piątek, 31 lipca 2015

Miniaturka Kingi i Leny - "Gdy nagle twój świat wywraca się do góry nogami" (cz.I)

Witajcie,
Dziś oto przed Wami miniaturka dwóch znanych autorek: Kingi M. i Leny. Dziewczyny zgodziły się, bym mogła zaprezentować Wam cz. I ich miniaturki. Mam nadzieję, że zostawicie dla nich swoje opinie w postaci komentarzy, zwłaszcza, że jak już wspominałam - to jedna z ostatnich publikacji na blogu DŚ :) Zachęcam Was do tego. Podziękowania dla Ani M, która miniaturkę betowała (podobni w pocie czoła:)). Miłej lektury! Pozdrowionka...

Venetiia & Autorki :)
PS. Druga część miniaturki pojawi się pod adresem: http://milosc-dopadnie-cie-i-tak.blogspot.com/
**
- Proszę wstać, Naczelny Mag Wizengamotu idzie - powiedział strażnik, wpuszczając na salę kobietę w todze i podążających za nią sędziów. Hermiona wstała, oddychając głęboko. Zacisnęła palce na teczce i spojrzała na Narcyzę Malfoy, która była bardzo blada. Stała koło niej, a w jej oczach można było dostrzec nadzieję na to, że w końcu będzie mogła rozpocząć życie na własny rachunek. Gdy ława i sędzia zajęli swoje miejsca, pozostali również mogli usiąść. Proces został utajniony dla mediów na prośbę Dracona. Mężczyzna doszedł do wniosku, że wystarczającym upokorzeniem dla ich rodziny był proces ojca, który za zbrodnie wojenne został skazany na dożywocie w Azkabanie.
- Decyzją Naczelnego Maga Wizengamotu, jak i ławy przysięgłych, rozwód pomiędzy Narcyzą Malfoy, z domu Black, a Lucjuszem Malfoy’em zostaje uznany. Ze względu na fakt, iż wyżej wymieniony obywatel został skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności, od dziś całym majątkiem rodzinnym będzie zarządzała pani Malfoy - stwierdziła Amelia Bones z lekkim znudzeniem w głosie. Fakt, iż przeprowadzała rozprawę rozwodową byłego już małżeństwa Malfoy’ow i występowała w imieniu jednej z najważniejszych osób w świecie czarodziejów, nie robiło na niej żadnego wrażenia. Dzień jak co dzień, rozprawa jak rozprawa. Nic niezwykłego. Marzyła już tylko o tym, żeby znaleźć się w domu i odpocząć.
Narcyza uśmiechnęła się, oddychając z ulga. Nareszcie była wolna. Odwróciła się do Hermiony.
- Dziękuję - powiedziała, wyciągając do niej dłoń. - Mój syn miał rację, mówiąc, że jesteś najlepsza. Na zawsze będę twoją dłużniczką.
- To moja praca - powiedziała brunetka, z przyjemnością ściskając dłoń kobiety, której sprawy z powodzeniem broniła przez ostatnie trzy miesiące. - Cieszę się, że w końcu będzie miała pani spokój. - Nie zauważyła, że w tej samej chwili podszedł do nich Dracon i dotknął lekko jej ramienia. Odwróciła się z zaskoczeniem.
- Dzięki, Granger - stwierdził.
- Jak mówiłam, nie ma za co - odpowiedziała. - A teraz przepraszam, umówiłam się na wieczór z przyjaciółmi.
- Idź, idź - uśmiechnęła się blondynka. - Dużo ostatnio pracowałaś, należy ci się odpoczynek. - Hermiona ostatnie tygodnie spędziła na żmudnych poszukiwaniach dowodów na liczne zdrady jej męża i musiała przyznać, że bardzo skutecznie umiała wykorzystać nie tylko te argumenty, ale i zeznania świadków, którzy dużo wiedzieli o zakazanych praktykach Lucjusza. Doprowadziła również do osadzenia go w Azkabanie i zablokowała możliwość wypuszczenia go, czyniąc z niego tym samym jednego z najbardziej strzeżonych więźniów. Narcyza wiele jej zawdzięczała. Granger wcale nie musiała podejmować się jej sprawy, a mimo własnych uprzedzeń zrobiła to i doprowadziła ją do wymarzonego finału.




***




Trzy lata później
- Panno Granger, ma pani klienta. - Hermiona poderwała głowę znad dokumentów i potarła oczy. Lisa uśmiechnęła się do niej i wyjęła zza pleców filiżankę kawy, po czym postawiła ja na biurku. - To dla ciebie. - Brunetka uśmiechnęła się z wdzięcznością. Naprawdę potrzebowała kawy, jednak w ferworze pracy nie miała czasu nawet zadzwonić po sekretarkę, a co dopiero wstać i zrobić sobie coś do picia.
- Kto to? - zapytała.
- Myślę, że powinna pani sama zobaczyć - powiedziała i wpuściła do pokoju pewnego blondwłosego mężczyznę, zamykając za sobą drzwi.
- Dzień dobry, Granger - powiedział Draco Malfoy. Ubrany w szary, skrojony na miarę garnitur i białą koszulę na pierwszy rzut oka wyglądał naprawdę dobrze. Gdy jednak przyjrzała mu się dokładniej, dojrzała szare cienie pod oczami i lekko opadnięte kąciki ust, które jej zdaniem świadczyły o jego przemęczeniu. Coś musiało być nie tak, skoro do niej przyszedł. Wstała i przez biurko podała mu dłoń.
- Usiądź - wskazała mu fotel, gdy już oddał już odwzajemnił powitanie. - W czym mogę ci pomóc? - zapytała, podczas gdy on milczał przez chwilę, wyraźnie szukając sposobu, by ubrać w słowa to, co leżało mu na duszy.
- Potrzebuję adwokata. - Przezornie nie powiedziała, że wie o tym. Widziała, że jest mu ciężko. - Trzy lata temu urodziło się moje dziecko. Nie pytaj, jak, gdzie ani kiedy. Na razie musi ci wystarczyć informacja, że jego matka jest prostytutka. Dowiedziałem się o tym tydzień temu i chcę go od niej zabrać.
- Dlaczego przyszedłeś z tym do mnie? - zapytała, pocierając skronie. Już kilka pierwszych jego zdań wystarczyło jej, żeby domyśleć się, że nie będzie to łatwa sprawa. Musiała przyznać, że była skłonna mu pomóc. Od razu ujął ją tym, że chciał wyrwać dziecko z toksycznego środowiska, ale chciała również dowiedzieć się, dlaczego wybrał ją. Nie była przecież jedynym prawnikiem.
- Dobrze wiesz, dlaczego. Jesteś najlepsza - powiedział, po raz pierwszy patrząc jej w oczy. - Jeśli ty nie dasz rady, nikt nie da. - Naprawdę wiele kosztowało go przyznanie, że tylko ona może coś zdziałać. - Poza tym doprowadziłaś do rozwodu mojej matki. Wszyscy powiedzieli, że to niemożliwe, a ty wywalczyłaś dla niej cały majątek. Czy to ci wystarczy? - Ton jego głosu nie był napastliwy, ale pod całą pewnością siebie wyczuła nutkę desperacji. Matka jego syna naprawdę musiała być idiotką, skoro aż tak bardzo zależało mu na odebraniu jej praw rodzicielskich.
- Tak - powiedziała cicho.
- Co tak? - zapytał, patrząc na nią ze zdziwieniem.
- Tak, rozumiem. I tak, pomogę ci. Podejmę się tej sprawy.
- Naprawdę? - zapytał, jakby z niedowierzaniem. Na jego twarzy pojawił się delikatny, niemalże niewidoczny uśmiech, który na chwilę zamaskował przemęczenie.
- Tak. - Sięgnęła do szuflady po wieczne pióro i notes. - Jak ona się nazywa?
- Elaine Craven. - W oku Hermiony pojawił się błysk zrozumienia. W pewnych kręgach ta kobieta była dość popularna. Poznała ją podczas jednej ze spraw, które prowadziła. Nie chciała wypytywać go o jego związki. Wiedziała jednak, że prędzej czy później będzie musiał wyjaśnić, co ich łączyło i w jakich okolicznościach zaszła w ciążę. W tej sprawie będą liczyły się najdrobniejsze szczegóły. - Na razie wiem o niej tyle - rzucił na stół powiększoną zaklęciem teczkę. Przejrzała ją pobieżnie.
- To nie za wiele - powiedziała, trzymając w ręku kartkę z życiorysem kobiety.
- Granger. - Po raz pierwszy w tej rozmowie pozwolił sobie na podniesienie głosu. - O tym, że mam syna, dowiedziałem się tydzień temu. Ty masz mi pomóc go odzyskać. Zapłacę ci, ile trzeba, żeby zabrać go od tej dziwki, rozumiesz?
- Okay - odparła, choć pieniądze nie grały dla niej żadnej roli. Nie w tej sytuacji, choć jeszcze nie do końca rozumiała, dlaczego tak było.
- Chce być codziennie informowany o postępach - wysunął pierwsze zadanie, zakładając ręce na piersi.
- Nie ma mowy - zaprotestowała.
- Płacę ci - zauważył.
- Albo gramy na moich zasadach, albo sam walczysz o dziecko - postawiła ultimatum, dobrze wiedząc, że musi się na nie zgodzić.
- Dobrze więc, będzie po twojemu. Kiedy mam złożyć pozew? - zapytał, wstając.
- Najlepiej jutro - powiedziała.
- Jest niedziela - przypomniał.
- Więc w poniedziałek. Im szybciej zaczniemy, tym lepiej. Najpierw zaczniemy od faktu, że poza prostytucją ta kobieta jest narkomanką i alkoholiczką.
- Skąd to wiesz? - zdziwił się, trzymając rękę na klamce. Tego nie było w jego raporcie. Dziwka musiała się nieźle pilnować.
- Mam swoje źródła. Nie mogę ci powiedzieć. - Naprawdę nie chciała wchodzić w szczegóły spraw, których się podejmowała. Nie musiał wiedzieć wszystkiego. To, co powiedział, zamykając za sobą drzwi, spowodowało, że nie mogła myśleć o niczym innym do końca dnia. Głos przepełniony ostrożną nadzieją wciąż rozbrzmiewał w jej głowie, a gdy tylko przymykała powieki, oczami wyobraźni wciąż widziała jego zmęczoną twarz.
- Ja w ciebie wierzę, Granger - powiedział to tak cicho, że na początku miała wrażenie, że się przesłyszała i tylko poważne spojrzenie jego stalowoszarych oczu upewniło ją w tym, że było inaczej. Nacisnęła przycisk interkomu, który został zainstalowany na jej życzenie i nachyliła się do niego.
- Liso, przyślij do mnie Artura. Przejmie wszystkie sprawy, którymi zajmowałam się do tej pory.




***




Codziennie przychodził w miejsce, gdzie ona mieszka, mając nadzieję, że i tym razem zobaczy swojego syna. Przetarł dłonią zmęczone oczy. Skierował się na ławkę, naprzeciw wejścia do kamienicy, w której znajdowało się jej mieszkanie, o ile tak można było nazwać norę, którą zajmowała.
Zamknął na chwilę oczy. Od razu pojawił się obraz małego blondwłosego chłopca. Miał jego oczy, szare, duże i ciekawe świata. Od tygodnia myślał o nim cały czas. Przy śniadaniu, w pracy i przed snem.
Znowu miał to dziwne uczucie, które towarzyszyło mu niemalże non stop. Myślał o chłopcu, chciałby go poznać… Nie umiał tego nazwać, czuł to po raz pierwszy. Tęsknił? Nie, nie mógł tęsknić, skoro w ogóle go nie znał. Wiedział jedynie, że zrobi wszystko, żeby go jej odebrać. Nikt nie powinien mieszkać w takich warunkach, zwłaszcza jeśli miał w sobie jego krew. Spojrzał na zegarek. Północ. Ostatni raz zerknął na obskurną kamienicę i teleportował się do swojej ogromnego apartamentu, w którym czuł się bardzo samotny, nawet jeśli nie chciał się do tego przyznać.




***




Ja, Dracon Lucjusz Malfoy, wnoszę pozew o uznanie ojcostwa oraz przyznanie pełnej opieki nad niepełnoletnim Allanem Craven. Na uwadze mam dobro syna, o którym dowiedziałem się parę tygodni temu. Sądzę, że jestem w stanie zapewnić mu lepsze warunki życia niż matka, Elaine Craven. Proszę o jak najszybszy termin rozprawy ze względu na sytuację, w której znajduje się Allan.
Skreślił to, co napisał. Na dobrą sprawę nie wiedział, co powinien zawrzeć w tym dokumencie. Nalał sobie do szklanki whisky i wychylił ją jednym haustem. Chyba będzie musiał pogadać z Granger i poprosić ją o pomoc nawet w czymś tak pozornie prostym. Napisał kilka słów na kartce papieru, złapał do ręki różdżkę i machnął nią nad kartką, a ona zniknęła, pojawiając się w jej gabinecie. Znów nalał sobie do szklanki whisky i od razu wypił, obiecując sobie, że to ostatnia w jego życiu. Teraz liczyły się inne rzeczy. Allen.




***




- Proszę wstać, sąd idzie - powiedział niski, gruby mężczyzna. Starsza kobieta w todze zasiadła na wielkim eleganckim krześle i wszyscy inni poszli w jej ślady. - W rozprawie przeciwko Elaine Craven przewodniczy sędzia Amelia Bones. Obrońcą przydzielonym z urzędu pani Craven został Stephen Hawkins. Pana Dracona Malfoy’a reprezentuje mecenas Hermiona Granger. Zebraliśmy się dziś w tej Sali, aby zadecydować o losie Allena Craven. - Sędzia mówiła znudzonym głosem, choć w jej oczach widać było iskierki ciekawości. Nie często miała okazję prowadzić sprawę bogatego arystokraty przeciw prostytutce, a tym bardziej z jego inicjatywy o prawa nad dzieckiem. Hermiona pozwoliła sobie wyłączyć się na chwilę, dobrze wiedząc, co powie sędzia. Gratulowała sobie w duchu, że udało się jej doprowadzić do utajnienia rozprawy. Była stanowcza i nie pozwoliła na odmowę, odwołując się do dobra dziecka. Nagle zauważyła, że coś się zmieniło w zachowaniu obecnych. Nadszedł czas na jej przemowę. Wzięła głęboki oddech i wstała. Musiała być spokojna i nie dać się pokonać w tej bitwie na słowa.
- Wysoki Sądzie, przed sobą mam badania, potwierdzające, że mój klient jest ojcem dziecka pozwanej. - Wskazała na trzymane w dłoni dokumenty. - Jako, że pani Craven nie poinformowała o ciąży ani dziecku pana Malfoy'a, dowiedział się on o swoim ojcostwie przypadkiem, spotykając pozwaną na ulicy z dzieckiem, które jest zaskakująco podobne do niego. Nasuwa się zatem kilka pytań. Dlaczego Elaine Craven ukryła chłopca? Dlaczego zachowała w tajemnicy fakt jego istnienia? Jak może pozwalać, żeby jej dziecko obracało się w środowisku narkomanów, w którym ona przebywa na co dzień? Moim zdaniem od początku była świadoma, że mój klient będzie walczył o dziecko i że to on otrzyma prawo do opieki. Dlatego chciałabym wnioskować o przyznanie prawa do opieki nad Allanem na czas rozprawy mojemu klientowi. - Hermiona przez całą swoją przemowę stała wyprostowana, patrząc na sędziego. Kątem oka dostrzegła dziwne zachowanie Elaine, która wraz z upływem czasu była coraz bardziej niespokojna. Przeczucie mówiło jej, że niedługo wydarzy się coś, co będzie miało wpływ na przebieg całej rozprawy. Kobieta na początku siedziała sztywno i patrzyła w jeden punkt. Hermiona była świadoma, że to taktyka jej adwokata. Chcieli pokazać, że kobieta jest odpowiedzialna, pewna siebie i opanowana. Na początku im się to udawało, coś jednak w jej zachowaniu zaalarmowało Hermionę, która nieznacznie odchyliła się do tyłu i wyszeptała parę słów do praktykanta, którego ostatnio zatrudniła. Mężczyzna podniósł się i opuścił salę sądową, wymawiając się złym samopoczuciem. Dracon siedział na krześle, a jedynym przejawem jego zdenerwowania było poruszanie nerwowo nogą. Na szczęście, jedyną osobą, która to widziała, była Hermiona. Obrońca Elaine wstał.
- Udzielam głosu - powiedziała sędzia.
- Wnoszę o pięć minut przerwy ze względu na złe samopoczucie mojej klientki - powiedział bez śladu zdenerwowania adwokat kobiety. Hermiona zauważyła coś, co umknęło sędzi. Grdyka mecenasa poruszała się, jakby był mocno zirytowany. Miała nadzieję, że dobrze odczytała zachowanie matki chłopca.
- Przychylam się do wniosku - stwierdziła kobieta. Elaine wstała i szybko opuściła pomieszczenie.
- Idź za nią - syknął Dracon do ucha Hermiony, która siedziała spokojnie na swoim krześle. - Chodzi o narkotyki. - Brunetka nie odezwała się ani słowem, prostując plecy. - Zrób coś! - podniósł w końcu głos, nie rozumiejąc, jak może być tak opanowana.
- Zamknij się - zirytowała się w końcu. - Sama wiem, co mam robić. Wysłałam Jasona. A teraz wstań i idź do łazienki, choćby po to, żeby umyć ręce. Ja wyjdę chwilę po tobie i przespaceruję się po piętrze. Jeśli ktoś będzie pytał, poszłam rozprostować kości, rozumiesz?
- Jasne - burknął i zrobił wszystko, co mu kazała. Hermiona również opuściła salę rozpraw i ruszyła w stronę miejsca, gdzie podejrzewała, że ma przydzielone miejsce adwokat Craven. Zauważyła niedomknięte drzwi i uklękła, dziękując Merlinowi za to, że ubrała adidasy. Mogła udać, że musi zawiązać buty. Kawałek dalej zauważyła Jasona. Wszystko potoczyło się tak, jak się tego spodziewała. Tuż przed tym, jak wzburzony adwokat i jego klientka opuścili pomieszczenie, dała znak praktykantowi, który szybko wrócił na salę. Sama również podniosła się z klęczek i podążyła ku pomieszczeniu. Dracon już siedział na swoim miejscu. Spojrzenie miał jasne i klarowne, był uosobieniem spokoju. Trochę mu tego zazdrościła. Zaczynała się lekko denerwować, co się stanie, jeśli jej plan nie wypali. Ręce lekko jej się pociły. Siadając, wytarła je szybkim ruchem w szatę. Nikt nie mógł wiedzieć, że czuje niepokój. Po chwili rozprawa została wznowiona. Nagle Hermiona usłyszała coś, co w jej mniemaniu było nieprawdą. Reakcja prowadzącej rozprawę była taka, jak się spodziewała.
- Udzielam głosu mecenas Granger - powiedziała. Brunetka wzięła głęboki oddech.
- Ostatnia deklaracja mecenasa Hawkinsa jest nieprawdziwa - stwierdziła.
- Sprzeciw. Jakim prawem tak twierdzisz? - zdenerwował się mężczyzna, podrywając się na równe nogi.
- Oddalam wniosek - zadecydowała prowadząca rozprawę. - Proszę kontynuować - zwróciła się do Hermiony.
- Jego klientka nie przeszła na odwyk. - Już wcześniej zauważyła, że oczy kobiety wyglądają nienaturalnie i są szklane, jak po zażyciu sporej porcji narkotyków, zapitych alkoholem, które w chwili rozpoczęcia rozprawy przestawały działać. Elaine pobladła. Sędzia spojrzała na nią uważnie i odwróciła się z powrotem do Hermiony. - Mam dowód na to, że pani Craven wciąż zażywa narkotyki. Dlatego tym bardziej uważam, że małoletni Allan powinien na czas trwania procesu trafić pod opiekę mojego klienta.
- To niemożliwe - wykrztusił zdumiony Hawkins.
- Proszę pokazać - zażądała kobieta, a Jason podszedł do niej i podał jej na szybko wywołane zdjęcia. Sędzia oglądała je przez dłuższą chwilę i oddaliła wniosek, kiedy Hawkins chciał zabrać głos. Następnie zarządziła przerwę. Nikt poza nią i ławą przysięgłych nie opuścił sali. Wszyscy czekali na werdykt. Elaine rzucała Draconowi wściekłe spojrzenia, ale on nic sobie z tego nie robił. Był spokojny. Wiedział, że te zdjęcia zmieniły wszystko.
- Decyzją Wizengamotu, opieka na czas rozprawy zostaje przyznana Draconowi Malfoy’owi,. Zarządzam koniec rozprawy. O terminie następnego zostaniecie państwo poinformowani listownie. - Wszyscy wstali, a sala po chwili opustoszała. Została na niej tylko Hermiona i Dracon. Po chwili Elaine wprowadziła chłopca, rzucając mu wściekłe spojrzenie. Uśmiechnął się wyrozumiale, nic sobie nie robiąc z jej złości.

- To jeszcze nie koniec - rzuciła, trzaskając drzwiami.

piątek, 24 lipca 2015

Miniaturka Pix. - "Obliviate"

Witajcie,


Piąteczek = praca młodej autorki :)
Dziś miniaturka autorstwa Pix., która chciała bym przekazała Wam od niej kilka słów poniżej.
Bardzo prosimy o wasze komentarze, zwłaszcza, że to jedna z ostatnich kilku publikacji młodych autorek, które jeszcze się tu pojawią :)
Pozdrawiam i do zobaczenia za tydzień!


Venetiia

Od autorki:

Była wena, a potem odeszła. 
Był pomysł, a potem się ulotnił. 
Szczerze to nie mam czasu, a nie ochoty poprawiać literówek i czytać to po raz setny.
Jest jak jest, lepiej już nie będzie. 
Czekam na opinie ;)  

***

Wojna wpłynęła na ludzi w dwojaki sposób, jedni stali się twardsi, zdecydowanie bardziej odporni na wszechobecny ból i cierpienie – albo takich udawali, drudzy nie potrafiąc pogodzić się ze złem załamywali się, a depresja i słabość dawały im o sobie znać każdego dnia.
Wydawałoby się, że wraz ze śmiercią Voldemorta życie chodź trochę stanie się prostsze… Nic bardziej mylnego, śmierć przywódcy śmierciożerców dla wielu okazała się początkiem prawdziwego piekła.
Cisza. Kilka głębokich wdechów. Nareszcie cisza. Pusty wzrok utkwiony w sufit. Cisza. Nareszcie. Rozdzierający krzyk. Płacz. Koniec spokoju. Koniec ciszy.
Podniosła się do pozycji siedzącej, zacisnęła dłonie w pięści. Parvati właśnie dowiedziała się o śmierci Padmy. Siostra opłakuje siostrę. Przymknęła powieki próbując nieco uspokoić nerwy. Była wściekła, poirytowana, sfrustrowana, zawiedziona. Mieszanka tak wielu uczuć powoli stawała się codziennością, bo codziennie ktoś płakał, ktoś się załamywał, ktoś umierał. Nic już nie było takie samo jak jeszcze kilka miesięcy temu, zawierano nowe sojusze, układano nowe plany działania, każdego dnia walczono o wolność, o życie. Dobro zaczęło mieszać się ze złem, nic nie było już czarne albo białe, szarość zdominowała świat czarodziejów.
Wstała z łóżka po to by stanąć przed lustrem. Patrzyła na siebie, a na jej twarzy pojawił się ironiczny półuśmiech. Czarne spodnie miały rozdarcia na kolanach, jeszcze niedawno całkiem biała bokserka teraz przypominała ścierę do podłogi, pokrytą tak samo jak twarz i włosy mieszanką potu, brudu i krwi. Krwi dziewczyny, Padmy i tego pieprzonego śmierciożercy, który zabił hinduskę. Z rany na obojczyku nadal sączyła się krew.
- Nie jest źle – mruknęła sama do siebie – ostatnim razem wyglądałaś gorzej.
Zza paska od spodni wyjęła różdżkę, jednym zaklęciem zasklepiła ranę, drugim naprawiła spodnie, a gdy miała wypowiadać trzecie zawahała się. Spojrzała na bluzkę, po chwili zdjęła ją i złożoną w kostkę położyła na komodzie.
-*-

Wpatrywała się w parę wydobywającą się z kubka, który obejmowała obiema rękoma.
- Hermiona – usłyszała cichy głos, ale nie podniosła wzroku. Dobrze wiedziała kto stoi w drzwiach małej kuchni.
- Co tu robisz Harry? – zapytała, chociaż znała odpowiedź
- Przyszedłem sprawdzić…
- Przyszedłeś sprawdzić, kto zginął tym razem, prawda? – dopiero teraz na niego spojrzała – Czy przypadkiem teraz to nie ja oberwałam Avadą. Żyję, Padma nie.
- Herm…
- Parvati jakoś się trzyma, myślałam, że się załamie, ale nie. To chyba ją nieco wzmocniło, dało siłę, żeby wybić tych popaprańców. Chęć zemsty ją napędza, na żałobę przyjdzie czas jak to wszystko nareszcie się skończy.
- Herm… - znów nie dała dojść mu do słowa, tak jakby w ogóle go nie było.
- Została nas szóstka Harry. Sześć osób z dwunastu przetrwało. Ja, Parvati, Neville, Dominic, Lee i Katie. Powinniśmy zmienić nazwę z grupy do zadań specjalnych na grupę samobójców.
- Herm…
- Wiesz, co jest najgorsze? Analizowanie, myślenie, przywoływanie w myślach tych wydarzeń. A co gdybym sekundę wcześniej wyjęła różdżkę, może powinnam użyć innego zaklęcia, albo skierować…
- Hermiona do jasnej cholery! – krzyknął Harry. Dziewczyna zamrugała dwa razy jakby wyrwana z jakiegoś dziwnego transu. – Teraz ty mnie posłuchaj. Sześć osób martwych po naszej stronie to o sześć za dużo, ale zabiliście prawie setkę śmierciożerców!
- I co? – zapytała gorzko – Zbliżyło nas to, chociaż trochę do zwycięstwa? Nas tylko ubywa, a na ich stronę przechodzi coraz więcej ludzi! Godryku – jęknęła - przepraszam Harry, nie chciałam krzyczeć. – wzięła głęboki wdech – Jestem dziś trochę rozdrażniona. Wybacz. Powiedz mi jak przebiegło spotkanie?
Popatrzył na nią zdziwiony, a ona pierwszy raz od dawna szczerze się uśmiechnęła.
- Masz na sobie ten okropny, czarny płaszcz. Kiedy go zakładasz i tu przychodzisz to po krótkiej rozmowie ze mną zwołujesz zebranie, potem dajesz namiary na kolejny cel. Informacje za każdym razem są bardzo precyzyjne. Ilu ich będzie, gdzie, w jakim budynku, dostajemy nawet rozkład pomieszczeń. Dlatego zapytam jeszcze raz, jak przebiegło spotkanie?
- Dobrze… - zaczął ostrożnie bacznie jej się przyglądając – więcej nie mogę…
- Wiem. Poproszę pozostałych. – powiedziała wstając.
-*-
- Granger, nie zasypiaj,Granger! Hermiona do jasnej cholery, nie zamykaj oczu!
- Miało jej tam nie być! –w głosie dało usłyszeć się zdenerwowanie– Potter, do jasnej cholery, obiecałeś mi to!
- Wiem – warknął Wybraniec – ale zmienili plany tuż przed akcją. Oni są indywidualną jednostką, nie konsultują ze mną…
- Gówno mnie to obchodzi! Miała się nie narażać, na jakiś czas odpuścić…
- Spróbuj ją do tego przekonać – warknął chłopak – Trzeba było nie rzucać na nią tego pieprzonego Obliv… - nie dokończył, bo właśnie leżał na podłodze z krwawiącą wargą i bolącą szczęką.
- Nie miałem wyboru! A ty dobrze o tym wiesz, więc teraz nie wyskakuj mi z takimi tekstami.
- Wiem – mruknął Harry podnosząc się z podłogi – przegiąłem. A teraz, co zamierzasz zrobić?
-Ponowne rzucenie obliviate byłoby zbyt ryzykowne – powiedział patrząc na dziewczynę – Prawie cały czas była nieprzytomna, powiesz jej, że Ty ją uratowałeś. – podszedł do łóżka, na którym spała i spojrzał na nią czule powstrzymując się by jej nie dotknąć – Opiekuj się nią – szepnął tylko.
- Malfoy…
- Do zobaczenia za miesiąc Potter – powiedział, po czym teleportował się z cichym trzaskiem.

Usiadła na łóżku, twarz ukrywając w dłoniach. Po raz kolejny nie mogła spać. Znów nie widziała twarzy, ale głosy były takie wyraźne. Rozmowa Harrego z Malfoyem. Trzeci raz, trzeci raz o tym śniła i zaczynała mieć wątpliwości czy to, aby na pewno nie była jawa, jakieś mgliste wspomnienie. Zacisnęła dłonie w pięści, nie myśląc wiele chwyciła za różdżkę i teleportowała się wprost do pokoju Harrego Pottera.
Nie spał. Siedział za biurkiem notując coś.
- Co Cię do mnie sprowadza o tej porze? Stało się coś? – zapytał znad sterty papierów.
- Ja wiem Harry, znam prawdę. – postanowiła zablefować. Obserwowała przyjaciela. Jego mięśnie napięły się delikatnie, stał się czujny.
- Nie wiem, o czym mówisz. Wyjaśnisz? – zapytał nonszalancko zapisując coś na pergaminie.
- Malfoy. – powiedziała, jakby to nazwisko miało wszystko wyjaśnić. Ale wyjaśnić, co? Sama nie wiedziała. Wiedziała jedynie, że we śnie to jego głos słyszała, że był tam razem z Harrym, że… Że to nie wcale nie musiał być sen.
- Ale… - westchnął – Co wiesz?
- Obliviate. – po raz kolejny monosylaba – Powiedz mi, o czym zapomniałam.
Widziała, że Harry walczy sam ze sobą, że jest rozdarty. W końcu wziął głęboki wdech i mruknął:
- Nie mogę, bo sam do końca nie wiem – potarł dłonią czoło – Kilka miesięcy temu miałaś wraz z Leo udać się do Malfoy Manor, pamiętasz to? – kiwnęła tylko głową, a on kontynuował. - Coś poszło nie tak, Leo zginął, ty też miałaś.
- I ty mnie uratowałeś. Potem dłuższy czas byłam nieprzytomna, ale nie rozumiem, co to ma wspólnego…
- To nie ja Cię uratowałem – przerwał jej – To był Malfoy i wcale nie byłaś nieprzytomna, ten czas – kolejny głęboki wdech i wydech – Ten czas, spędziłaś z nim, dlatego nie umiem odpowiedzieć Ci, czego nie pamiętasz.
- Jak to z Malfoyem?! – krzyknęła – Na litość boską, dlaczego ten pierdolony śmierciożerca mnie uratował, a potem wyczyścił pamięć!? O co chodzi!?
-*-
- Ona wie – powiedział Harry, gdy przed nim pojawił się blondyn – Trochę się domyśliła, trochę sam jej powiedziałem. Przepraszam, nie miałem wyjścia.
- Od kiedy?
- Minął prawie miesiąc. Zaraz po tym jak przywiozłeś ją po kolejnej próbie wdarcia się do siedziby Twojego ojca. – Brunet patrzył Draconowi prosto w oczy – Idź do niej, przywróć wspomnienia, zasługuje na to.
Malfoy zacisnął pięści. To nie tak miało być. Miał zapomnieć, nigdy nie przypomnieć sobie tego, co ich połączyło. Miała nie cierpieć, przestać namawiać go by porzucił szpiegostwo.
- Gdzie jest?
- U siebie.

Wszedł do jej pokoju. Siedziała na łóżku. Kiedy tylko go zobaczyła chciała coś powiedzieć, zapytać się, ale on uciszył ją jednym ruchem ręki.
- Jeśli mam to zrobić lepiej byś nic nie mówiła, oczyść umysł. – Wyjął różdżkę i zbliżył się do brązowookiej. Kiedy przykładał jej magiczny patyk do skroni szepnął tylko „Przepraszam”.
-*-
Kiedy się obudziła przy jej łóżku siedział Harry.
- Pamiętasz? – zapytał, a ona ponownie zamknęła powieki. Pamiętała. Oddał jej wszystkie wspomnienia. Samotna łza potoczyła się po jej policzku.
- Gdzie on jest?
- Nie wiem. Powiedział tylko, że jeśli będziesz chciała go znaleźć to teraz będziesz już wiedziała gdzie.
Wiedziała. Teraz już to wiedziała, ale nie była pewna czy chce to zrobić. Z jednej strony pragnęłaby wyjaśnił jej, dlaczego zabrał jej wspomnienia najlepszych chwil, jakie kiedykolwiek przeżyła, z drugiej strony bała się poznania tej prawdy. Bała się spotkania z nim.
Bała się, że znów zapragnie go pocałować, a on ją odepchnie.
Bała się, że gdy go zobaczy powie, że go kocha, a on nie odwzajemni jej uczucia. Bała się, że się nią zabawił, że już kogoś ma.
Bała się, że… Bała się, że nie będzie chciała od niego odejść.






piątek, 17 lipca 2015

Miniaturka Lady Manii - "Historia Remusa Lupina"

Witajcie!

Kolejny piątek - kolejna odsłona twórczości młodej autorki :)
Lady Mania z bloga Wyprawa po miłość, zapragnęła podzielić się z wami swoja miniaturką.
Kilka słów od autorki:

"Żeby miniaturkę milej się czytało podaję link do piosenki: https://www.youtube.com/watch?v=AJtDXIazrMo
I życzę miłej lektury :)"

Ode mnie jeszcze przypomnienie, że nie udostępniam już żadnych terminów publikacji, ale Stowarzyszenie Księcia Półkrwi na pewno chętnie Was przyjmie i opublikuje wasze prologi i miniaturki :)

Pozdrawiam!

Venetiia.

***

Miniaturka – „Historia Remusa Lupina”


Był słoneczny, wiosenny dzień. Zapach kwiatów roznosił się w całej wiosce, a promienie ciepłego słońca zachęcały to zabaw i spacerów. Hope Lupin szła razem ze swoim synem polną drogą ciesząc się piękną pogodą. W końcu zatrzymali się przy jednym z placów zabaw, a Hope usiadła na ławce otwierając najnowszego „Proroka Codziennego”. Już na pierwszej stronie widniał ogromny napis, przez który wstrzymała na chwilę oddech.

Zbieg z Azkabanu

Zeszłej nocy, jeden z więźniów - Fenrir Greyback uciekł z Azkaban. Wraz z nim z więzienia próbowało się wydostać jeszcze dwóch Śmierciożerców, których imion nie znamy. Ich udało się schwytać, lecz Greyback zdołał uciec i skryć się gdzieś w okolicach doliny Godryka. Jak wiemy jest on groźnym wilkołakiem, dlatego radzimy wszystkim trzymać się na baczności, bo zabił już wielu doświadczonych czarodziejów i mugoli. Aurorzy przeszukują każdy kąt w naszym kraju, lecz póki, co ich poszukiwania okazały się nieskuteczne. Jeżeli ktoś spotka go na swojej drodze (I cudem ujdzie z życiem) prosimy o jak najszybszy kontakt!

Hope wytrzeszczyła oczy. Niespełna rok temu to jej mąż skazał Fenrir’a Greyback’a na pobyt w Azkabanie. Jako jedyny dostrzegł w nim „wilcze cechy”. Po tamtym przesłuchaniu Greyback,owi udało się niestety uciec, lecz po niecałym miesiącu schwytali go Aurorzy i wsadzili do więzienia. Oczywiste jednak było to, że stało się to przez Lyalla Lupina. Hope wiedziała, co to dla nich oznacza. Muszą się ukryć i to jak najszybciej inaczej może spotkać ich coś naprawdę złego.
Szybko zwinęła gazetę i wcisnęła ją do torby.
- Remus! – krzyknęła. – Wracamy do domku!
Rozejrzała się po placu zabaw. Mogłaby przysiąc, że przed chwilą bawił się tam jej synek, lecz teraz, było tutaj zupełnie pusto.
- Remus! – krzyknęła jeszcze raz.
Przecież nie mógł odejść daleko, miał dopiero pięć lat i był chyba najgrzeczniejszym dzieckiem, jakie znała.
Ze strachem w oczach zaczęła biegać baz opamiętania nawołując swojego ukochanego synka. Nie było jednak żadnej odpowiedzi. Trzęsącymi się rękami wyjęła z torby telefon i jak najszybciej zadzwoniła do swojego męża.
- Lyall? Lyall? – szepnęła histerycznym tonem. – Greyback uciekł z więzienia, a Remus gdzieś zniknął. Błagam cię przyjedź tu szybko.
Chwilę poczekała na odpowiedź.
- Tak, jestem koło parku….Dobrze to czekam. – Odłożyła telefon i ciężko oddychając usiadła na ławce.
Co się z nim stało? Przecież nie mógł tak nagle zniknąć. A Greyback, nie odnalazłby ich tak szybko. Nie mogła stracić Remusa. Kochała go ponad życie, był jej jednym synkiem.
- Hope? – Pan Lupin przybiegł jak najszybciej. – Co się stało?
Pokazała mu artykuł z „Proroka” i opowiedziała o nagłym zniknięciu Remusa.
- Nie mógł zajść za daleko. Musimy go poszukać. – Pan Lupin chwycił żonę za rękę i oboje ruszyli w stronę pobliskiego parku.
Minęło zaledwie kilka minut, gdy nagle ktoś, a raczej coś dużego i włochatego przebiegło im drogę. Hope krzyknęła przerażona i skryła się za Lyall’em, lecz owa istota zniknęła już w cieniu drzew.
- Lyall’u boję się – szepnęła, gdy oboje dalej ruszyli drogą. – Czy myślisz, że to był…
- Tak – uciął krótko. – Ale Remus jest dzielny, na pewno nic mu nie jest.
Hope bardzo chciała wierzyć w te słowa, lecz gdy wyobrażała sobie swojego małego synka w uścisku tego potwora…łzy cisnęły jej się do oczu. Nie chciała o tym myśleć, ale spodziewała się najgorszego.
Nagle usłyszeli jakby ciche nawoływanie.
- Słyszałaś? – Pan Lupin zatrzymał się nasłuchując.
- Remus! – Wszędzie by poznała ten głos. Z pewnością należał do jej syna, lecz nie był taki pogodny i radosny jak zazwyczaj.
Kierowana przeczuciem ruszyła na oślep przez park, który już teraz stawał się coraz gęstszy i przypominał dżunglę. Głos stawały się coraz wyraźniejszy i głośniejszy. Hope biegła nie zważając na głośne protesty swojego męża by zwolniła. Musiała odnaleźć Remusa, teraz, gdy była tak blisko nie mogła odpuścić.
Nagle zatrzymała się. Całkiem zaschło jej w ustach, a oczy zaszkliły się od łez. Na mchu i trawie leżał Remus. Był cały we krwi, która sączyła się z głębokich ran na ramieniu. Na twarzy miał mnóstwo zadrapań, widocznie musiał się bronić.
Hope zakryła dłonią usta. Nie wierzyła w to, co widziała, to było po prostu niemożliwe. Jej jedyny, najukochańszy synek. Uklęknęła przy nim i pochyliła głowę dając upust emocjom.
Zakryła dłońmi twarz głośno łkając. Nie mogła nic poradzić. Była zwykłą mugolką i nawet nie wiedziała, co robić, gdy zostanie się pogryzionym przez wilkołaka. Nagle poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Zapłakana odwróciła się zobaczyła, swojego męża. Nie płakał, ale widać było na jego twarzy strach i rozpacz. Zabrali Remusa do Św. Munga, gdzie zajęli się nim specjaliści, lecz jego rodzice wiedzieli, że od teraz wszystko się zmieni. Ich życie nie będzie już takie jak dawniej, ale mimo to nie przestawali kochać swojego malutkiego synka, który od teraz nie był już zwykłym chłopcem.


niedziela, 12 lipca 2015

Prolog Alexis Nott - Dramione Fifty Shades

Witajcie!

Ostatnio usłyszałam, że jestem zła i wbijam nóż w plecy, bo nie daje autorkom drugiej szansy na publikację - jak widać, nie do końca to prawda, bo Alexis taką szansę otrzymała :) Tak się składa, że daję ją każdemu, kto na to zasłużył, a ona zrozumiała swój błąd i go poprawiła.
Oto przed Wami zupełnie nowy prolog jej historii bazującej na 50 twarzach Greya i oczywiście naszym ukochanym Dramione.
Zapraszam na bloga autorki:


Proszę Was o komentarze.

Pozdrowionka!


V.

***


Siadam w fotelu po kolejnej rozmowie. Od dwóch godzin przesłuchuję kolejne kandydatki na stanowisko osobistej sekretarki. Oczywiście według moich oczekiwań wszystkie te młode i ambitne kobiety były tak naprawdę puste i chętne rywalizacji, która pierwsza wskoczy mi do łóżka. Kiedyś może by mi to schlebiało, lecz nie teraz. Teraz dobieram kobiety z dokładnością. Kiedyś potrafiłem spędzić namiętną noc z pierwszą lepszą blondynką. Teraz wchodzę w układy z inteligentnymi brunetkami, które są piękne i jednocześnie mądre. Zazwyczaj owe układy kończą się po dwóch, trzech miesiącach bądź tak jak w przypadku Lily po dwóch tygodniach. Nie każda jest w stanie dotrzymać mi tempa. Nie każda jest w stanie zrobić to, czego oczekuję. Nie każda jest wstanie wytrzymać z moim obliczem. 
Stoję w miejscu przyglądając się po raz kolejny twarzy młodziutkiej Amber będącej tuż po studiach, kiedy drzwi od mojego gabinetu się otwierają. 
-Szefie przyszła kolejna kandydatka – zza drzwi uchyliła się Lisa, szczupła blondynka przed trzydziestką. Drzwi ledwo zakrywały jej zaokrąglony brzuszek ciążowy. Lisa odchodziła z mojej firmy z powodu założenia rodziny, ja muszę teraz znaleźć kogoś na jej miejsce. 
-Wprowadź – mówię wstając zapinając guzik od marynarki. 
Biorę teczkę ze stołu i kładę ją na stoliku przed biurkiem. Dwa białe fotele już na nas czekają. Podchodzę do drzwi i czekam. Gdy drzwi się otwierają widzę, jak do środka wchodzi młoda i piękna kobieta. Lustruję ją spojrzeniem zaczynając od stóp. Czarne szpilki podkreślają jej długie nogi, które dodatkowo odkrywała ołówkowa spódnica przed kolano apetycznie podkreślając jędrne pośladki. Biała koszula z odpiętymi trzema górnymi guzikami komponowały się z szarą marynarką. Kasztanowe włosy były rozpuszczone i lekko pokręcone. Były gładkie i lśniące. Okrągła twarz o łagodnych rysach była podkreślona delikatnym makijażem. Coś było w niej zaskakująco znajome. 
-Witam, nazywam się Draco Malfoy – uśmiecham się delikatnie wyciągając dłoń w kierunku kobiety. 
-Hermiona Granger, miło mi – patrzy mi prosto w oczy patrząc na moją reakcję. Nie poznałem jej a co więcej wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Ona idealnie nadaje się na moją sekretarkę, nie tylko pod względem wyglądu ale i inteligencji. 
-Zmieniłaś się – powiedziałem wskazując na fotele.
-Każdy się zmienia – odpowiada  mijając mnie siadając na jednym z dwóch foteli. Siadam i patrzę na jej zaciętą twarz – Możemy już zacząć? – zapytała zakładając nogę na nogę nieświadomie odkrywając większą część uda. 
-Jasne, zaczynaj. 
-To chyba ty powinieneś zadawać pytania… 
-Moja firma moje zasady. 
-Oczywiście – mówi patrząc na swoje czerwone paznokcie. 
-Nie przeszkadza ci to? – pytam zmieniając pozycję. 
-Co? 
-My. Po latach warczenia na siebie przychodzisz tu na rozmowę o pracę. 
-Potrafię oddzielić życie prywatne od zawodowego. Nie przeszkadza mi to, że mógłbyś zostać moim szefem. 
-A prywatnie kim dla ciebie jestem? 
-Wciąż tym samym aroganckim dupkiem. 
-Mimo, że za takiego mnie uważasz przyszłaś na rozmowę. Dlaczego? 
-Twoja oferta jest jedyną ofertą, która mi odpowiada. 
-Dlaczego? 
-Siedmiogodzinny dzień pracy, własne stanowisko, wyjazdy służbowe… 
-Wyjazdy służbowe w moim towarzystwie. Czasem nawet i kilkutygodniowe. A rodzina? Chłopak? Przyjaciele? 
-Tak jak mówiłam umiem oddzielić prywatność od zawodu. 
-Nie masz nikogo prawda? 
-Dlaczego pytasz? – zapytała odwracając się w moją stronę. 
-Ponieważ nie chcę przyczynić się do rozpadu związków przez miesięczny wyjazd służbowy. 
-Nie, nie mam nikogo. Jestem sama i dobrze mi z tym. Mam więcej czasu dla siebie. 
-To zrozumiałe jak na kobietę w twoim wieku. 
-Nie uda ci się mnie rozzłościć, więc nawet nie próbuj. Nie dasz rady. 
-Wyjdź. 
-Słucham? – pyta oburzona. 
-Wyjdź stąd. 
-Ale…
-Widzimy się w poniedziałek. 
-A rozmowa? Nie zapytasz się o moje kompetencje? 
-Znam je niemalże na pamięć. Widziałem twoje akta. 
-Więc to wszystko? 
-Jesteś jak na razie najmądrzejszą osobą, z jaką miałem możliwość rozmawiać w przeciągu dwóch godzin, więc tak. To wszystko. Do zobaczenia w poniedziałek Granger. Nie spóźnij się – wychodzę – A! i jeszcze jedno – odwracam się -Ubierz się podobnie jak na dzisiejsze spotkanie. Inni będą mi zazdrościć takiej sekretarki. 
***
Siadam w fotelu – tym razem z uśmiechem na ustach. Kto by pomyślał, że akurat ona przyjdzie na rozmowę. Muszę przyznać, że z Hermiony zrobiła się całkiem niezła sztuka. Kiedyś była cichą myszką, która chowała swoje atuty pod grubą warstwą ubrań o rozmiar za dużych. Ciągle z nosem w książce z szopą na głowie w otoczeniu chłopców wpatrzonych w nią jak w obrazek. Teraz zdaje się, że ta mała dziewczynka zniknęła bezpowrotnie. Kilka minut temu siedziała przede mną młoda pewna siebie kobieta. Zupełne przeciwieństwo dawnej Hermiony. Ubrana w obcisłe dopasowane ubrania podkreślające jej zgrabną sylwetkę, włosy wygładzone i w wyśmienitym stanie. Sam nie mogę w to uwierzyć, ale nowa Granger naprawdę mi się spodobała. 
Perspektywa spędzenia z nią najbliższego czasu sprawiała, że czułem coś nowego. Dreszczyk oczekiwania? Może w środku też się zmieniła… Może jest zupełnie inną osobą. Może ma kogoś? Może wciąż jest z Weasleyem. Na myśl o tym rudzielcu zbiera mi się na wymioty. Nie potrafię sobie wyobrazić jak ta fajtłapa zaspokaja Hermionę. Zresztą czy on kiedykolwiek miał bliskie spotkanie z kobietami? Z chęcią bym go czegoś nauczył, chociaż nie… Z chęcią bym nauczył czegoś Granger. 
Chyba minęło już wystarczająco dużo czasu od ostatniej kobiety, ponieważ moje myśli biegną w nieprzyzwoitym kierunku. Od dziś Granger jest moją pracownicą. Mam swoje zasady, a jedną z nich jest zero związków z pracownikami nawet jeżeli to ma być jednorazowy seks. Chociaż z drugiej strony perspektywa złamania tej zasady specjalnie dla Granger była… nie powiem… kusząca. 
Biorę do ręki jej akta. Po raz kolejny studiuje je linijka po linijce z nadzieją, że znajdę coś, czego dotąd nie odnalazłem. Przecieram zmęczone oczy i wyciągam teczkę, którą przyniósł mi Haide – mój prywatny detektyw. Teczka jest koloru błękitu i nie należy do tych grubszych. Otwieram ja i wyjmuje jej zawartość na biurko. 
Imię : Hermiona Jean
Nazwisko: Granger
Data urodzenia : 19 wrzesień 1979
Status krwi : Mugolaczka
Zawód : Studentka na Uniwersytecie Ekonomicznym – ekonomia menadżerska
Średnia ocen : 5.0
Wynik maturalny (OWTM) : Wybitny
Wcześniejsza edukacja : Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie
Obecne zatrudnienie : Księgarnia u Adamsów ( na pół etatu )
Ojciec : James Granger
Matka : Rose Granger
Przynależność polityczna : Nie stwierdzono
Wyznanie : Nie stwierdzono
Orientacja seksualna : Nie stwierdzono
Związki : Na chwilę obecną nie stwierdzono
***
Budzę się wraz z pierwszym promieniem słońca. Napięcie, które pojawiło się wczoraj po południu nie zelżało, lecz przybrało na sile. Przeczesuje palcami włosy wpatrując się w panoramę Londynu. Moje myśli niebezpiecznie zbiegły na czasy nauki w Hogwarcie. Wbrew pozorom, jako dorosły mężczyzna tęsknię za tym czasem beztroski, kiedy moim jedynym zmartwieniem było to, czy zdam egzamin lub czy oddam pracę w terminie. Wraz z tymi dobrymi wspomnieniami pojawiają się te złe. Niestety złe wspomnienia górują nad tymi dobrymi. 
Ubieram spodnie dresowe i zwykły bawełniany T-shirt. N nogi wsuwam sportowe adidasy a na ramiona zarzucam bluzę. Zbiegam po schodach na dół i wychodzę z apartamentu. Biegnę przed siebie mając mnóstwo czasu na przemyślenia. Myślę o wszystkim i o niczym. O mojej firmie, o dawnym życiu, o obecnym życiu i o kobietach. Standardowo przy tym temacie zostaję na dłużej. Musze znaleźć sobie kogoś nowego. Jednak, kiedy myślę o kolejnej kobiecie na myśl przychodzi mi tylko jedna. 
Zatrzymuję się na środku chodnika widząc znajomą osobę. Te włosy, drobna postura, z której emanuje pewność siebie. Odwracam się szybko i łapię ją za dłoń. Dopiero, kiedy widzę twarz nieznajomej dociera do mnie, że to nie jest ta kobieta, której się spodziewałem. Przepraszam uśmiechając się mówiąc, że pomyliłem osoby. Od wczorajszego dnia w moich myślach siedzi tylko jedna osoba. Dopiero, kiedy dobiegam do domu dociera do mnie jak bardzo pragnę tej osoby. Jak bardzo pragnę Hermiony Granger. 

SZKOCJA 
-Szlama! – usłyszałam wychodząc zza zakrętu. To znowu on, ten cholerny dupek, który uważa się za kogoś lepszego tylko przez wzgląd na jego czystą krew – Na słuch ci padło? Wołam cię! 
Odwracam się niechętnie nieświadomie przyciskając książki bliżej siebie. Mimo mojego 1,70 on nadal góruje nade mną. Patrzy na mnie lodowatym wzrokiem pełnym jadu.  Wciąż nie mogę pojąć dlaczego on mnie tak nienawidzi. Jest tyle mugolaków w szkole a on uwziął się akurat na mnie. 
-Co chcesz? – pytam obojętnie. 
-W całej szkole czuje ten smród. Mogłabyś się umyć w końcu. Oh, czekaj. Zapomniałem, szlamowatej krwi nie da się umyć.
Poczułam się, jakby ktoś przywalił mi w twarz. Za każdym razem to strasznie boli. 
-Malfoy nie jesteśmy już dziećmi. Chociaż nie, przepraszam. Ja nie jestem już dzieckiem. Twój poziom intelektualny zatrzymał się w wieku 11 lat, kiedy przekroczyłeś próg Hogwartu. Od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Wciąż jesteś aroganckim i bezczelnym dupkiem. 
-Nie pozwolę sobie, żeby taka osoba jak ty mnie obrażała. Kim jesteś, że to robisz, co? 
-Jestem człowiekiem. Ty pod niego już nie podchodzisz. 
-Zrobiłaś się strasznie wyszczekana Granger. Trzeba cię przytemperować. 
-Ciebie trzeba nauczyć kultury. 
-Wiem więcej niż ty. Umiem się zachować lepiej niż ty. Szlamy nic o tym nie wiedzą. Szlamy nie nigdzie nie nadają. 
-Zmień płytę, bo przynudzasz. 
-Nie ruszają cię już takie rzeczy? 
-A wyglądam, jakby mnie to ruszało? 
Zamilkł i spojrzał na mnie z o brzydzeniem. Zmrużyłam oczy mierząc go spojrzeniem. Wyprostował się i spoważniał. 
-Tę rundę wygrałaś szlamo, ale pamiętaj jeszcze pożałujesz. 
Odchodzi, zostawiając mnie same. Merlinie, jak ja nienawidzę tego człowieka. Odchodzę w przeciwnym kierunku z myślą, że kiedyś się odegram.

piątek, 10 lipca 2015

DraczKotek cz. III - ostatnia

Witajcie,

Wreszcie jest - specjalnie dla Wszystkich, którzy czekali :)
Betowała Kinga - za co jej bardzo dziękuję.
Dedykacja: dla Live Underground z bloga Lucjusz i Miona
Cieszę się, że to już koniec tej miniaturki :)
Ale obiecuję, że jeszcze napiszę dla Was kolejne.

V.

***

Draco nie wiedział, ile czasu był nieprzytomny, jednak, gdy wreszcie się ocknął, to do jego świadomości nagle dotarło, że cały świat dziwnie mu skacze przed ślepiami. Dopiero po chwili zorientował się, że jest... gdzieś niesiony!
Salazarze! Jak to niesiony? Gdzie? Przez kogo?!
Ojcze dopomóż! Pewnie porwano go dla okupu!
Spojrzał w dół i dostrzegł, że jego ręce są chude i pokryte rudym, zupełnie niegustownym futrem.
Zaraz... Przecież to wcale nie są ręce! To są łapy! Wstrętne, krzywe, kocie łapy!
I wtedy sobie wszystko przypomniał. Jeśli kocie mordki mogą wyrażać dezaprobatę, to mina DraczKotka właśnie taka teraz była. Czarna rozpacz!
Podsumowując:
Ktoś rzucił na niego parszywy urok i... teraz był kotem! Na dodatek, brzydkim i rudym kotem. Wystarczająco straszne? Widać ktoś uznał, że niewystarczająco, bo jak się okazało, zamieniono go we wstrętnego sierściucha Granger - irytującej kujonicy z Gryffindoru, która jakby tego było mało, planowała umawiać z tym bezczelnym pozerem Zabinim. Czy mogło być gorzej?
Mogło.
Granger właśnie gdzieś go niosła, a wnioskując po tym, jak śpieszyła przez szkolne błonie, najpewniej jej celem była zagrzybiała chata, tego starego, kudłatego, leśnego dziada – Hagrida.
Gdyby ojciec mógł go teraz zobaczyć, to najpewniej umarłby na zawał, a potem wrócił pod postacią ducha, by prawić mu kazania o tym, że to przez niego doszło do tak spektakularnego upadku rodu Malfoyów. Już za krótki występ w roli fretki, ojciec poprowadził serię wrednie wysyczanych tyrad, od których do dziś lekko dzwoniło mu w uszach. A teraz jeszcze to!
On, jako krzywoszłapy kot Granger!
Merlin naprawdę musiał mieć do niego o coś straszny żal, że zesłał na niego kumulację wszystkich nieszczęść na raz.
Zabrał mu jego cudowne ciało.
Zabrał mu podziw tłumów.
Zabrał mu honor i godność.
I oddał go w ręce wroga!
A w zasadzie w ramiona...
Ciepłe, miło pachnące i czułe ramiona, jednej z najmądrzejszych, najładniejszych, najsekso...
O nie!
Merlin odebrał mu też rozum! Koniec musiał być bliski!
- Już, już Krzywołapku. Zaraz będziemy. Nic ci nie będzie, skarbie... - szeptała Hermiona, a jej głos brzmiał, jak gdyby powstrzymywała szloch.
- Skarbie? - pomyślał Draco – Nazywano go już: ciachem, przystojniakiem, najseksowniejszym, najdoskonalszym... naj, naj i bezapelacyjnie naj we wszystkim, ale nikt, nigdy nie mówił do niego z taką czułością. Nigdy nikt, tak się o niego nie martwił.
To uwłaczające, ale musiał przyznać, że nawet trochę zazdrościł temu głupiemu kocurowi.
Tymczasem Hermiona dotarła do chatki i mocno załomotała w drzwi.
- Hagridzie? Hagridzie, jesteś? Potrzebna mi twoja pomoc! – zawołała, z determinacją w głosie.
Drzwi chatki otworzyły się i stanął w nich zdziwiony gajowy.
- No holibka, Hermiona, co ty tu robisz o tej porze?
- Hagridzie, mam poważny problem! Krzywołap chyba zachował... Od rana dziwnie się zachowuje, a przed chwilą praktycznie zemdlał – lamentowała.
- Wejdźcie do środka. Zaraz go sobie obejrzymy – zdecydował.
Draco prychnął swoim kocim nosem, na sam fakt, że ten wielki głupek myślał, że pozwoli mu się dotknąć.
- Martwię się. Może ktoś go czymś przeklął? Mój biedny koteczek... - Hermiona postawiła go na stole i pogłaskała czułym gestem, a Draco poczuł, jak pewna część jego ciała nagle budzi się do życia.
Oczywiście chodziło o jego... ogonek! Przypominający szczotkę do butelek, puszysty, koci ogonek, którym właśnie radośnie wymachiwał.
- Nie wygląda na chorego – Hagrid sięgnął po duże okulary, przez które jego oczy wyglądały jak dwa wielkie pikle i pochylił się nad Draco, by mu się lepiej przyjrzeć.
- Ani nie próbuj wstrętna kupo rozczochranych kudłów! Nie waż się mnie dotknąć! - syknął.
Hermiona i Hagrid spojrzeli na siebie zaskoczeni. Pierwszy raz zdarzyło się, by Krzywołap tak dziwnie zareagował na wielkoluda.
- Holibka. Może faktycznie cuś mu jest? - zastanawiał się pół-olbrzym.
- To tobie coś jest. Jesteś psychicznie cho... - Draco jednak nie dokończył tej myśli, bowiem właśnie jego własna psychika spłatała mu niezłego figla.
Coś wielkiego, co wcześniej wziął za stare, wyliniałe futro leżące na posłaniu gajowego, nagle wydało głośne warknięcie, a później powoli uniosło głowę i wlepiło w niego swe czarne ślepia.
Wielki pysk otworzył się, ukazując arsenał białych i ostrych zębów.
- Co się dzieje Kieł? Dlaczego warczysz na Krzywusia? Przecież od zawsze się lubicie! - Hermiona wyglądała na szczerze przejętą całą tą sytuacją.
- Hermiona, może lepiej... - zaczął Hagrid, ale nie zdążył dokończyć, bo Kieł warknął jeszcze głośniej i jednym susem, praktycznie przeskoczył z łóżka na stół.
Draco chyba nigdy w swoim życiu nie był tak bardzo przerażony. Zadziałał instynktownie i zeskoczył ze stołu, a potem pędem, w totalnej panice wskoczył Hermionie na ręce. To uwłaczające, by jakaś Gryfiaczka musiała mu służyć za obrońcę, ale przecież nie miał innego wyjścia. Wtulił swój pyszczek najgłębiej jak mógł... dopiero po chwili uświadamiając sobie, że jego kocia główka znajduję się praktycznie pomiędzy piersiami dziewczyny. Nie miał jednak czasu nacieszyć się tym doznaniem, bowiem na plecach wyraźnie czuł gorący oddech wielkiego psa.
- Lepiej idź Hermiono, bo długo go tak nie utrzymam! - wydyszał Hagrid, ledwo sobie radząc ze wściekle warczącym i sapiącym brytanem.
- Na Godryka, co się dzieje? Przecież Kieł zawsze jest taki łagodny... - Hermiona wybiegła z chatki, mocno tuląc do siebie przerażonego kota.
- Co się dzieje? To parszywe bydle chciało mnie pożreć! Mamusiu, już prawie mnie miał! Niech no tylko opowiem o tym mojemu ojcu! - wściekał się Draco, jednak z jego pyszczka wydobywało się tylko żałosne miauczenie.
- Już, już malutki, cichutko. Wszystko będzie dobrze. Chyba poproszę profesora Dumbledorea, by pozwolił mi zabrać cię na wizytę do jakiegoś weterynarza.
- Mowy nie ma, Granger! Nawet nie chce wiedzieć, co tam może planować mnie pożreć – mruczał.

***

Weszli do szkoły, ale nim skierowali się w stronę schodów, Hermiona dostrzegła małe zbiegowisko nauczycieli i prefektów różnych domów, stojących obok drzwi Wielkiej Sali. Postanowiła tam podejść i dowiedzieć się, co tak naprawdę się dzieje.
- Jak dobrze, że pani jest, panno Granger. Potrzebujemy pani pomocy. Jako prefekt naczelny poprowadzi pani kolejną grupę poszukiwawczą i razem sprawdzicie teren boiska do Qudditcha – pouczyła ją wyraźnie przejęta i zdenerwowana profesor McGonagall.
- Grupę poszukiwawczą? - zdziwiła się Hermiona.
- Zaginął jeden z uczniów. Jego koledzy nam to zgłosili. Sprawdziliśmy i nigdzie w szkole go nie ma. Musimy go odnaleźć – wyjaśniła Minerwa.
- Kto zaginął? - zmartwiła się panna Granger, a Draco chciwie nastawił uszu.
- Dracuuuuuuśśś – zawyła jedna z dziewczyn, wychodząca z korytarza prowadzącego do lochów.
- Mój słoooodkiii miiiiśśś – zapłakała Lavender, przyciskając jakieś zdjęcie do piersi.
- Nasz najlepsiejszy kuuumpeeeel – wychlipał Crabbe, a Goyle głośno wydmuchał nos w zieloną chusteczkę.
- O tak! Wreszcie ruszyli te leniwe tyłki, by mnie poszukać. Hej ludzie! Tu jestem! - cieszył się Draco.
- Chyba zaraz zwymiotuje – burknęła Hermiona z pogardą, patrząc na rozpacz stada fanek zaginionego ślizgona.
- W każdy razie musimy poszukać Malfoya. Jego ojciec dostanie szału, jeśli tego nie zrobimy – McGonagall teatralnie skrzywiła się pod nosem.
- Poszukać, czy go odnaleźć pani profesor? - zapytała Hermiona z wrednym uśmieszkiem, a Draco cicho parsknął w oburzeniu. Co ona insynuowała?
- Dobre chęci nie zawsze muszą iść w parze z rezultatami, panno Granger – McGonagall uśmiechnęła się tak samo wrednie jak Hermiona, a Draco poczuł dziwne ciarki na kocim karku. Raz na zawsze powinie zapamiętać, że z pewnymi kobietami nigdy nie należało zadzierać. Tym bardziej jeśli należały do Gryffindoru.

***

- Widzę, że Krzywołapek ma się już lepiej – Harry schylił się i poklepał kota po głowie, a Draco wysunął ostre pazurki i resztkami sił powstrzymał się przed wbiciem ich Potterowi w nogę.
Szybko jednak przypomniał sobie, że musi być grzeczny. Hermiona od wczoraj przestała wspominać o konieczności oddania go w łapy jakiś dziwnych szarlatanów, tylko dlatego, że starał się zachowywać, jak na kota przystała – oczywiście to wszystko było wbrew jego wielkiej godności, która teraz leżała tak jak on, tuż obok stóp tego głupka - Pottera.
- Tak, chyba tak – mruknęła Hermiona, rzucając się na fotel i rozsiadając się wygodnie.
- Coś taka wykończona, Miona? - zagadnął ją Ron, pochłaniający szóstą czekoladową żabę.
- Od wczoraj ciągle każą nam szukać Malfoya. Mam tego dość! - uskarżała się.
- Sprawdziliście wszystkie knajpy w wiosce? Na pewno gdzieś zapił - zasugerował rozbawiony Harry, a Draco znów ostatkiem sił powstrzymał chęć ataku. Bliznowaty ćwok za dużo sobie pozwalał!
- Nikt go nie widział – burknęła.
- A może nie żyje? Ale by było super!- Ron wyglądał na zachwyconego taką perspektywą, a Draco najeżył się i głośno prychnął.
- Wypluj te słowa Ronald! Natychmiast! - zażądała ostro Hermiona, zrywając się z miejsca.
- Ale Miona, no co ty? Martwisz się o tego gada? - dziwił się rudy.
Draco wlepił swe ślepia w Hermionę, bardzo ciekawy jej odpowiedzi. Czy ona naprawdę się o niego martwiła? Czy była szansa, że interesował ją w jakiś sposób? Przecież mówiła, że woli tego głupka Zabiniego... chyba, że... kłamała?
- Nie martwię się o niego, tylko o szkołę – Hermiona nerwowo przygryzła wargę i odwróciła spojrzenie, by ukryć zażenowanie swą gwałtowną reakcją.
– Hermiona ma rację. Jak Lucjusz Malfoy się dowie, że jego synalek gdzieś zniknął, to jak nic wparaduje do szkoły i zażąda jej natychmiastowego zamknięcia – wtrącił Harry.
- Co racja, to racja – pomyślał Draco – Ojciec na pewno, by się wściekł... Nie, nie o to, że jego jedyny dziedzic gdzieś zniknął i nikt nie wie gdzie jest. Najpewniej stary najpierw wyrecytowałby całą listę uchybień, jakich dopuścił się Dumbledore, a potem zrobił wszystko, by odwołać dyrektora z jego stanowiska. Ewentualnie później, jeśli znalazłby wolny czas, zająłby się poszukiwaniem zaginionego syna. Albo najpewniej komuś to zlecił...
Takie życie. Arystokraci byli zbyt zajęci, by się przejmować drobiazgami. Dlatego tym bardziej interesowało go to, dlaczego o głupiego kota Granger martwiło się tyle osób. Od rana wszyscy gryfoni ją pytali "Jak się miewa Krzywołapek?", a ona z zatroskaną miną opowiadała, że "Na szczęście już trochę lepiej".
Od wczoraj ciągle go doglądała, podsuwała smakołyki, głaskała, drapała za uszkiem... a on mruczał i poruszał ogonkiem, zadowolony ponad miarę. To również było dziwne. Przecież znał przyjemności daleko lepsze od zwykłego drapania. Dlaczego więc dotyk dziewczyny działał na niego tak upajająco?
O co na zgniłe szczątki Slytherina w tym wszystkim chodziło?
- Jestem zmęczona. Pójdę do siebie – zdecydowała Hermiona, wstając i maskując ziewnięcie.
Draco szybko się podniósł, czując znów tę dziwną ekscytację. Wczoraj pierwszy raz spędził noc w łóżku Hermiony Granger... i choć Gryfonka kazała mu leżeć w nogach, a z powodu kotar dookoła jej posłania nic nie było widać, to i tak ta noc była dla niego fascynującym przeżyciem i zdecydowanie ślizgon miał już ochotę na następną.

***

Hermiona siedziała na łóżku i rozczesywała mokre włosy. Draco usiadł po przeciwnej stronie i zainteresowaniem śledził każdy jej ruch. Śnieżnobiała, krótka koszulka nocna na ramiączkach zakrywała co ciekawsze fragmenty, ale i tak widok był bardzo interesujący.
- Pora spać kochany Krzywołapku – mruknęła, odkładając szczotkę i za pomocą zaklęcia zaciągając zasłonki wokół łóżka.
Ułożyła się wygodnie, a jej wilgotne włosy rozsypały się dookoła jej ślicznej buzi.
Draco ostrożnie podszedł bliżej i ułożył się tak, by móc oglądać jej pogrążoną we śnie twarz. To był niesamowity widok!
- Śpij dobrze, koteczku – wymruczała sennie, po czym za pomocą zaklęcia zgasiła stojącą obok łóżka lampkę i niemal od razu słodko zasnęła.
Draco oparł swój koci pyszczek na złożonych łapkach i sam usiłował zasnąć. Świadomość, że ona jest blisko działała naprawdę kojąco.

***

Nagle błysnęło zielone światło, a Hermiona przestraszona usiadła z różdżką w dłoni.
Draco również poderwał się do góry, ale zawadził głową o dłoń Hermiony i zaplątał się w jej prześcieradło.
Granger krzyknęła krótko, a Draco znów usiłował się podnieść, ledwo utrzymując równowagę, tak by nie spać z łóżka.
Wtedy jego wzrok spotkał się z wyraźnie zaskoczonym spojrzeniem dziewczyny... i dopiero teraz uświadomił sobie, co tak właściwie się stało.
Wrócił.
Naprawdę wrócił do swojej postaci! Szybko pomacał swoje arystokratyczne ciało, by się przekonać, że niczego mu nie ubyło.
Merlinowi dzięki! Był cały! Cały i zdrowy! Cały i seksowny! Cały i... nagi...
O cholera! Szybko chwycił za prześcieradło i spróbował nim zakryć najbardziej strategiczne części. Wkurzona gryfonka celowała w niego różdżką, a on nie miał nic, poza wreszcie odzyskanym, boskim ciałem.
Czy to mogło wystarczyć, by ją ugłaskać?
- Hermiono, czy coś się stało? - Ich uszu dobiegł zaspany głoś Parvati Patil.
- Niee, nic. Miałam tylko koszmarny sen. Śpij dalej Parv. - powiedziała, mrużąc niebezpiecznie oczy i nadal celując różdżką w blondyna.

Na dłuższą chwilę zapadła cisza, a potem Hermiona nagle rzuciła zaklęcie. Draco w panice zamknął oczy. Jeśli teraz Granger transmutuje go w coś innego, to chyba się zabije! O ile to ona tego nie zrobi...
Nic takiego się jednak nie stało, a dziewczyna opuściła różdżkę i na nowo zapaliła nocną lampkę. Spojrzała na niego zniesmaczona, chyba mając poważny problem z zaakceptowaniem tego, że w jej łóżku, tuż na przeciwko niej, siedzi praktycznie nagi Draco Malfoy.
Znów machnęła różdżką, a przed chłopakiem zmaterializowało się coś, co wyglądało na stary dres.
- Ubierz się Malfoy, a potem najciszej jak potrafisz - wynoś się stąd! - warknęła, znów unosząc różdżkę i biorąc go na cel.
- Nie chcesz wiedzieć co się stało? Nie zapytasz skąd się tu wziąłem? - odpowiedział, zdając sobie sprawę z tego, że wcześniej Hermiona rzuciła na nich zaklęcia wyciszające.
- Doskonale wiem. To znów jakiś głupi psikus twoich przepitych whisky koleżków. Chcieliście sobie ze mnie zakpić i mnie ośmieszyć, czy tak? Niedoczekanie! A teraz zabieraj ten blady tyłek z mojego łóżka, albo przysięgam, że zaraz zmienię cię we fretkę i dam Hardodziobowi na śniadanie! - ostrzegła go bez cienia żartu.
- Zaraz stąd zniknę, chcę tylko byś wiedziała Granger, że nie miałem z tym nic wspólnego! To ja tu jestem ofiarą - warknął, w pośpiechu się ubierając, jednocześnie pilnując, by Gryfonka nie zobaczyła...no... prawdziwego ogonka.
- I masz mi oddać mojego kota, przebrzydły draniu! - warknęła.
- Odzyskasz go, jak tylko wrócę do siebie. Tylko, jak mam to zrobić? - zastanowił się.
- Rzucę na ciebie zaklęcie kameleona, bo nie chcę, by ktoś cię widział, jak stąd wychodzisz. Jednak jeśli komuś powiesz, że wylądowaliśmy razem w jednym łóżku, to przysięgam, że przeklnę cię jak stąd do Land's End i z powrotem – pogroziła mu.
- Bez obaw, Granger. Dla mnie to też nie była przygoda życia – skłamał, szybko wciągając przez głowę bluzę od dresu.
- Dość tego Malfoy! Wynoś się i nigdy nie wracaj! - Hermiona stuknęła go różdżką w głowę , a języki zimna oplotły jego ciało. Po chwili stał się niewidzialny.
- Zobaczymy, Granger. Nigdy nie mów nigdy – Draco przypomniał sobie, że przecież odzyskał już swój urok osobisty i seksapil. Posłał jej lekko złośliwego smirka, po czym cicho wyplątał się z kotar otaczających jej łóżko.
Nie wiedział czemu, ale naprawdę cicho liczył na to, że jeszcze kiedyś tam wróci.

***

- Jak myślisz? Odczarowało go już? - zastanawiał się Zabini.
- Jeśli nie już, to na pewno wkrótce, eliksir miał działać tylko czterdzieści osiem godzin... - dywagował Nott, nerwowo patrząc na zegarek.
- Stary! A co będzie, jak on się dowie, że to ty zamieniłeś go w obrzydliwego kota na całe dwa dni? - śmiał się Diabeł.
- Nie dowie się. Poza tobą i mną nikt o tym nie wie, a Malfoy pewnie będzie wolał o tym zapomnieć, niż się przyznać, że był obrzydliwym kocurem, tej głupiej kujonki.

Stojący w progu ich dormitorium Draco, zacisnął ze złości pięści. Zaklęcie kameleona wciąż działało, a dwóch jego kumpli nie miało pojęcia, że słyszał każde ich słowo. Pożałują! O tak!
Nie zostawi tak tego, a oni już wkrótce poczują czym jest zemsta - Dracona Lucjusza (Najseksowniejszego Macho w Hogwarcie) – Malfoya!

***

Hermiona właśnie wracała z lekcji numerologii, gdy jej drogę zastąpił wysoki, przystojny i bardzo pewny siebie blondyn.
Skrzywiła się na jego widok, jakby właśnie jadła cytrynowego dropsa.
- Zejdź mi z drogi Malfoy! - warknęła, próbując go wyminąć.
- Chcę zamienić z tobą słowo, Granger – wyjaśnił jej Draco, ponownie nie pozwalając jej przejść.
- Ale ja nie chcę. Odczep się, bo tym razem skończysz jako coś naprawdę paskudnego – ostrzegła go.
- Jeśli nie będzie to Weasley, to mogę podjąć to ryzyko – Draco złapał ją za łokieć i pociągnął w stronę pierwszej, wolnej sali..
- Puszczaj mnie natychmiast! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?! - krzyczała, rozwścieczona gryfonka.
- Chcę tylko chwilę z tobą pogadać, Hermiono...- odpowiedział, gdy znaleźli się w pustej klasie.
- Co...? - zapytała wyraźnie zszokowana.
- No pogadać, wiesz to takie coś, jak dwoje ludzi, mówi do siebie i...
- Na Merlina Malfoy! Wiem co znaczy, że chcesz pogadać, zdziwiłam się tylko, bo powiedziałeś do mnie...
- Hermiono. Zdaje się, że tak masz na imię, prawda? - Draco błysnął szelmowskim uśmiechem. 
- W co ty grasz, Malfoy? - zapytała, krzyżując ręce na piersi i przyglądając mu się podejrzliwie.
- Najczęściej to w Qudditcha...
- Przestań się wygłupiać, bo zaraz stąd wyjdę! – zagroziła.
- Dobrze, ale musisz mnie wysłuchać. Ta sprawa nie może się tak skończyć.
- Jaka sprawa? 
Draco wywrócił oczami i westchnął ciężko.
- A podobno taka jesteś mądra...
- Malfoy! - ostrzegła go ze złością.
- Ktoś mnie zmienił w kota. MNIE! W KOTA! I jakby tego było mało, to był twój kot. TWÓJ OKROPNY KOT, Granger...!
- Sam jesteś okropny, a Krzywołapek jest ślicznym stworzon...
- Chodzi mi o to, byś pomogła mi się zemścić na moich oprawcach – przerwał jej blondyn.
- Oprawcach? Czy ty nie przesadzasz Malfoy? To najpewniej miał być tylko głupi dowcip.
- Ale wymierzony we mnie i poniekąd w ciebie, Hermiono – Draco musiał sam przyznać przed sobą, że lubi brzmienie jej imienia w swoich ustach. To było gooorące.
- I co w związku z tym? - zapytała gryfonka.
- Już ci powiedziałem – zemsta. Wiem kto to zrobił i wiem, jak się na nich zemścić. Potrzebuję tylko twojej pomocy. Sam nie dam rady rzucić takiego zaklęcia – przyznał uczciwie.
- Chcesz mi powiedzieć, że uważasz, że jestem w czymś lepsza od ciebie? - zaśmiała się triumfująco.
- Nie pław się tak tym Granger, to nie po gryfońsku – sarknął, lekko rozeźlony.
- Pomogę ci, ale tylko dlatego, że mój biedny kotek od dwóch dni ukrywa się pod moim łóżkiem. Co on się tam musiał naoglądać w tej waszej jaskini węży.
- Na pewno nic gorszego niż to, co zobaczyłem ja w czasie waszych babskich pogadanek w twoim dormitorium – Draco uśmiechnął się łobuzersko, a Hermiona momentalnie spąsowiała.
- Malfoy... - ostrzegła go ponownie.
- Jutro o szesnastej, czekaj na mnie obok szatni przy boisku Qudditcha. Wyjaśnię ci teraz, co zrobimy... - Malfoy uśmiechnął się cwanie. Upokorzenie, za upokorzenie. Jego plan był genialny – zresztą, czego się spodziewać, skoro on go wymyślił?

***

- To był świetny trening! – Theodore uśmiechnął się do kolegów z drużyny, po czym dziarsko wyszedł z szatni, opierając swoją miotłę na ramieniu. Był naprawdę zadowolony ze swojego życia. Miał ładną dziewczynę, której zazdrościli mu inni. Miał w miarę dobre oceny, dobrą pozycję w drużynie Qudditcha, no i na dodatek był bardzo przystojny. Czego chcieć więcej?
Wracał z treningu, prawie podskakując z radości, gdy nagle stało się coś niespodziewanego. Zobaczył błysk jasnozielonego światła, a po chwili świat zaczął rosnąć mu w oczach. Wszystko stawało się niebotycznie wielkie, a jego własna miotła zaczęła go praktycznie przygniatać.
- Salazarze! Ratuj! - przebiegło mu przez myśl, a potem zapadła ciemność.
To jego własna szata, powiększyła się tak, że nie był się w stanie z niej wydostać.
- Mam cię! - usłyszał złowrogi szept, a potem złapały go czyjeś zimne ręce.

***

- Jesteś świetna Hermiono, naprawdę kochana, taka mądra i zdolna i pomysłowa... - podekscytowany Longbottom podskakiwał w miejscu z radości.
- Nie ma za co Neville, od razu, jak ją znalazłam to pomyślałam sobie, że będzie idealnym towarzystwem dla Theodory. I wiesz co? Może nazwiesz go Theodorem? Pasuje do niego... - Hermiona z szerokim uśmiechem, wręczyła Nevillowi sporego, zielonego i oślizłego samca Ropuchy, tego samego gatunku co jego Theodora. Czy można było sobie wyobrazić bardziej dobraną parę?

Draco stojący za rogiem, praktycznie krztusił się ze śmiechu.
- I masz za swoje Nott! Opłacało się ze mną zadzierać? Pewnie, że nie! - zaśmiewał się do łez.
Mimo tego, musiał szczerze przyznać Longbottomowi rację... i choć najchętniej przekląłby go za ten maślany wzrok, którym wodził za jego dziewcz.... za jego wspólniczką, to i tak ten głupek mówił, to co on sam myślał. Hermiona naprawdę była świetna, mądra, zdolna i niesamowita.
A kto zasługiwał na to, by móc umawiać się z kimś niesamowitym? No pewnie, że on!
Pora było zrealizować kolejną część planu.

***

- Bardzo się cieszę, że się zgodziłaś. Od dawna planowałem cię gdzieś zaprosić - kokietował Blaise.
- Wiesz, że cały pub się na nas patrzy. Będzie niezły skandal... - Hermiona była lekko zakłopotana ciekawskimi spojrzeniami wszystkich dookoła.
- Nie przeszkadza mi to, najpewniej gapią się tak z zazdrości – Zabini mrugnął do niej łobuzersko, po czym napił się kremowego piwa.
- Naprawdę nie boisz się co twoi koledzy ze Slytherinu powiedzą, na to, że spotykasz się z Gryfonką?
W odpowiedzi Diabeł uśmiechnął się szeroko i pochylił się niżej nad ich stolikiem, tak by móc coś do niej wyszeptać.
- Posłuchaj Hermiono, ja... - I wtedy z jego ust wydobyło się głośne i naprawdę ohydnie brzmiące beknięcie, który usłyszał każdy gość Trzech Mioteł.
Hermiona prawie spadła z krzesła, chcąc odsunąć się od chłopaka, a Blaise zerwał się na równe nogi.
- Ja prze... - Kolejne tubalne beknięcie, sprawiło, że wszyscy w pubie na dobre umilkli, koncentrując swą uwagę na Zabini.
- Ja chyba już pójdę, miło było... - Hermiona zerwała się ze swojego miejsca i bordowa na twarzy niczym tło Gryffindoru, wybiegła z Trzech Mioteł, marząc o tym, by ktoś najlepiej rzucił na nią zaklęcie zapomnienia. Takie upokorzenie!
Nie zdążyła jednak ujść daleko, bo już za pierwszym zakrętem poczuła, że ktoś łapie ją za łokieć.
- Merlinie! Byleby to nie był ten niewychowany, bekający idiota! - poprosiła w myślach, powoli się odwracając.
- Cześć Hermiono, co słychać? - Malfoy błysnął ząbkami w szerokim uśmiechu.
- Nic ciekawego – odpowiedziała kwaśno, szybko uwalniając swój łokieć z jego uścisku. Jego dotyk parzył nawet przez jej jesienny płaszcz.
- Jak tam randka z Zabinim? - zapytał, prawie dławiąc się z powodu tłumionego chichotu.
Hermiona spojrzała na niego podejrzliwie.
- Malfoy, czy ty...
- Wiesz Granger, to nawet zabawne, ale ja i koty mamy ze sobą wiele wspólnego.
- Niby co? - zapytała rozbawiona. Właśnie dotarło do niej, że incydent z Blaisem, to była dalsza część zemsty Dracona.
- Koty są miłe, urocze, dystyngowane i zawsze spadają na cztery łapy.
Draco zrobił krok w przód i niespodziewanie przyciągnął Hermionę do siebie.
- I ja, tak jak one, zawsze dostaje to czego chcę... - wymruczał, nim pochylił się nad dziewczyną.


Koooniec 

Resztę historii dopiszcie sobie we własnych wyobraźniach :)