjaśnienia, ale w zeszłym roku, zaraz po zakończeniu uczty powitalnej udałam się do Pokoju Wspólnego. Jednak skręciłam chyba w zły korytarz i zabłądziłam. Znalazłam schody prowadzące do piwnicy, ale lochy były po drugiej stronie Hogwartu. Zaintrygowało mnie to. Schodziłam tymi schodami coraz niżej. Wreszcie korytarz przestał opadać. Ruszyłam wzdłuż niego. Robiło się coraz ciemniej. Rozświetliłam różdżkę, którą na szczęście miałam przy sobie. Zauważyłam, że ściany tunelu są zrobione ze skały, a nie, jak wcześniej, z marmuru. Korytarz gwałtownie skręcił w prawo. Usłyszałam szum wody. Po kilku minutach marszu znalazłam jaskinię. Po lewej stronie znajdowało się małe jeziorko, a po prawej kawałek czegoś, przypominającego plażę. Czuła moc tego miejsca. Jestem pewna, że było chronione mnóstwem zaklęć, ale nie mam pojęcia kto chciał uczynić to miejsce bezpiecznym. Tam właśnie musimy się udać. To jakieś przeczucie, ale ta jaskinia jest takim bezpiecznym miejscem, jakiego szukamy.
Harry przystał na moją propozycję. Wziął platynowłosego chłopaka i ruszyliśmy w stronę Hogwartu.
***
Znaleźliśmy schody szybciej niż myślałam. Nie spotkaliśmy żadnych wrogów, co bardzo nas ucieszyło. Po kilku minutach szliśmy marmurowym korytarzem. Przeszliśmy kilkadziesiąt metrów, a ściany tunelu nie zmieniły się na te, zrobione ze skały. Nadal były z marmuru. Doszliśmy do zakrętu. Jednak korytarz zamiast skręcać w prawo, skręcał w lewo. Zastanowiło mnie to. Po krótkim namyśle postanowiliśmy iść dalej.
- Lumos – szepnęłam. Blask z mojej różdżki padł na ściany i podłoże tunelu. Szliśmy po miękkiej, zielonej trawie, a wokół nas rosły drzewa, po których spływały pnącza. Przepiękne miejsce. Korytarz kończył się małą łąką, porośniętą kwiatami. Nie patrząc w górę można było sobie wyobrazić, że to prawdziwa łąka. Jednak nad nami zamiast nieba, znajdowało się sklepienie jaskini. Nie była to jednak grota, którą znalazłam w zeszłym roku. Harry położył rannego na trawie. Wyczarowałam wszystkie potrzebne do zabiegu przedmioty. Igłę i nić, środek dezynfekujący, bandaże, nożyce, ręczniki, waciki kosmetyczne oraz ostry nóż. Zdjęłam zakrwawioną koszulę blondyna. Na chwilę zaparło mi dech. Jego idealnie wyrzeźbione ciało było blade, w licznych ranach, z których nadal leciała krew. Ogarnij się Hermiono. Nieopodal znajdował się strumyk. Poprosiłam przyjaciela, aby przyniósł mi trochę wody. Bez żadnego słowa wykonał prośbę. Namoczyłam ręcznik i przetarłam rany platynowłosego. Następnie spróbowałam nawlec igłę, ale z powodu moich trzęsących się rąk, nie mogłam. Harry delikatnie wyjął mi z rąk przyrządy i wyręczył mnie w zadaniu. Wzięłam od niego igłę i posłałam mu wdzięczne spojrzenie. Zabrałam się za zszywanie ran. Po godzinie wszystkie rozcięcia były zaszyte i zabandażowane. Usiadłam nad strumieniem i umyłam ręce oraz twarz. Byłam wyczerpana. Położyłam się na trawie i zasnęłam.
***
Obudziły mnie wrzaski. Gwałtownie otworzyłam oczy i zobaczyłam, że blondyn ocknął się i celuje różdżką w mojego przyjaciela. Sięgnęłam po swoją różdżkę.
- Expelliarmus! – Różdżka Draco poszybowała w moją stronę. Zręcznie ją złapałam. – Co Wy wyprawiacie?!
- Herm... – zaczął Harry, ale stalowooki nie dał mu dokończyć.
- Obudziłem się i zobaczyłem pochylającego się nade mną tego idiotę, – skrzywiłam się na to określenie. – więc sięgnąłem po różdżkę. Wtedy on zaczął się na mnie wydzierać. Resztę już znasz.
- Czy to prawda Harry?
- Tak. Chciałem sprawdzić, czy jego rany wyglądają już lepiej, a on się obudził i od razu chciał mnie zabić.
- Nie prawda. Chciałem się tylko bronić.
- Bronić? Błagam Cię, przecież ja nie miałem wobec Ciebie złych zamiarów.
- A skąd mogłem to wiedzieć?!
- Może trzeba było…
- Cisza! – przerwałam im. – Nie czas na kłótnie. Draco, połóż się. Obejrzę twoje rany. A Ty Harry, znajdź coś do jedzenia. Na pewno są tu jakieś owoce. – Obaj skinęli głowami i wykonali polecenia. Rany Draco nie wyglądały najgorzej. Na szczęście nie wdało się zakażenie i zaczynały się zabliźniać. – Boli Cię? – zapytałam, dotykając delikatnie opuszkami palców wokół ran. Pokręcił przecząco głową. – Niedługo powinieneś wyzdrowieć.
- Dziękuję Hermiono – powiedział.
- To nic takiego – zapewniłam go.
- Znalazłem coś takiego, ale nie wiem czy nadaje się do jedzenia – poinformował nas Harry, który właśnie wrócił z „polowania”. Pokazał nam czarne, małe owoce wyglądające jak jagody. Wzięłam do ręki jedną z nich i przepołowiłam. Miąższ był bordowy. Owoce pachniały przepysznie.
- Wydaje mi się, że możemy je zjeść, ale poczekajcie chwilę. Sprawdzę w podręczniku do zielarstwa, bo wydaje mi się, że uczyliśmy się o tych roślinach. – Przywołałam podręcznik i zaczęłam szybko przerzucać strony.
- Pójdę po wodę – zaproponował mój przyjaciel.
Skinęłam głową, dalej przeszukując książkę. – Znalazłam! – zawołałam. – To zwyczajne dzikie jagody. Łatwo je pomylić z trującymi wilczymi jagodami.
- Jak je od siebie odróżnić? – zainteresował się Draco.
- Wilcze jagody mają intensywnie pomarańczowy miąższ i bladoniebieską skórkę, a zwyczajne jagody bordowy miąższ i granatową, prawie czarną skórkę.
- Znalazłem jeszcze kilka innych jagód po drodze – powiedział Harry, podchodząc do nas. – Są bardzo słodkie, spróbujcie. – Pokazał nam jagody, a ja o mało nie dostałam zawału. To były wilcze jagody!
- Harry – mój głos drżał. – Ile tego zjadłeś?
- Nie mam pojęcia. Są przepyszne, więc dość sporo. Ale nie martwcie się, jeszcze dużo zostało na krzakach... – Dopiero teraz zauważył moją przerażoną minę. – Co się stało?
- Harry, posłuchaj. Ty... – zaczęłam, ale nie mogłam znaleźć słów.
- Ty idioto! – wyręczył mnie Draco. – Te jagody są trujące! To wilcze jagody.
- Jak to? – zdziwił się Harry. – Przecież Miona mówiła, że chyba możemy je zjeść...
- Nie. Powiedziałam tak, ale o poprzednich jagodach. Te są trujące!
Harry nagle osunął się na ziemię. Podbiegłam do niego. Ułożyłam jego głowę na swoich kolanach i odgarnęłam mu kruczoczarne włosy z twarzy.
- To głupi rodzaj śmierci – powiedział. – Kilkanaście razy walczyłem z Voldemortem, stawiałem czoła różnym niebezpieczeństwom, a teraz umrę przez zatrucie jagodami. – Roześmiał się słabo. – Przepraszam Hermiono – powiedział. Jego oczy błysnęły białkami. Po moich policzkach zaczęły płynąć łzy. Draco podszedł do mnie i mocno przytulił. Wyrywałam mu się i waliłam pięściami w jego tors, zapominając, że jego rany jeszcze się do końca nie zagoiły. Dopiero gdy trochę się uspokoiłam, zauważyłam, że całe ręce mam w krwi. Szybko przeprosiłam go i opatrzyłam. Położyliśmy się na trawie. Długo myślałam nad dzisiejszymi wydarzeniami. Przez to wszystko – wojnę, Hogwart w ruinie, śmierć Harry’ego – straciłam chęć do życia. Postanowiłam je skończyć. Ale nie mogłam zostawić rannego Dracona. Ułożyłam plan, który już niedługo miałam wcielić w życie.
***
Minęło kilka dni. Draco był już prawie zdrowy. Przez ten czas bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Jednak nadal pamiętałam o swoim planie.
- Mionka, śniadanie! – zawołał stalowooki.
- Co dzisiaj mamy do zjedzenia? – zapytałam przecierając zaspane oczy.
- Rogaliki z truskawkami i herbatę – poinformował mnie.
- Skąd wziąłeś rogaliki? – zainteresowałam się.
- Wyczarowałem. – Posłał mi jeden ze swoich rozbrajających uśmiechów. – Więc...
- Nie zaczyna się zdania od więc – pouczyłam go.
- WIĘC co dzisiaj będziemy robić? – uśmiechnął się złośliwie. Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się.
- Może spacer? – zaproponowałam.
- Czemu nie – zgodził się mój towarzysz.
Po śniadaniu poszliśmy w stronę strumyka. Zdjęliśmy buty i moczyliśmy je w przyjemnie zimnej wodzie. Długo rozmawialiśmy i wygłupialiśmy się. Później zaczęliśmy się robić głodni, więc nazbieraliśmy malin. Postanowiłam powiedzieć Draco o moim planie.
- Posłuchaj – powiedziałam, kiedy jedliśmy. – Od śmierci Harry’ego wiele się zmieniło, ale ja... nie chcę żyć. Mam już dosyć tego wszystkiego. Niedługo i tak musielibyśmy wrócić do rzeczywistości, którą jest wojna. Nie mam już na to siły. Straciłam chęć do życia. Ja...
- Hermiono, posłuchaj – przerwał mi platynowłosy. – Nie chcę, żebyś odchodziła. Dzięki Tobie moje życie ma sens. Kiedyś byłem okropnym Ślizgonem. Dzisiaj jestem dobrym, młodym mężczyzną. To wszystko dzięki Tobie.
- Draco... Nie mogę.
- W takim razie pozwól mi umrzeć razem z Tobą.
- Nie ma mowy. Ty masz dla kogo żyć. Rodzina, przyjaciele. Moi rodzice mnie nie pamiętają. Moi przyjaciele nie żyją. Po stracie Ginn było mi strasznie trudno się pozbierać. Teraz jeszcze śmierć Harry’ego... To dla mnie za dużo.
- Ale... – zaczął Malfoy.
- Nie zgadzam się! Rozumiesz?!
- Hermiono, proszę.
- Nie i koniec. Nie będziemy już o tym rozmawiać – rzuciłam i pobiegłam do krzaka z wilczymi jagodami. Zerwałam garść i wrzuciłam do ust, potem kolejne. Poczułam, że mdleję oraz że ktoś mnie łapie i kładzie na miękkiej trawie. Było mi przyjemnie lekko. Czułam, że umieram. – Żegnaj Draco. Wybacz, że to robię.
- Hermiono, proszę. Zostań ze mną. Kocham Cię, słyszysz?! KOCHAM!
- Ja... nie wiedziałam. Też Cię kocham Draco, ale nie miałam odwagi Ci powiedzieć. Myślałam, że mnie wyśmiejesz i znowu zaczniesz wyzywać. Tym bardziej przepraszam, że odchodzę. – Zamknęłam oczy i czekałam na sen. Wieczny sen. Poczułam, że Draco muska moje usta swoimi. Poddałam się jego pocałunkom. Czułam na języku słodki smak jagód. JAGODY! Draco pocałował mnie, ale smak jagód był dość silny by zabić i jego. Chciałam przerwać pocałunek, ale Draco coraz mocnej napierał na moje usta. Doskonale wie o jagodach. Później nastąpiła ciemność. Nic nie widziałam, nic nie czułam. Gdzieś głęboko w swojej podświadomości czułam, że ktoś leży koło mnie, dotyka mojego ramienia swoim. Mój ukochany Draco...

piątek, 15 maja 2015

Miniaturka Orchidee - "I just want you"

Witajcie,

Przepraszam Was za późną porę..., ale ze wstydem się przyznam, że dopiero przed chwilą mój luby przypomniał mi, że dziś jest piątek (kto wie, gdzie tak szybko zwiał mi cały ten tydzień? :))
Miniaturka już od kilku dni czekała na Was i Wasze opinie, bo Orchidee pięknie wywiązała się ze swojego terminu - za co jej bardzo dziękuję :) (powinna być wzorem dla innych)
Tytuł miniaturki - "I just want you" - Bardzo Was Proszę w imieniu autorki i swoim własnym o komentarze, opinie, kilka słów, w których wyrazicie wasze zdanie o tej pracy. To naprawdę bardzo ważne, bo taki jest sens i przesłanie tego bloga.
Pozdrawiam.


Venetiia

PS. Przypominam, że zostało już tylko 5 wolnych terminów publikacji. Osoby chętne, proszone są o zgłoszenie się pod adresem: venetiia.noks@gmail.com - celem dogadania szczegółów. 

***

Dzień ślubu powinien kojarzyć się ze szczęściem i miłością. Każda dziewczyna marzy o tym, że poślubi mężczyznę, z którym spędzi resztę życia. Będąc małą dziewczynką, wyobrażałam sobie, że to jest dopiero początek nowej przygody. Dzisiaj wiem, że bardzo się myliłam. W życiu nie przypuściłabym, że znajdę się w takiej sytuacji.
Stoję ubrana w białą suknię, której w życiu bym nie wybrała. Całość dopełnia makijaż, który dodaje mi co najmniej 10 lat. Obraz nędzy i rozpaczy. Tak to jest, kiedy wszystko załatwia mamusia Twojego „ukochanego”. Nawet nie myślę o tym, co jeszcze mnie czeka. Najchętniej zagrzebałabym się w pościeli i nie wychodziła z łóżka przez kolejny miesiąc. Moje przemyślenia przerywa pukanie do drzwi:
-Mogę?- słyszę głos mojej przyjaciółki.
-Tak- z całej siły staram się nie rozpłakać. Tylko jedna, pojedyncza łza spływa po moim policzku.
-Wszystko w porządku?- pyta. Jej zatroskana mina sprawia, że jeszcze bardziej muszę się kontrolować.
-To najszczęśliwszy dzień w moim życiu- uśmiecham się, ale w tym nie ma żadnej radości. 
-Przestań. Zawsze byłaś dobrą aktorką. Ale teraz musisz mi powiedzieć prawdę. Jeszcze nie jest za późno. Dlaczego chcesz zostać żoną osobnika, który jest zwany moim bratem?- od dawna bałam się tego pytania. Ruda jest dla mnie jak siostra. Zasługuję na wyjaśnienia. 
-Muszę. Ronald chce stołek zastępcy ministra. A ja pragnę spokoju dla pewnej osoby. Jeśli mogę go kupić w ten sposób, zrobię to. Pamiętasz, jak długo zajął mu powrót do normalności. Ani Harry, ani Twój brat tego nie rozumieli...

***

5 miesięcy wcześniej
-Jesteś zwykłą dziwką. 
-Więc po co to wszystko? Dlaczego tu przyszedłeś? Wynoś się. Nie będziesz, obrażał mnie w moim  mieszkaniu. 
-Grzeczniej szlamo- mocno łapie mnie za ręce i przyciąga do Siebie.- Myślisz, że nie wiem o Tobie i Malfoy'u? Nie obchodzisz mnie. Jesteś nikim, ale złota trójca musi być razem. Inaczej nie dostanę tego, na czym mi zależy. 
-A jeżeli się nie zgodzę?- pytam bez zająknięcia. Nie chcę dać mu do zrozumienia, jak wielki ból mi sprawia. 
-Pamiętaj, że wiem o sprawach, które nie byłyby dobre dla Twojego śmierciożercy...

****

-Błagam powiedź, że to żart. Przecież mama musiała wiedzieć- teraz to Ginevra ma łzy w oczach. Obie staramy się nie wybuchnąć płaczem.
-Chciałabym Ginny, ale nie mogę. Twoja  matka sama mu to doradziła- szepcę w obawie, że ktoś usłyszy.
-Masz jeszcze szansę. Wiedziałam, że to od początku było podejrzane. Mówiłam Diabłu, ale on nie chciał mi wierzyć. Muszę wysłać mu sowę- kręci się w kółko. Wygląda jakby dostała Avadą, albo niejednym cruciatusem. 
-I co dalej? Całe życie walczyłam o sobie.  A teraz nie mogę nic zrobić....
-Zdradziłam Harrego- słysząc to, o mało nie zabijam się na szpilkach.
-Co?- nawet się nie orientuje, a moja jedyna przyjaciółka zaczyna się histerycznie śmiać. 
-Wiem, że to kiepski moment, ale lepszego już nie będzie. Po dzisiejszym dniu tym bardziej rozpłynę się w powietrzu. Nie mogę tu zostać. Wiesz co się stanie.
-Domyślam się. Zostaniesz żoną Pottera. A Blaise będzie w takiej sytuacji jak Draco.
-Teraz powinnaś suszyć mi głowę za moją głupotę. Mój związek z Harrym jest podobny, do Twojego z Ronem. Przynieś, podaj i daj mi dziedzica. Nie powinnam go  była w ogóle zaczynać. Blaise jest zupełnie inny- wiem, że jest naprawdę przejęta. Cała drży, a policzkach lecą jej łzy. Chyba nie jest ich nawet świadoma.  
-Życzę Ci szczęścia. Zasługujesz na nie. Mam nadzieję, że chociaż ty będziesz szczęśliwa- mocno ją przytulam, a mój kochany Rudzielec łka jeszcze głośniej. Prawda niszczy, ale po tym jak człowiek ją przyjmuje, można poznać jak bardzo jest silny.

****
W tle rozbrzmiewa melodia marsza weselnego. Jak za dotknięciem różdżki Harry chwyta moją rękę i prowadzi w kierunki ołtarza. Kiedy stoję obok mojego przyszłego męża, czuję strach. Moje serce wybija nierówny, nerwowy rytm. Z każdym oddechem mam wrażenie, że się duszę. Słowa pastora zupełnie mnie nie obchodzą. Nawet nie orientuję się, że nadchodzi moja kolej. 
-Hermiona- ktoś delikatnie mnie szturcha. To Ginny.
-Przepraszam-chrząkam. Dostrzegam morderczy wzrok Pani Weasley. 
-Pytałem czy Ty Hermiono Jane Granger chcesz poślubić tego oto mężczyznę?- wszyscy zamierają, czekając na moje słowa. Teraz albo nigdy.
-Nie- mówię po chwili. Łapię dół sukienki i wybiegam. Słyszę wrzaski, lamenty i śmiechy. Po drodze ściągam welon i rzucam go za siebie. Na zewnątrz aportuję się z cichym trzaskiem. Mam nadzieję, że nie jest zbyt późno.
****

Dwa lata wcześniej

-Malfoy to nie może się udać. Nie powinniśmy nawet tego zaczynać. Pomyśl jak na to zareagują Twoi rodzice. Szlama i Arystokrata- staram się brzmieć przekonująco. Pragnę tylko jego ust na moim ciele. Jego dłoni na moich nagich plecach.
-Pieprzyć to wszystko. Teraz liczymy się tylko my Granger. Nie obchodzi mnie co powiedzą ludzie- po tych słowach bierze mnie na ręce i kieruje się w stronę sypialni. To jest nasza pierwsza, wspólna noc. 
*****

Stoję przed drzwiami mieszkania, w którym tak wiele się wydarzyło. Było świadkiem niejednej kłótni i wyzwisk. Nie byliśmy szablonową parą. Nie raz zdarzało się, że Draco lądował na kanapie u Zabiniego, ale chyba to był nasz urok. Biorę głęboki oddech i pukam. Po chwili drzwi otwierają się z hukiem.
-Co do ….. Granger?- wyraz jego twarzy jest bezcenny. Chciałabym mu zrobić zdjęcie, ale chyba nie byłoby to właściwe w tej sytuacji. Miał podobny wyraz twarzy, jak złamałam mu nos w trzeciej klasie.
-Nie mogłam- cicho mówię.
-Czego? Zostawiłaś mnie bez słowa. Twój głupi list niczego nie wyjaśnił- widzę jak bardzo się powstrzymuje, żeby nie powiedzieć więcej. 
-Nie chciałam Cię ranić- biorę się w garść i patrzę prosto w jego niebieskie oczy. Pamiętam, że tylko raz dostrzegłam w nich uczucie. Zawsze były jak ocean. Spokojne i nieodgadnione. 
-Wiesz jak się czułem, kiedy odeszłaś? - jego głos jest cichy i nabrzmiały od emocji. 
-Myślisz, że zostawiłam Cię z własnej woli? Czułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce, ale nie mogłam ryzykować. On by Cię zniszczył.
-Kto? Wieprzlej? Błagam. Może jeszcze z bliznowatym?-pyta, ale ja znam go zbyt dobrze. Nie chce pokazać jak bardzo cierpi.
-Ma zdjęcia z pokoju życzeń. Jak Ty byś się zachował, co? Myślisz, że było mi przyjemnie, jak codziennie wyzywał mnie od szlam śmierciożercy? Życie nauczyło mnie, że czasem trzeba postawić dobro ludzi, których się kocha ponad swoim.
-Ty idiotko. Dalibyśmy sobie radę. Jesteś jedyną osobą, która potrafi mnie uszczęśliwić-przytula mnie do siebie.-Przepraszam, nie chciałem się mieszać. Myślałem, że naprawdę go kochasz. Mogłem się zorientować, że coś jest nie tak. Diabeł wspominał, ale ja nie chciałem słuchać.
-To ja Cię powinnam przeprosić. Zrobiłam tyle złego- wdycham jego cudny zapach. Tęskniłam.- Teraz najważniejsze jest to, że jesteśmy razem. Wiesz, że będziemy musieli zniknąć na jakiś czas. Tak jak Ginny i Blaise.
-Kobieto, o czym ty mówisz?- patrzy na mnie zdezorientowany.
-Zapytaj się Diabła. Pewnie chętnie Ci opowie- rzucam uszczypliwie.
-Skoro musimy zniknąć, to równie dobrze możemy to zrobić za jakiś czas. Na razie mam ochotę ściągnąć z Ciebie tą paskudną sukienkę. Kto mógł wybrać coś tak okropnego? To aż boli....

****

Budzi mnie uczucie gorąca. Próbuję się odwrócić, ale ktoś trzyma ręce na mojej tali i mocno mnie do siebie przytula. Dopiero po chwili orientuje się, że to Draco. Wygląda tak spokojnie i kochanie. Z zapartym tchem patrzę jak oddycha, a na czoło opadają mu niesforne kosmyki. Nadal jest cyniczny i wredny, ale on należy do mnie, a ja do niego.  W życiu nie ma niczego pewnego. Kto by pomyślał, że dwójka największy wrogów zakocha się w sobie. Świat jest nieprzewidywalny, ale trzeba z tego korzystać.
-Nad czym tak myślisz?- pyta, swoim zaspanym głosem. 
-Jak to się stało, że jesteśmy razem?- odpowiadam.
-Pewnego dnia, pewna rozczochrana dziewczyna skradła moje serce. Od tamtej pory pragnąłem tylko jej. Na początku nie rozumiałem, dlaczego mam ochotę zabić każdego faceta, który zbyt blisko...
-To słodkie- całuję do w policzek.
-Nie skończyłem. Zabini uświadomił mi, że Cię kocham. Proszę obiecaj, że więcej nie odejdziesz.
-Obiecuję- A ta cicha obietnica rozbrzmiewa w mojej głowie...

sobota, 9 maja 2015

Miniaturka ~Tenczy - "Anioł stróż"

Witajcie,


Przepraszam za opóźnienie w publikacji, ale wczoraj nie było mnie w domu,
Dziś miniaturka ~Tenczy, która rezyduje na blogu: http://wszystko-i-nic-dramione.blogspot.com/
Zapraszam Was w imieniu swoim i autorki i bardzo proszę o komentarze :)

Miniaturka jest napisana specjalnie na tego bloga, za co bardzo dziękuje autorce.

Przypominam o ostatnich wolnych terminach - później nie będzie już szansy na publikacje.
Pozdrawiam!


Venetiia N.

ANIOŁ STRÓŻ 

- Ech, gdzie oni są?- Zapytała się na głos brązowowłosa kobieta w białej koszuli ze złotymi guzikami, w białych rurkach i również białych szpilkach. Chodziła w te i wewte koło złotej bramy, lekko powiewając swoimi dużymi skrzydłami. Jak mogło było się domyśleć były one tak jak jej ubranie nieskazitelnie białe. Owa kobieta była anielicą. Nazywała się Amy i dziś miała wprowadzić młodych do tej "branży". Spojrzała na zegar, wiszący na murze. Niby mieli jeszcze pięć minut, ale kobieta już się denerwowała. Odwróciła się w stronę parku i zauważyła biegnących w jej stronę aniołów.
- Aza, szybciej!- Zawołał chłopak, biegnący z przodu.
- Nie każdy ma takie długie nogi co ty!- Odkrzyknęła dziewczyna za nim, rozkładając swoje skrzydła i wystrzelając w powietrze. Nie minęła sekunda, jak leciała idealnie nad swoim towarzyszem. Popatrzyła się na niego, wystawiła język i przyśpieszyła. Z gracją wylądowała przed swoją nauczycielką. Otrzepała swoje czarne leginsy i naciągnęła rękawy bordowego sweterka. Amy zmierzyła ją wzrokiem. Zauważyła, że anielica ma na nogach czarne trampki, lekko upaćkane błotem. Niby było to niebo, ale przypominało lekko ziemie.
- Cześć Amy.- Uśmiechnęła się dziewczyna wiążąc swoje blond włosy w kucyka.
- Będzie Ci za ciepło. Tam gdzie idziemy jest 22 stopnie.- Pokręciła głową starsza kobieta.
- To ściągnę, mam jeszcze bokserkę.- Machnęła ręką nastolatka.
- To było niesprawiedliwe.- Powiedział czarnowłosy chłopak, patrząc zmrużonymi oczami na swoją towarzyszkę.
- Powiedział ten, który zawsze kantuje.- Powiedziała Aza zakładając ręce na piersi. Brązowowłosa zaczęła się śmiać. Zawsze, nieważne gdzie, Ci dwoje się kłócili, albo chociaż sprzeczali. A to o ławkę w szkole, o wynik w zadaniu, o to kto ma racje.
- Dobra, jesteście gotowi?- Zapytała anielica wciąż z wielkim uśmiechem. Jej wychowankowie pokiwali twierdząco głowami. Po chwili wychodzili przez bramę.
- Trzymajcie się mnie.- Powiedziała kobieta rozkładając swoje skrzydła. Machnęła nimi raz i już znajdowała się metr nad ziemią. Nastolatkowie zrobili dokładnie to samo i już po chwili nurkowali w dół. Powietrze świstało im w uszach i stawiało mały opór. Ale też dawało uczucie odświeżenia. Słońce muskało ich ciała i pióra, dając przyjemne ciepło. Całą trójką wlecieli idealnie w środek chmury, rozdzielając ją na kilka kawałków. Amy odwróciła głowę, by zobaczyć, czy przypadkiem nikogo nie zgubiła. Uśmiechnęła się widząc jaką radość sprawia im latanie. Anielica skręciła gwałtownie w lewo zbaczając z drogi. Zaczęła się kręcić i śmiać na głos. Zrobiła kilka kółek i zatrzymała się. Miała lekko zarumienione policzki i pokręcone włosy. Nastolatkowie popatrzyli po sobie z wielkimi uśmiechami i świecącymi oczami. Pierwszy raz widzieli by ich nauczycielka zachowywała się tak..... podobnie do nich. Nie powiedzieli nic, czekali na dalszy rozwój sprawy. Ich uśmiech minimalnie zmniejszył się gdy kobieta odwróciła się i znowu poleciała przed siebie w dół. Ramie w ramie ruszyli za nią. Po niecałych dwóch minutach mogli już zobaczyć wielki zamek, trochę mroczny las, jezioro ukryte pomiędzy drzewami i błonia. Gdy podlecieli jeszcze bliżej spostrzegli masę nastolatków. Niektórzy siedzieli w grupach, spacerowali lub opalali się. Pierwsze myśli aniołów były "Których mamy pilnować?". Nie zauważyli jak ich mentorka zatrzymała się i wpadli na nią. Brązowowłosa utrzymała się niecały metr od ziemi, ale nastolatkowie wylądowali na tyłkach.
- Aza, Dagon wstawajcie. Musimy znaleźć waszych nowych podopiecznych.- Powiedziała Amy lądując spokojnie. Zaczęła iść w stronę zamku, nie czekając na nich. Czarnowłosy chłopak wstał szybko, wyciągnął rękę do dziewczyny, którą ta chwyciła. Pociągnął ją do pozycji stojącej i od razu pobiegł w stronę drzwi, za którymi zniknęła starsza anielica. Wbiegli przez nie jak torpeda, wzrokiem poszukując nauczycielki. Zobaczyli ją stojącą przy jednym z obrazów. Podeszli bliżej i zrozumieli, ze Amy rozmawia z mężczyzną w ramie.
- Ech czyli znowu mają szlaban u Severusa.- Westchnęła.
- Tak i znowu razem. Gdyby dziewczyny miały różdżki to mieliby do pilnowania tylko je.- Zaśmiał się mężczyzna.
- Dziękuje Ci. Idę ich zapoznać z tym wszystkim.- Uśmiechnęła się kobieta.- Gotowi? To idziemy.
Powiedziała i ruszyła przed siebie. Zaczęli schodzić schodami na dół do lochów. Następnie długim korytarzem. Zatrzymali się przed drugimi drzwiami od końca. Nie otwierając ich, po prostu przeniknęli na drugą stronę. W pomieszczeniu były cztery osoby. Dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Blondyn i czarnowłosy opierali się o pułki z rożnymi flakonikami, za to rudowłosa i brązowowłosa stały po drugiej stronie pomieszczenia i wycierały delikatnie książki.
- I powiedz mi Draco, że rude nie jest wredne.- Odezwał się ten wyższy. 
- Blaise ja Cię zaskoczę. Nie tylko rude, po prostu gryfonki są wredne.- Powiedział drugi, kręcąc ścierką.
- Eee tam, to już wiedziałem.- Machnął ręką Blaise. Widać było, że oboje czekali na reakcje dziewczyn. Ale one dalej stały tyłem do nich i nie przerywały swojej pracy. 
- Ich mamy pilnować?- Zapytała się Aza przyglądając się całej czwórce. 
- Tak. Zapewne wiecie, że ich przyszłość jest mniej więcej znana. Dlatego mogę wam powiedzieć, że do końca roku szkolnego razem ich pilnujecie. Później sobie wybierzecie. Medaliony, które dostaliście będą wam pokazywać co robią, gdzie są i czy nic się im nie dzieje.- Powiedziała starsza anielica uśmiechając się delikatnie patrząc na dziewczyny. 
- To o nich nam opowiadałaś?- Zapytał się Dagon.
- Za każdym razem to byli oni. Czasami zmieniałam imiona.- Przyznała się kobieta. 
- Ginny czujesz ten smród?- Zapytała nagle brązowowłosa nastolatka odkładając ostatnią książkę na półkę. 
- Taką zgniliznę?- Rudowłosa uniosła brew do góry.
- Tak, właśnie odkryłam co to. Odpowiedz jest prosta. To ślizgoni. - Uśmiechnęła się wrednie.
- A ja myślałam, że może jakiś szczur.
- Też pasuje, aż tak się nie różnią.-Wzruszyła ramionami dziewczyna. 
- Draco czy one nas obrażają?- Zapytał Blaise.
- Wydaje mi się, że tak.- Stwierdził blondyn.- Chyba powinniśmy je ukarać.
- Nie zrobią im nic, prawda?- Aza szybko popatrzyła na swoją nauczycielkę. Ta tylko pokręciła głową i wskazała na nastolatków. Ślizgoni podeszli do dziewczyn i zaczęli je łaskotać. 
- Moi kochani to jest Hermiona Granger, Ginny Weasley, Dracon Malfoy i Blaise Zabini. Wasi nowi podopieczni. Wiecie o ich dużo, ale nie wszystko. Z czasem będziecie się dowiadywać. Mam nadzieje, że dacie sobie rade.- Powiedziała Amy, idąc w stronę drzwi. 
- Moment zostawiasz nas?- Zawołał czarnowłosy anioł. 
- Tak, moje zadanie się skończyło. Teraz będę szkolić innych.
- A co jeśli nie damy sobie rady?- Zapytała blondynka.
- Dacie. Każdy na początku się bał i trochę kiepsko mu wszystko szło, ale wreszcie się nauczył. Wierzę w was.- Powiedziała kobieta, uśmiechając się.- Będę tęsknić.
- My też.- Powiedzieli w tym samym momencie aniołowie. Patrzyli jak ich mentorka znika za drzwiami. 
- To będzie trudne.- Szepnął Dagon.
- Wiem. Ale damy sobie racje.- Odszepnęła Aza, przytulając się do chłopaka. Razem popatrzyli na młodych czarodziei, którzy przestali się łaskotać. Draco stał przytulając Hermionę, a Blaise pocałował czule Ginny.
- Może nie aż tak.~ Pomyśleli aniołowie w tym samym momencie z uśmiechami. 

piątek, 1 maja 2015

Pozdrowienia od...

Kochani!

Nie ma dziś publikacji ze względu na dwa czynniki:
Po pierwsze autorka, której miniaturka była zaplanowana na ten dzień zrezygnowała...
A ja zaplanowałam sobie, że dodam coś od siebie... Jednak ze względu na poważny problem osobisty + konieczność dokończenia kolejnego rozdziału Rubinu i Stali, nie dałam rady.
W zamian mam dla Was kilka linków, do odwiedzenia, których  serdecznie Was zachęcam!

http://blogowiskowo.blogspot.com/ - Blog Black Shadow, na którym recenzuje ona inne blogi - Został tam zrecenzowany blog "Gdy jesteśmy sami..."
http://www.podrozeprzedmalzenskie.blogspot.com/ - Świetny blog - relacja z podróży dwójki młodych ludzi. Znajdziecie tam wiele ciekawych zdjęć oraz świetne opisy, jak tanio i ciekawie podróżować.
http://jestem-i-nie-odchodze.blogspot.com/ - Blog Black Angel, której bardzo zależało na tym, byście ją odwiedziły - Zapraszam.
http://follow-the-flame.blogspot.com/ - I najważniejsze! Blog Lotus, która zrobiła dla mnie coś wyjątkowego... Mianowicie stworzyła grafikę na moją własną stronę internetową.


Dokładnie za miesiąc (premiera niestety przełożona - znów sprawy osobiste), zaproszę Was na moja własną stronę www. na której pojawi się prolog mojej autorskiej historii. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.

I jeszcze mała niespodzianka.
Właśnie remontuje mieszkanie i zanim ekipa przyszła odrapać ściany, na prośbę jednej z czytelniczek, postanowiłam zrobić coś troszkę szalonego :-)
Oto efekt:



Dla Wszystkich! 
:-)

piątek, 24 kwietnia 2015

Miniaturka Daisy - "Klątwa" (cz.I)

Witajcie,
Dziś kolejny piątek, wiec nadszedł czas na kolejną publikację :)
Prezentuję Wam miniaturkę Daisy pt."Klątwa" (cz.I - kolejna ukaże się na blogu autorki).
Bloga Daisy znajdziecie pod adresem: http://in-my-head-rei.blogspot.com/
Oczywiście, jak zwykle w imieniu swoim i autorki proszę Was o komentarze!

***
Dodatkowa informacja: Ze względu na bardzo dużą liczbę wyświetleń, a nikłą liczbę komentarzy, uznałam, że idea bloga powoli ulega wyczerpaniu. Jako, że bardzo lubię okrągłe liczby, to postanowiłam, że umieszczę tu tylko równo 50 prac młodych/początkujących/chętnych do publikacji autorek. Zostało mi dziesięć terminów - jeśli znajdą się osoby chętne do ich zajęcia, to oczywiście Zapraszam!

Mam również nadzieje, że być może jakaś inna autorka, której blog jest odwiedzany częściej niż ten, przejmie pałeczkę i zaprosi do siebie młode autorki! :)
Pozdrawiam,

Venetiia

***

Od autorki:

Przed Wami moje dzieło. Pomysł narodził się przypadkiem i myślę, że może się spodobać. Więcej moich opowiadań można znaleźć na moim blogu (chociaż ostatnio miałam mały zastój). Zapraszam do czytania :)


Daisy


Klątwa.

Dla Grety  



***
Zawsze byłem przystojny. Po prostu. W naszym rodzie nie rodziły się brzydkie dzieci. Może to zasługa czystej krwi a może przypadek, jednak nikt o nazwisku Malfoy nie był szkaradny.Byliśmy piękni, przystojni... Jednak zawsze musi być ten pierwszy raz, czy jak to tam mówią mugole.
 To mnie prześladuję od Wojny. Znalazłem się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie? Być może.
 Nadal nie wiem jak to możliwe. Jakim cudem słowa zwykłej mugolki, nawet nie czarownicy, wywarły na moje życie taki wpływ? Niewiarygodne. Nawet nie była szlamą, po prostu zwykła dziewczyna, mniej więcej w moim wieku.

***

Tego dnia Śmierciożercy byli w względnie dobrym humorze. Prawie nikogo nie torturowali. Ot, przyjechaliśmy, palimy domy, ktoś gwałci dziewczynę. To  nie była najgorsza masakra, jaką widziałem, jednak dla mugoli mogła być szokiem. Ja niestety przywykłem do takich widoków. Nie mogłem okazać słabości. Nie w towarzystwie ojca i Czarnego Pana.

***

Jakaś dziewczyna właśnie wracała do domu, śmiejąc się i mówiąc do czegoś, co trzymała w ręce  ( Mugole chyba nazywają to telefonem). Nagle stanęła zszokowana a przedmiot wyleciał jej z ręki i roztrzaskał się o chodnik. Rozbieganym spojrzeniem omiatała postacie w czarnych płaszczach i miasteczko, które stało w ogniu. Wydała z siebie dziwny odgłos, coś jak połączenie krzyku i jęku i zaczęła się powoli cofać.
  Chciała uciec z tego miejsca, które kiedyś było jej domem, jednak kiedy się odwróciła, Śmierciożerca aportował się naprzeciwko niej. Złapał ją brutalnie za ramię. Dziewczyna próbowała się bronić i wyrywać, jednak inni Słudzy Czarnego Pana szybko jej to uniemożliwili.
-Ładna ta dziwka.- nie jestem pewien, kto to powiedział - Ciekawe, czy jej się spodobam. - to był Yaxley. Nigdy nie potrafił utrzymać ptaszka w klatce.
-Taa, będzie miała niezłą skalę porównawczą. - Octavius Nott zaśmiał się i inni mu zawtórowali. Ja mogłem tylko patrzeć i starać się nie okazywać emocji.

***

Nie opowiem wam, co jej zrobili. Wolałbym tego nie pamiętać. Upodlili ją na wszelkie możliwe sposoby. A ja tylko patrzyłem. Bezradny, z maską zimnego drania na twarzy. Nie przejmowałem się jej losem, jednak po tym wszystkim naprawdę powinni ją zabić.Ale oni zostawili ją, jak dziecko zostawia starą, zepsutą zabawkę. Teraz niegdyś ładna dziewczyna konała z cichym szlochem.
-Ty też chcesz mnie skrzywdzić, jak twoi brudni kumple?- zapytała, patrząc na mnie ze wstrętem, chociaż nic nie zrobiłem. Jednak za to mogła mnie nienawidzić. - No dalej, na co czekasz? - jej wzrok był wypełniony nienawiścią - Czemu, kurwa, cały czas patrzysz? Jesteś bardziej obrzydliwy niż tamci...-splunęła w moją stronę. W jej ślinie była krew. - Przeklinam cię. Nie szczeźniesz, doświadczysz bólu większego niż zadano mnie. A kiedy pomyślisz, że moja klątwa straciła moc, zada ci ranę o jakiej nie śniłeś w największych koszmarach. - powiedziała cicho, jednak jej słowa docierały do mnie mimo otaczającego nas hałasu. Wyjąłem różdżkę i zrobiłem to, co powinienem zrobić, kiedy tylko ją zobaczyłem.
-Avada Kedavra.- zielony błysk przeszył nocne ciemności.

***

To się stało jakieś 3 lata temu. Potem była Bitwa o Hogwart, Polowanie na Śmierciożerców, reformy w Ministerstwie Magii...Ja stałem oczywiście po tej "dobrej" stronie, w końcu Malfoyowie nie mogli by trafić do Azkabanu, już moi rodzice o to zadbali.
  Zapomniałem na jakiś czas o mugolce, miałem ważniejsze sprawy na głowie. Przesłuchania, powrót do Hogwartu, staż i praca w Ministerstwie.
  Miałem pewne trudności, nasza rodzina źle się kojarzyła, nazwisko Malfoy nie budziło respektu. Nasza rodzina uważana była za brudnych morderców, wielu miało nas za ścierwa, które w odpowiedniej chwili przeszły na stronę zwycięzców. I mieli racje. Mój ojciec zawsze myślał najpierw o "dorwaniu się do koryta", byle tylko utrzymać swoją pozycję. Teraz zwyczajnie chciał uniknąć kary. A ja? Chciałem po prostu odpocząć od tego gówna...

***

Mężczyzna szedł ciemnymi uliczkami miasta-widma, nieświadomy zagrożenia. Kiedyś miasteczko było ładne, żywe. Teraz jest martwe i spalone, zapuszczają się tu tylko dzieciaki chcące w tym ponurym miejscu wywoływać duchy, często pić i rozrabiać. Mężczyzna stoi pod domem, zapatrzony w ciemną uliczkę. Myślami jest daleko. Nie wie, że w ciemnościach czai się Sfora, gotowa do ataku, głodna i dzika, pragnąca jego mięsa. Nie słyszy długich pazurów uderzających cicho w asfalt.
Tik. Tik. Tik.
Stwory powoli podchodzą do niego. Zaraz zaatakują. Zaraz mężczyzna straci życie.

***

Przeszywający ból w plecach, nodze i na twarzy wyrwał mnie z rozmyślań. Poczułem, jak coś spada mi na plecy i upada razem ze mną na ziemię.
Co jest?!
 Bestia nie wyglądała jak jakieś znane mi stworzenie, jednak przypominała skrzyżowanie wilkołaka i jeszcze czegoś nieokreślonego. Miała ciemne futro, z którego miejscami wystawały jakby kły. Potwór miał długi pysk, z którego błyskały groźnie ostre zęby. Te same, które przed chwilą tkwiły w mojej nodze.
  Szybko wyjąłem różdżkę z kieszeni i już miałem rzucać zaklęcie, kiedy drugi stwór rzucił się na mnie i zaczął szarpać moją rękę. Kątem oka widziałem, jak inne bestie ruszają w nasza stronę.
  Darłem się, jakby obdzierali mnie ze skóry - do czego niewiele brakowało - i starałem się wyrwać drapieżnikowi. Na moją niekorzyść, bestia była silna a jej kumple planowali przyłączyć się do zabawy.
  W chwili, gdy kolejny potwór miał zamiar wyrwać mi szczękę, coś huknęło w dom, pod którym mnie dopadły. Już wcześniej zanosiło się na burze, lecz teraz piorun uderzył w ruderę. Dom zaczął płonąć, jedna ściana się zawaliła. To była moja szansa. Zwierzęta na chwile wpadły w popłoch, a ja skorzystałem z okazji i wyrwałem się. Rany odpowiedziały ostrym bólem, silniejszym niż niejeden cruciatus. 
  Na skraju świadomości aportowałem się na Pokątną.


***


-Doktor Granger! Doktor Granger! - już miałam wychodzić ze szpitala Św. Munga, kiedy dotarły mnie krzyki Estery South, pielęgniarki z Oddziału Nagłych Przypadków - Jest pani potrzebna...Na oddziale mamy pilny przypadek. - spojrzałam na kobietę i rzuciłam moją torebkę z płaszczem na kanapę w pokoju lekarskim. Migiem założyłam fartuch.
- Co się stało? - spytałam i razem ruszyłyśmy na oddział, odpowiednik mugolskiego SOR-u.
- Pewien czarodziej został pogryziony. Potem teleportował się na pokątną i rozszczepił w trakcie teleportacji. Nie wiadomo, co go pogryzło, ale chyba miało jakąś truciznę w ślinie.- pielęgniarka wzdrygnęła się przy tych słowach. Widocznie ten czarodziej wyglądał naprawdę okropnie.
- Kto tam jest?
-Magomedycy z ONP i doktor Ramsay. Jest koniec zmiany, więc niewielu tu jest. Siostra Wembley stara się sprowadzić jeszcze kilku Magomedyków oraz jakichś specjalistów od trucizn.
-Rozumiem.
Weszłyśmy na oddział. Niemal od razu dało się wyczuć zapach jakiejś zgnilizny. Źródłem nieprzyjemnego zapachu prawdopodobnie była osoba, którą właśnie lewitowano do pokoju. To był czarodziej o którym mówiła Estera. Jego ciało było brudne od krwi i całe poszarpane. Z ran lała się również ciesz przypominająca sok bananowy. "Pewnie ropa" - pomyślałam i ruszyłam za Magomedykami, uprzednio prosząc siostrę o podstawowe eliksiry lecznicze.

***

- Już po wszystkim, Granger. Chociaż młody Malfoy nadal wygląda jak kupa nieszczęścia. - Ramsay razem ze mną stał za szklaną szybą do pokoju pacjenta i przyglądał się mu. Po operacji i wielu zaklęciach nie było już z nim źle, chociaż będzie potrzebował długiej kuracji.
 -Młody Malfoy? - powtórzyłam ze zdziwieniem.






Koniec części pierwszej.



Masz pytania? Wróć do wstępu, a być może uzyskasz na nie odpowiedź. 

piątek, 17 kwietnia 2015

Rozdział I - Opowiadanie Alex - "Jeden podpis"

Witajcie,


Dziś mam dla Was naprawdę smakowity kąsek - Pierwszy rozdział nowej historii znanej autorki jaką jest Alex (Wujek Alexa), która wspomagała mnie w czasach Dwóch Światach oraz również teraz jako beta. 
Dziś prezentuje Wam ona dojrzałe dramione, pełne emocji i zwrotów akcji. 
Pierwszy rozdział publikujemy tutaj, ale autorka ma już kilka następnych stron i na jej blogu: https://coseeterne.wordpress.com/, wkrótce pojawi się coś więcej. Mam nadzieję, że zachęcicie ją do dalszej pracy waszymi komentarzami :)


Pozdrawiam

Venetiia

PS. Alys od "Podróży na baletkach", to drugi pseudonim Alex :)


Słowo od autorki:

Tym, którzy zostaną do końca i uwierzą, że fortuna się odwróci, a każdy człowiek się zmienia.
Specjalne podziękowania dla Venetii za wiarę we mnie i szansę, mam nadzieję, że nie zawiodę.
I przepraszam wszystkich wnikliwych, bo Alina nie miała tekstu do sprawdzenia
A Podróż na baletkach zacznie się ukazywać od maja na rzeczach wiecznych.
miłej lektury.
wasz Alex



***

- Hermiono, ktoś puka.
- Niech spada – odpowiedziała elokwentnie panna Granger. Miała naprawdę dość świata. Napełniła swój kieliszek bordowym płynem i ponownie wzięła większy łyk. Nie miała ochoty nikogo oglądać. Nie po tym, co się dziś stało... Ależ była głupia...
Ginny wstała i poszła wpuścić gościa, który dobijał się dość natrętnie. 
- Słucham?
- Jest Hermiona? - Panna Granger usłyszała głos tej, która była wszystkiemu winna. Podniosła się z kanapy odkładając kieliszek z resztką wina i poszła do przedpokoju, wyciągając różdżkę. Widać wcześniej nie wyraziła się dość jasno. W drzwiach stała jej sekretarka, Sandra.
- Hermiono, ja naprawdę nie wiem jak to się stało, przeglądałam te dokumenty od Malfo...
Na dźwięk tego znienawidzonego nazwiska panna Granger podeszła i zatrzasnęła drzwi przed nosem swojej asystentki i bezsilnie osunęła się na podłogę. Ginny klęknęła przy niej.
- Może da się coś z tym zrobić? Jakoś unieważnić...
- Nic się nie da unieważnić, Gin – wyszeptała Hermiona zrezygnowanym tonem. - Znam prawo i rozmawiałam z szefem departamentu przestrzegania prawa, ale pan Simons nie widzi żadnego problemu. Oni tylko dają furtkę dla takich pomyłek jak moja, bo przecież te zapatrzone w siebie świnie tylko upraszczają procedurę! - Mała kobieca pięść uderzyła o drewno w bezsilnej złości.
- Ale muszą wziąć pod uwagę, że nie zgodziłaś się dobrowolnie.
- Nic nie rozumiesz, magii nie obchodzi, czy przeczytałam dokument, ja go podpisałam z własnej woli. Tylko to interesuje tych zapatrzonych w siebie idiotów z przerostem prostaty!
Opiekuńcze ramiona panny Weasley zamknęły Hermionę w bezpiecznym uścisku i bezsilna dziewczyna rozpłakała się, tracąc resztki silnej woli i chęć by zachować twarz.
Ginny pomogła Hermionie wstać i zaprowadziła ją do sypialni dziewczyny. Posadziła ją na łóżku i zdjęła jej sweter, a potem wyplątała wsuwki, pozostałe z porannego starannego koka.
- Połóż się, znajdziemy rozwiązanie. - Miała wrażenie, że jej zwykle tak dojrzała i rozsądna przyjaciółka jest teraz małą przestraszoną dziewczynką. Okryła kołdrą osłabioną płaczem Hermionę
i delikatnie gładziła jej włosy i plecy, póki jej oddech się nie wyrównał i nie zapadła w głębszy sen.

Draco stuknał z uśmiechem szklanką z Blaisem.
- Za nowe życie, przyjacielu.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś. - Zabini patrzył na przyjaciela z mieszaniną podziwu i szoku. Malfoy uśmiechnął się złośliwie. To było prostsze niż przypuszczał. Wystarczyło tylko oczarować tę głupią asystentkę i gdy ona wpatrywała się w jego oczy, podłożyć ten dokument ze zgodą. Granger jest bohaterką i jako taka przywróci jego nazwisku należne mu miejsce w społeczności czarodziejów. Poza tym, nie bez znaczenia jest utarcie nosa tej imitacji czarodzieja. Weasley się wścieknie, jak się dowie. Kąciki ust uniosły mu się w pełnym satysfakcji uśmiechu. Rozbił świętą trójcę, zyskał żonę zgodnie z nowym prawem i przywróci świetność nazwisku. Jutro Granger pojawi się w ministerstwie z pierścieniem Malfoyów na palcu a on poda do prasy informację o zaręczynach.
- Blaise, to było proste, Granger nadal jest naiwna i łatwowierna.
- I chcesz z nią żyć? Przecież cię przeklnie i zrobi ci z życia piekło.
- Nie ma takiej, której się nie da ujarzmić, a oswojenie Granger to będzie sama przyjemność.
Oczami wyobraźni widział ją na przyjęciach w Malfoy Manor, wyglądającą równie zjawiskowo jak podczas ministerialnych bankietów. Jedyną skazą na jej osobie było towarzystwo. Weasley skutecznie psuł jej idealny obraz. Co do jej słownictwa, wiedział, że potrafi być uprzejma i dyplomatyczna, będzie idealną żoną arystokraty.

Hermiona otworzyła oczy, natychmiast mrużąc je w świetle słońca. To był sen, zły sen spowodowany alkoholem. Śniło jej się, że podpisała akt małżeństwa z Malfoyem. Przeczesała włosy palcami i syknęła, gdy coś na jej palcu wplątało się w jej włosy. Szarpnęła dłonią, próbując ją uwolnić w pierwszym odruchu, a potem wolną ręką sprawdziła, co takiego wplątało się w jej włosy i krępuje jej ruchy. Spiralny kształt na jej palcu, chłodny metal oplatający jej palec i wystające kamienie. Hermiona poczuła, jak powoli jej ciało opanowuje chłód. To nie może być prawda.... nie może. Rozpaczliwie zaczęła uwalniać rękę.
- Hermiono spokojnie. - Do sypialni weszła Ginny i wystarczyło jej jedno spojrzenie na bladą i przerażoną twarz przyjaciółki, by zrozumiała.
- Już spokojnie... - Ginny cierpliwie wyplątywała dłoń Hermiony z jej niesfornych loków, starając się nie zwracać uwagi na coraz szybszy oddech przyjaciółki, jej zaciśnięte pięści i
- Gin... Gin powiedz, że to nie to, co myślę, ja nie podpisałam to, był sen. Zły sen.
Hermiona siedziała na łóżku powtarzając sobie swoją teorię o śnie, jakby słowo powtórzone wielokrotnie miało stać się prawdą. W końcu poczuła, że jej ręka jest już swobodna i spojrzała na pierścionek, którego nigdy nie chciała oglądać. Srebrny krążek i pięknym wzorze wysadzany pięknymi szmaragdami... Poczuła łzy pod powiekami.
- Dlaczego ja? - Spojrzała żałośnie na Ginewrę. Niedawno śmiała się z przyjaciółmi, siedząc w ich ulubionym klubie i świętując swój awans, a teraz? Nie wiedziała czemu właśnie ją to spotkało, chciała po tym wszystkim spokoju, rodziny, a wpadła w sidła swojego największego wroga. Mężczyzny, który poniżał ją od pierwszego spotkania. Nie rozumiała jego motywów, tego, co nim kierowało, ale wiedziała jedno. Ten mężczyzna nie jest w stanie dać jej szczęścia,a ona jest ostatnią kobietą, która go może uszczęśliwić. Ukryła twarz w dłoniach, by po chwili odsunąć je od twarzy i przyglądać się temu symbolowi, jakim ten cholerny arystokrata chce ją zniewolić. Złapała za pierścionek i szarpnęła, chcąc się pozbyć tej znienawidzonej błyskotki, ale pierścionek ani drgnął.
Aż sapnęła ze złości. O nie. Jeśli on oczekuje, że ona wejdzie z tym pierścionkiem do ministerstwa, to jej nie zna. Zdejmie ten pierścionek, choćby miała sobie odrąbać ten palec. W końcu chirurdzy potrafią je przyszyć, a zdjęcie tego pierścionka jest tego warte. Wyskoczyła z łóżka i pobiegła do łazienki wziąć prysznic i przygotować się do wyjścia. Wsunęła stopy w balerinki, wygładziła swoją garsonkę i spojrzała w lustro. Chłodny i skromny profesjonalizm. Skrzywiła się, patrząc na przymusową biżuterię. Zupełnie nie w jej stylu, po wojnie został jej tylko komplet perłowych kolczyków i wisiorek. Jedyna biżuteria jaką miała na sobie podczas wesela Billa i Fleur i ten pretensjonalny drogi pierścionek do niej nie pasuje. Ciekawe czy uda się to zrobić? Blady uśmiech pojawił się na jej ustach. Złapała swój płaszczyk i torebkę, a potem zatrzasnęła za sobą drzwi i wyszła na ulicę. Nie lubiła pośpiechu, ceniła spacery, te chwile tylko dla siebie. Czarodzieje tego nie rozumieli. Teleportacja sprawiała, że pojawiali natychmiast w kolejnym wybranym punkcie, pozbawiając się czaru tych prostych chwil. Skierowała się w stronę pierwszego szpitala, ale po chwili zmieniła kierunek, a złośliwy uśmiech na jej ustach stał się szerszy.
Przestąpiła próg remizy strażackiej i podeszła do pierwszego napotkanego strażaka z uroczym uśmiechem. Po kwadransie wyszła z budynku sprężystym krokiem i skierowała się do metra.

Narcyza bacznie przyglądała się synowi, siedzącemu naprzeciw niej przy stole. Wydawał się zadowolony, wczoraj zauważyła brak rodowego pierścienia Malfoyów, ale Draco jak dotąd nie poruszył tego tematu. Oczywiście, wiedziała o nowym prawie małżeńskim, ale nadal nie poznała wybranki syna. Upiła łyk kawy, przyglądając się swojej latorośli. Był rozluźniony, spokojny... pewny siebie.
- Jesteś dość tajemniczy, synu.
Podniósł spokojnie wzrok i spojrzał uważnie na matkę.
- Tajemniczy? - Uniósł brew, przyglądając się z wystudiowaną obojętnością Narcyzy.
- Nie wspominasz o narzeczeństwie, a zabrałeś rodowy pierścień. - W jej głosie usłyszał lekką naganę i wyrzut. - Mam nadzieję, że dokonałeś dobrego i rozważnego wyboru.
- Oczywiście, matko. Będziesz zachwycona, gdy ją poznasz.
- Mam nadzieję, musi być wyjątkowa, skoro wejdzie do naszej rodziny.
- Jest – zapewnił spokojnie. Przecież to bohaterka, najmądrzejsza czarownica tego stulecia i trochę zaniedbana kobieta, ale to można spokojnie wypracować przy pomocy odpowiednich osób i pieniędzy. Skrzywił się, widząc skrzata koło siebie.
- Czego chcesz? - warknął.
- Panicz dostał list. - Skrzat uniósł tacę z listem i spojrzał na ręce Dracona. Sprawiał wrażenie, jakby najchętniej chciałby znaleźć się gdzieś daleko. Młody Malfoy przewrócił oczami i wziął kopertę od skrzata. Otworzył ją i tylko wychowanie pomogło mu zachować zimną krew, choć przed oczami miał czerwoną mgłę. Jak ona śmiała?! Jakim prawem przecięła rodowy pierścień Malfoyów?! Powinna czuć się wyróżniona, że on, przystojny, młody arystokrata zwrócił uwagę na taką kobietę jak ona. To był bezcenny klejnot!
- Coś się stało, Draconie?
- Nie, matko, muszę niestety cię opuścić, ważne sprawy mnie wzywają. - O tak, Granger, musimy porozmawiać. Wyjaśnię ci, kim teraz jesteś i co masz i powinnaś robić. Ucałował matkę w dłoń i wyszedł przed dom, by teleportować się do swojej krnąbrnej narzeczonej.

Hermiona siedziała w fotelu i wpatrywała się w Rona, nerwowo krążącego po jej gabinecie. Wiedziała, że nie będzie to dla niego łatwe, nie dalej niż trzy dni temu poprosiła go o czas do namysłu, a teraz musiała się przyznać, że z własnej głupoty i przez nieuwagę skazała się na życie z facetem, którego Weasley nienawidził chyba najbardziej.
- Możesz mi wytłumaczyć, jak do kurwy nędzy zostałaś jego żoną, Hermiono?!
- Ron, uspokój....
- Jak mam się uspokoić?! Poprosiłaś mnie o czas na przemyślenie a teraz....
- Nie zgodziłam się dobrowolnie, do cholery, sądziłam, że mnie znasz! - Wstała gwałtownie, tracąc panowanie nad sobą. Jak on mógł choć przez chwilę pomyśleć, że zgodziła się na ten śmieszny ślub dobrowolnie i świadomie!
- Zmusił cię?! - Raptownie zatrzymał się i wbił w nią zszokowane i gniewne spojrzenie.
- Podrzucił mi ten dokument, na litość boską, przecież nie związałabym się z nim.
- Trochę grzeczniej, Granger. Jesteśmy prawnie małżeństwem.
Hermiona i Ronald obrócili się gwałtownie, słysząc ten chłodny i drwiący głos. Draco stał w drzwiach ze swoim ironicznym uśmiechem.
- Malfoy – syknęła ostrzegawczo Hermiona, szybko łapiąc Rona za rękę. Nie potrzebowała dodatkowych problemów, a wiedziała, że Draco zrobi wszystko, by sprowokować jej przyjaciela.
Weasley zmrużył oczy i gdyby nie mocny uścisk Hermiony, prawdopodobnie rzuciłby się na rywala.
- Wynoś się stąd, ty pieprzona gnido – zawarczał Ronald, obserwując Dracona zmrużonymi oczami.
- O nie, Weasley, ty wyjdziesz, bo muszę porozmawiać z moją nieoficjalną żoną.
- Ron, wyjdź, proszę, to zajmie chwilę… - Wspięła się na palce, mocniej oparła dłonie na ramionach przyjaciela i wyszeptała do jego ucha. - On cię tylko prowokuje. Wie, że masz temperament i to wykorzystuje, nie daj mu satysfakcji…
Rudzielec niechętnie skinął głową, pocałował ją w policzek i wyszedł. Hermiona spojrzała na drzwi, za którymi zniknął jej przyjaciel i potem odwróciła się do nieproszonego gościa. Zamarła. Malfoy wyglądał jak ucieleśnienie furii. Z trudem powstrzymała chęć, by cofnąć się o krok. Nie ugnie się, nie przed nim. Skupiła się na tym, by nie okazać temu mężczyźnie swojego lęku i bez słowa wskazała mu fotel. Jednak mężczyzna zignorował jej gest.
- Co ty sobie wyobrażasz? – syknął..
- W tej chwili staram się zapomnieć o tym idiotycznym papierku jaki podpisałam, popełniając mój życiowy błąd.
- Nasz ślub jest najlepszą rzeczą jaka mogła spotkać taką dziewczynę jak ty, a ty mi się tak odwdzięczasz? – Wyjął z kieszeni dwie połówki pierścienia. Na ten widok Hermiona dostała lekkich rumieńców.
- Zmusiłeś mnie do tego, to był jedyny sposób, by go zdjąć, a nie zamierzałam w nim paradować w pracy. – Starała się przybrać spokojny i opanowany ton, nie dając po sobie poznać, że żałuje swojego impulsywnego zachowania.
- To rodowy pierścień, Granger. Był bezcenny nie tylko ze względu na pieniądze, był w rodzinie od pokoleń i dostałaś go jako moja żona.
- To powinieneś sam mi go wręczyć, a teraz proszę wyjdź…
- Nie bądź śmieszna i nie wyjdę bo jeszcze nie skończyliśmy.
- Hermiono, jest już pani Jackson. – Sandra uchyliła drzwi do gabinetu i na widok Dracona oblała się szkarłatnym rumieńcem.
- Musi zaczekać, teraz jesteś zajęta, Granger – wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Poproś, my już skończyliśmy rozmowę. – Spojrzała twardo na Draco.
Sandra patrzyła na nich ciut zdezorientowana, Hermiona sapnęła, tracąc resztkę cierpliwości. Podeszła do drzwi i otworzyła je szerzej i spojrzała sugestywnie na swojego niestety męża.
- Sądziłem, że uszanujesz tę pamiątkę i potraktujesz ją jako dowód mojego szacunku wobec ciebie.
Granger aż otworzyła usta ze zdumienia.
- Przepraszam… - wybąkała, gdy była w stanie cokolwiek powiedzieć. – A teraz naprawdę wybacz, muszę pracować.
Draco wyszedł z uśmiechem satysfakcji, tak łatwo sterować gryfonami.


piątek, 10 kwietnia 2015

Miniaturka Leny

Witajcie,


Po dłuższej przerwie (spowodowanej brakiem nadesłania pracy), znów zapraszam Was na moment z pracą młodej autorki. Dziś miniaturka Leny, autorki bloga: http://nie-mysl-o-szczesciu.blogspot.com/.
Zapraszam Was do aktywnego komentowania.
Pozdrawiam!


Venetiia

PS. Duża prośba do wszystkich osób, które zapisują się na termin publikacji - Bardzo Was proszę o przemyślenie tej sprawy dwa razy i nierezygnowanie w ostatniej chwili, jak poprzednia autorka, bo powoduje to powstawanie "dziur", które z przyjemnością zajęłaby inna autorka. Najbliższy wolny termin to 17.07 - więc, jak widać młode autorski są i chcą pisać dla Nas.

***

      Wierzba bijąca rosła w Hogwarcie od lat. Na początku, gdy była młodym drzewem, była bardzo ciekawa, ile ich ma dokładnie i próbowała to liczyć, ale nigdy jej nie wychodziło. Nie umiała pojąć, czym jest ‘rok’. Żeby zabić czas, zajęła się więc obserwacją uczniów i wtedy zainteresowała ją pewna ciągłość wydarzeń, która pozwoliła jej poniekąd zrozumieć, czym jest dla ludzi czas.
     Najpierw zauważyła, że co rano z tej samej strony wstaje słońce i wtedy cała szkoła zaczyna budzić się do życia, a gdy zachodzi po przeciwnej stronie o porze, którą określano jako wieczór, wszyscy szykują się do snu. Po jakimś czasie zauważyła coś jeszcze. Poznała znaczenie pór roku, choć zrozumienie tego zajęło jej zdecydowanie więcej czasu. Cyklicznie, gdy ona traciła liście, w szkole pojawiali się uczniowie i uczyli się w jej cieniu; gdy była zupełnie łysa, przestawali przychodzić, a na ziemi pojawiał się biały puch, który ludzie nazywali śniegiem; gdy zakwitały na niej pąki, pojawiali się na nowo i zapełniali błonia, ucząc się, śmiejąc i bawiąc, a gdy w końcu zaczynało się robić naprawdę gorąco, wsiadali do powozów ciągniętych przez niewidzialne stworzenia i wyjeżdżali na wakacje do domów, a w szkole robiło się cicho i spokojnie, nikt nie zakłócał jej spokoju. Wtedy zaczynała za nimi tęsknić, za gwarem, który robili, za ich obecnością, która nadawał jej życiu sens, i zaczynała odliczać cicho wschody słońca do ich powrotu.
      Co roku - jesienią - przychodzili nowi uczniowie, a ona obserwowała ich z ciekawością, ale nikt nigdy nie zapadł jej w pamięć. Po prostu przychodzili, przez jakiś czas uczyli się w szkole i potem znikali na zawsze. Dlaczego więc zapamiętała pewną dwójkę, która od początku darzyła się ogromną niechęcią, nie miała pojęcia i nie umiała tego zrozumieć przez wiele lat. Długo zastanawiała się, jak to było możliwe, przecież ani ona nie była specjalnie urodziwa, ani on ponadprzeciętny, ot, zwykły arystokrata, który czuł się lepszy niż inni. Wiele lat potem doszła do wniosku, że gdy zobaczyła ich po raz pierwszy, gdy brunetka kurczowo przyciskała do piersi książkę, a blondyn jakby od niechcenia rzucał obelgami, które trafiały prosto w serce dziewczynki, wyczuła od nich wyjątkową aurę, coś silniejszego niż wzajemna niechęć i nienawiść, choć wówczas nie umiała określić, co to było. Czasem przychodzili oboje, by posiedzieć w samotności, skrywając się w cieniu po jej przeciwnych stronach i nie mając pojęcia o swojej obecności. Wylewali wtedy wraz ze łzami swoje smutki i niepowodzenia lub zastanawiali się, dlaczego świat jest jaki jest i czy nie mógłby być bardziej czarny lub biały, a najlepiej - szary, żeby wszystko było prostsze. Czasem marzyła, żeby zaczęli się spotykać, przecież do siebie pasowali. Oboje piękni, młodzi, inteligentni, z marzeniami… Była jednak świadkiem tak wielu awantur z ich udziałem, kłótni pomiędzy nimi, jednego wspólnego szlabanu, niejednokrotnie utarczek słownych, które kończyły się odjęciem punktów ich domom, że w pewnym momencie straciła nadzieję i pogodziła się z tym, że pozostaną wrogami. Raz nawet dziewczyna prawie złamała chłopakowi nos, a on wraz z “przyjaciółmi” rok później zaplanował bardzo okrutną zemstę i tylko nie rozumiała, w czym miał pomóc mu żuk, którego prawdopodobnie hodował.. Było jasne jak słońce, że nienawidzić będą się już zawsze. Widocznie tak musiało być i już.
      Trudno więc wyobrazić sobie jej zdumienie, gdy pewnego dnia oboje nadeszli z dwóch różnych stron, usiedli pod nią i zaczęli rozmawiać bez wyzwisk, można wręcz powiedzieć, że po przyjacielsku. Zauważyła, że zaczęło się to powtarzać cyklicznie, że mieli swój jeden dzień, który spędzali razem, kryjąc się w jej cieniu. Nagle zdała sobie sprawę, że czeka na te ich spotkania z niecierpliwością, zastanawiając się, co nowego wydarzy się tym razem. Chłopak często przynosił jej kwiaty. Ona wtedy rumieniła się i mówiła, że przecież nie musi tego robić, a on uśmiechał się i mówił, że dla niej wszystko, co najlepsze. Kiedyś przyniósł inny bukiet niż zwykle, a ona zmieniła swoją odpowiedź i powiedział, że czerwone róże daje się tylko kobiecie, którą się kocha. Zadrżała wówczas w  oczekiwaniu na jego słowa, czuła, że to wyjątkowa chwila dla nich obojga i miała rację. Obiecał, że żadna inna kobieta innych od niego nie dostanie. Wtedy domyśliła się, że to prawdziwa miłość, taka, której nic i nikt nigdy nie zniszczy.
       Ale nie zawsze było tak różowo. Czasem on mówił, że już dłużej tak nie może, że chce dla nich tylko szczęścia i żeby nie musieli się dłużej ukrywać, a wtedy ona obiecywała mu, że już niedługo wszystko się skończy i nic nie będzie stało na przeszkodzie ich miłości. Widziała, że jej wierzył, że chciał to robić, bo miał do niej ogromne zaufanie. Lubiła patrzeć, gdy przychodzili z różnych stron, sprawdzali, czy aby na pewno są sami i wówczas dopiero witali się, pilnując, by pozostać niezauważonymi. Czasem dziewczyna pojawiała się znikąd, zupełnie jakby umiała być niewidzialna. Zasłaniała wtedy chłopakowi oczy i pytała słodko: zgadnij kto to? Raz wyrwała się z jego uścisku,  a on zaczął ją gonić, nie mając na dobrą sprawę pojęcia, w którą stronę się zwrócić. Pojawiła się nagle z zarumienioną twarzą i załzawionymi ze śmiechu oczami, a on przytulił ją i wyszeptał do ucha coś, co spowodowało, że cała się zarumieniła. To były piękne momenty, w których czuła, że ich miłość przetrwa wszystko, że kłótnie dowodzą ich uczucia (no bo jak mogło być inaczej, gdy kłócili się o “blond wywłokę, która przystawia się do cudzego chłopaka” albo “rudego palanta, który nie umie utrzymać łap przy sobie”?). Zaślepiona ich szczęściem, zupełnie nie spodziewała się tego, co wydarzyło się pewnego deszczowego wieczoru, w dniach, gdy pewien zły czarodziej zaciskał coraz ciaśniej pętlę dookoła magicznego świata.
      Dziewczyna przyszła cała zapłakana. On długo próbował ją pocieszyć, ale nie udało mu się to. Nawet jego dotyk nie odpędzał jej złych myśli. Rozmawiali bardzo gwałtownie, czuła beznadzieję ich położenia, jego ból i jej brak nadziei. Aż nagle ona wstała i po prostu odeszła, szeptając kilka słów, których on nie usłyszał. Masz mnie i moje serce na własność do końca świata i jeden dzień dłużej. Krzyknął za to głośno jej imię (a może to było nazwisko?), prosił, żeby do niego wróciła, żeby go nie opuszczała. Nawet się nie odwróciła. Wierzba miała wrażenie, że chciała to zrobić, że gdyby mogła, cofnęłaby wszystkie słowa, które już zdążyły paść, i sprawiła, że wszystko byłoby tak proste i nieskomplikowane jak dawniej, ale nie umiała czy też nie mogła tego zrobić, zupełnie jakby coś ją blokowało. Blondyn posiedział chwilę, wciąż schowany w jej cieniu, nie mając pojęcia, że ona marzy, żeby móc mu powiedzieć, co usłyszała, a czego on nie zarejestrował; że przecież wszystko może się jeszcze ułożyć i że ich bajka na pewno będzie miała szczęśliwe zakończenie. Zauważyła za to, że uronił jedną łzę, którą natychmiast gniewnie otarł i odszedł. Odszedł tak samo jak ona wcześniej, odszedł do swoich spraw, do swojego życia, w którym nie było już miejsca dla szkolnej miłości. Miłości, która podobno miała być na zawsze.
        A ona pozostała na swoim miejscu, poruszając smutno gałęziami i myśląc o tym, że jest jedynym świadkiem ich wielkiej, hogwardzkiej miłości, która miała przetrwać wszystko. I stoi tam po dziś dzień, zastanawiając się, czy tej dwójce dane było kiedykolwiek jeszcze się spotkać.