sobota, 18 października 2014

Miniaturka Katheriny Petrovej - Poświęcenie

Hejka! :)

Miniaturka miała być w sobotę - i jest, choć prawie przy jej końcu :) Nosi ona tytuł "Poświęcenie". Jej autorka - Katherina Petrova będzie Wam pewnie wdzięczna za każda opinię :) Ja ze swej strony zachęcam ją oczywiście do dalszej publikacji jej twórczości i założenia autorskiego bloga :) Uważam, że pisanie do szuflady jest naprawdę smutne. Bo jest wiele osób - np. ja - które łakną coraz to nowych historii stworzonych przez utalentowanych autorów. Proszę Was - nie chowajcie swojej pracy przed czytelnikami - naprawdę jeśli się postaracie, zostaniecie docenieni :) Pozdrawiam!
Venetiia N.

PS. Wciąż czekam na wasze mniaturki, prologi, wiersze i inne utwory o tematyce dramione - zgłoście się do mnie na venetiia.noks@gmail.com, a na pewno wasze dzieło zostanie tu wcześniej czy później opublikowane :)
Nowe publikacje co sobotę :)



***

Moje życie skończyło się już dawno, dawno temu. Przez ten czas starałem się zapomnieć o NIEJ, ale na próżno. I chociaż wiem, że ONA chciałaby, żebym pozbierał się, i żył dalej - nie potrafię. Wszystko sprawia mi ból.
Budzenie się co dnia, w tym samym łóżku co wcześniej, jest moim największym koszmarem. Otwieram oczy z nadzieją, że ONA tam będzie. Jednak codziennie spotyka mnie rozczarowanie. ONA nie wróci.
Już nigdy.
- ..I nigdy nie będzie jak dawniej. Wciąż cię kocham. Dlaczego mnie opuściłaś?! Przecież wszystko układało się tak dobrze.. - szeptałem załamanym głosem, przyklękając przy JEJ grobie. Kiedy odeszła, wszystko przestało mieć znaczenie. Kiedyś myślałem nawet, że mam serce, bo miało dla kogo bić. Dzisiaj jestem pewny, że w tym miejscu jest tylko ogromna, czarna dziura. Pustka.
Dla kogo mam żyć?
~*~
Patrzyła, jak niszczy swoje życie. Nie mogła nic zrobić, chociaż wiele razy patrzyła w jego smutne, niebieskie oczy, w nadziei, że na nią spojrzy. Jednak nic takiego się nie stało. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że ona cały czas z nim była. Z wielką uwagą śledziła każdy jego ruch.
- Kocham cię. Przepraszam - powtarzała, jak modlitwę. Nie chciała jechać tym samochodem. Wiedziała, że coś się stanie. Spieszyła się - do niego.
A teraz utknęła pomiędzy Niebem, a wielką pustką. Została dla swojej jedynej miłości, chociaż była sama. Doskonale zdawała sobię sprawe, że nie wolno jej tu być.
- Zapomnij o mnie, Draco. Znajdź osobę, która na nowo uczyni twoje życie szczęśliwym. Nie pogrążaj się dla mnie - uśmiechnęła się, jednak ten uśmiech nie obejmował jej oczu. Klęczała razem z nim.. i płakała.
Jej anielskie łzy dotknęły jego twarzy, ale ten nie poruszył się ani o centymetr. Gdyby znowu mogła go dotknąć, przytulić, albo chociaż zapewnić, że wszystko się ułoży.
Nie mogła - przez jej głupotę.
Przez swój pośpiech musi teraz patrzeć, jak najważniejsza osoba w jej życiu stacza się na dno.
Znowu zawiniła.
(..)
- Wstawaj - szepnęła cicho - już dwunasta.
Oczywiście nie usłyszał jej, mimo usilnych starań. Otworzył jednak swoje stalowe oczy, po czym spojrzał się na puste miejsce obok siebie.
Wczoraj znowu jego przyjaciele bezskutecznie dobijali się do jego drzwi. Chociaż wiele razy dawał im do zrozumienia, że chce zerwać z nimi wszystkie kontakty, to oni nie odpuścili.
I za to była im wdzięczna.
- Dopóki śmierć nas nie rozłączy, pamiętasz? - zapytał w pustą przestrzeń, a ona pokiwała głową.
- Przepraszam, skarbie. Zrozum, nie mogę inaczej.
- Nie rób tego! - ostrzegła go, widząc, że ten powoli zbliża się do szafki z eliksirami - Draco, proszę..
Ta chwila zdawała się być wiecznością. Powolnym ruchem otworzył szafkę, po czym przejrzał jej zawartość. Wyciągnął sporą dawkę eliskiru nasennego.
- Nie, nie, nie! Musisz żyć! - powtarzała gorączkowo. Nie może poświęcić swojego życia dla niej.
- Draco... - upadła koło niego. Jego oczy były zamknięte, a z ust wydobył się iewyraźny szept.
- Na zawsze razem, pamiętasz?

poniedziałek, 13 października 2014

Prolog do opowiadania Raiji

Witajcie :)

Wznawiam publikację miniaturek i prologów autorek początkujących w blogerskim świecie Dramione. Dziś o waszą opinie na temat swojej twórczości prosi Raija (raijaattalo@interia.pl). Przedstawiam Wam prolog jej opowiadania dramione. Serdecznie prosimy Was o szczere komentarze. Zdradzę Wam, że autorka ma już gotowe kilka kolejnych rozdziałów więc teraz pora, by namówić ją do publikacji :) Dobrej Zabawy!
Pozdrawiam!
Venetiia N.

PS. Kolejne miniaturki już wkrótce. Kto jest zainteresowany publikacją swojej twórczości na tym blogu proszę pisać na - venetiia.noks@gmail.com






Prolog


 -Auu… Moja biedna głowa… Zaraz, gdzie ja…MAALFOY!!!- Krzyk brązowowłosej Gryfonki sprawił, że leżący pod nią chłopak zerwał się na równe nogi, zrzucając ją na podłogę.- Auu… Delikatności trochę dla cierpiącego, Fretko!
- To samo i z powrotem, Granger. Mogłabyś się tak nie drzeć. Łeb mi pęka- syknął Ślizgon, pomagając dziewczynie podnieść się z podłogi.- Masz może eliksir na kaca?

-Trzymaj- warknęła Hermiona, podając mu jedna z fiolek z szuflady w stole. Podziękowała swojej przezorności, która kazała jej schować ten eliksir właśnie tam. Spojrzała na siebie i zamarła.- Malfoy- wyszeptała.-Dlaczego mam na sobie twoją koszulę? Dlaczego spałam na tobie? O co tu chodzi? Czy my…-zamarła w pół słowa, zdając sobie sprawę z tego co mogło dziać się w nocy.

- O to samo chciałem się zapytać, Granger- odparł ze stoickim spokojem.- Nie patrz tak na mnie, ja nic nie pamiętam- dodał, widząc mordercze spojrzenie Gryfonki. Eliksir właśnie zaczął działać i potworny ból głowy, będący efektem wczorajszej libacji, ustąpił. 
 Hermiona opadła bezsilnie na fotel, próbując sobie przypomnieć, co się wydarzyło wieczorem. Wróciła do dormitorium dosyć późno, gdyż zasiedziała się w bibliotece. Malfoy tymczasem opróżniał drugą butelkę Ognistej w ich pokoju wspólnym. Dała mu się namówić i razem opróżnili kolejne dwie butelki, po czym obydwojgu urwał się film. Ostatnie, co pamiętała, to ich namiętny pocałunek. Nie miała pojęcia, co było dalej. 
-Malfoy… A co jeśli…-szepnęła.
- Nie strasz mnie, Granger. Nawet myśleć nie chcę, co by było gdyby się okazało, że po pijaku zrobiłem ci dziecko… Granger, GRANGER!- wrzasnął, łapiąc osuwającą się z fotela Gryfonki.- Granger… Hermiona… Mionka… Jasna dupa- mruknął, klepiąc dziewczynę po policzkach.
-Malfoy?
-Nie, Lord Voldemord. Cholera, Granger, co ty odpieprzasz?
- Ja… Ja nie wiem… Nagle zaczęło mi się kręcić w głowie, chciałam wstać, ale…
-Ale zemdlałaś i gdyby nie ja, wylądowałabyś z powrotem pod stołem- przerwał dziewczynie zdenerwowany Dracon, patrząc na odzyskującą kolory twarz Hermiony. Pomógł jej podciągnąć się na fotelu i podał jej szklankę wody. Ta Gryfonka zaczynała mu naprawdę działać na nerwy. Przez pierwsze trzy miesiące wspólnego mieszkania w Wieży Prefektów Naczelnych, kłócili się ze sobą o wszystko. Dopiero po Balu Bożonarodzeniowym zaczęli się dogadywać. Przed oczy nasunęło mu się wspomnienie przygotowań do Balu, którymi kierowali właśnie oni, jako Prefekci Naczelni. Wtedy to zdecydował się ją w końcu przeprosić za wszystko, za siedem lat wojny.*
 „Był zdenerwowany, co było u niego rzadkością. W końcu zebrał się na odwagę, by ją przeprosić. TAK, on Dracon Lucjusz Malfoy, arystokrata, zwolennik teorii czystej krwi, postanowił przeprosić Hermione Jane Granger, szlamę, córkę mugoli. „Świat się kończy” -pomyślał. Szedł w stronę Wielkiej Sali. Wiedział, że ona tam będzie, gdyż nadzoruje wieszanie dekoracji przed Balem.
- Granger…yyy… Mogę cię prosić na chwilę?- wydukał.
-O co chodzi, Malfoy?- warknęła, gdy tylko znaleźli się na korytarzu.
-Granger… To znaczy, Hermiono…Ja chciałbym... Tego no.. Powiedzieć, że…no…tego…
-Malfoy, do cholery, pospiesz się, bo nie mam czasu na słuchanie twojego jąkania.
-Proszę cię nie przerywaj mi…To jest dla mnie… ekhm…trudne… bo widzisz... tego... no…
-Malfoy- wrzasnęła.
- Do cholery, Granger, bądź cicho. Jaciępróbujęprzeprosićatymiciągleprzerywaszdocholery –wrzasnął na jednym oddechu.
-Co proszę?- Hermiona udawała, że nie zrozumiała. Postanowiła zabawić się chwilę, kosztem nerwów arystokraty. Siedem lat cierpiała z jego powodu, więc niech się trochę pomęczy za karę. Wojna bardzo ją zmieniła. Nie była już tą samą dziewczyną, co wcześniej. Chciała cieszyć się życiem i nie tracić czasu na dąsanie i rozpamiętywanie tego, co było złe. Nie potrafiła sobie wybaczyć tego, że przez swój upór nie zdążyła pogodzić się z Lavender, która zginęła w bitwie. Od tej pory starała się nie chować długo żadnych urazów i być jak najbardziej życzliwa dla innych ludzi. Próbowała zaakceptować to, że Tleniona Fretka również jest człowiekiem, choć zajęło jej to kilka ładnych miesięcy. A to wiązało się z próbą przebaczenia mu wszystkich świństw, jakich dopuścił się wobec niej.
-Hermiono Jane Granger, czy wybaczysz mnie, Dragonowi Lucjuszowi Malfoy, że odkąd się poznaliśmy byłem dla ciebie przykry, że zatruwałem ci życie, wyzywałem i poniżałem cię? Wiem, ze proszę o wiele, jednak miej na względzie to, że Malfoy’owie nigdy nie przepraszają, a ja właśnie łamię odwieczne zasady naszego rodu.
- No cóż, dobrze, że zdajesz sobie sprawę z wagi twej winy Draconie- Hermiona świetnie się bawiła, patrząc na pokorną minę Malfoy’a. Niezrażona zbierającym się tłumkiem, ciągnęła dalej z grobową powagą- Jednakże biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności…- i w tym momencie nie wytrzymała, widząc minę Draco.- Dobrze Malfoy, zgoda- parsknęła wyciągając do niego dłoń. Ślizgon nie mógł uwierzyć w to, co widział. Gryfonkę najwyraźniej bawiło jego zdenerwowanie i stres.
Bał się, że mu odmówi, że lata nienawiści przeważą szalę na jego niekorzyść. A tym czasem Granger z wielkim bananem na ustach potrząsała jego dłonią w ramach zgody.” „I tak to się zaczęło”- pomyślał. Tego samego dnia pogodził się z Potterem i Weasley’em. Hermiona nawet zgodziła się iść z nim na Bal.”

-Haalo! Hogwart do Malfoy’a!- Hermiona od jakiegoś czasu próbowała wyrwać Dracona z zamyślenia. Wpadła na szatański pomysł.- Dracusiu! – zapiszczała, siadając obok niego.
To był strzał w dziesiątkę. Chłopak zerwał się jak oparzony. 
- Granger, musisz mnie straszyć? Chcesz, żeby nasz dzidziuś urodził się nerwowy?
Hermiona parsknęła śmiechem widząc, jak Malfoy z oburzoną miną kładzie rękę na swoim brzuchu.
-Nie martw się, kruszynko, tatuś cię kocha, nie to, co mamusia.
-Ależ skarbie, ja też kocham naszego bobasa- powiedziała Hermiona przytulając Draco i kładąc mu swoją rękę na dłoni, po czym oboje wybuchli niekontrolowanym atakiem śmiechu, chwilowo zapominając o swoich rozterkach sprzed piętnastu minut.

Dwa dni później odbyło się uroczyste zakończenie roku szkolnego i pożegnanie uczniów siódmego roku. Hermiona i Draco zostali wyróżnieni jako najlepsi uczniowie. Po uczcie wszyscy uczniowie wrócili do domów, na wakacje. No, prawie wszyscy. Harry i Hermiona pojechali do Nory. Brązowowłosa tydzień później odkryła, że jednak po libacji alkoholowej z Malfoy’em doszło do czegoś, do czego dojść nie powinno i że pociągnęło to za sobą nieprzewidziane konsekwencje. Na szczęście znalazła wsparcie u swego najlepszego przyjaciela, Rona Weasley’a, który bez żadnych oporów przyjął dziecko jako swoje. Miesiąc po zakończeniu szkoły, panna Granger została panią Weasley. Kilka miesięcy później na świat przyszedł Matthew Artur Weasley. Miał kasztanowe włosy i niebieskie oczy, co zastanawiało wszystkich. Hermiona skłamała twierdząc, iż jest on uderzająco podobny do jej dziadka ze strony taty. Tym sposobem położyła kres plotkom. Kilka lat później na świat przyszły kolejne dzieci państwa Weasleyów – Rose i Hugo. Hermiona i Ron nie kochali się, co prawda, lecz byli najlepszymi przyjaciółmi, a ich małżeństwo mogłoby być wzorem dla niektórych małżeństw zawartych z tzw. wielkiej miłości. 






* Hermiona i jej przyjaciele wrócili do Hogwartu, by go ukończyć, zaś inni uczniowie musieli powtarzać rok, gdyż poprzedni został uznany przez Ministerstwo Magii za nie ważny.




poniedziałek, 16 czerwca 2014

Miniaturka Venika - "Analiza"

Hej!
Jako, że pojawiło się kilka komentarzy w sprawie zapożyczenia/zbyt dużej inspiracji miniaturki Arabelle, a sama autorka stwierdziła, że nie chce kłopotów - wspólnie ustaliłyśmy, że miniaturka zostanie skasowana, a Arabelle na przyszłość będzie bardziej uważała na to jak się inspiruje twórczością innych. Jako, że nie ustaliłam jeszcze szczegółów publikacji z autorką kolejnej miniaturki przewidzianej na sobotę, postanowiłam Wam wrzucić jedną ze swoich miniaturek, którą ja zaczęłam pisać zanim jeszcze napisałam Dwa Światy, ale powstawała ona bardzo mozolnie i opornie więc skończyłam ją dopiero kilka minut temu :D Jako, że są w niej zawarte i moje początki i teraźniejszy sposób pisania, wiem, że nie jest ona ani wybitna, ani nawet dobra, ale nie chciałam zostawić pustki i niesmaku po dzisiejszej "sprawie inspiracyjnej". Mam nadzieję, że nie ominą mnie wasze szczere komentarze :) i z góry Wam za to dziękuje. Pozdrowionka!
Venik.

PS. Oczywiście znów bez bety. Jestem okropna. Wiem :D
--------------------

O Merlinie! Znowu! Znowu to nudne zebranie. Nie chwila... to narada. Chyba tak nazwała to jego sekretarka? Stara i brzydka Greta. Czemu on, najprzystojniejszy i najseksowniejszy szef Departamentu Międzynarodowej Współpracy musi trzymać za biurkiem taką poczwarę? Chyba tylko dlatego, żeby uniknąć oskarżeń o molestowanie. Tak, jego tatuś wiedział jak to się kończy. Do dziś pamięta tę awanturę z matką. Lepiej dmuchać na zimne, zwłaszcza, że nie chciał tracić swojej pozycji najbardziej pożądanego kawalera przez jakieś głupie plotki durnej blond-wiedźmy. Nie. Sekretarkę mógł mieć starą, ale w kontaktach z koleżankami z pracy zawsze wybierał te młode, zdolne i biuściaste... znaczy te z dobrym gustem, klasą i oczywiście czystą krwią. Jednak na tym zebraniu nie było takich zbyt wiele. Susan Bones, vice-szefowa Departamentu Transportu. Jego główne zagrożenie do stołka ministra, młoda i zdolna jak on... ale za to brzydka, nudna, szara i nijaka. I ta bluzka jak z lamusa. Fuj! Po prawicy Bons  co chyba planuje wyhodować sobie wąs, siedział równie brzydki Dominik Marquell, w ohydnej, szarej szacie, ponurej i bez gustu jak on sam. Ale po co on ogląda takie paskudy? Przecież przy tym stole, na tej przeklętej naradzie musi być ktoś, na kim warto na dłużej zawiesić oko. 
Jeszcze raz rozejrzał się po pokoju. Szefowie i vice-szefowie wszystkich departamentów. Zbieranina dziwaków, karierowiczów i ponuraków. Potter z włosami jak po porażeniu piorunem, Parkinson ta głupia tapeciara, która szczerzy do niego kły jakby był smakowitym stekiem i Daphne Grenngrass z miną jakby siedziała na skunksie. Czemu ona się tak krzywi patrząc w jego stronę? A tak! To pewnie przez to, że ostatnio dał kosza jej młodszej i niestety o wiele głupszej siostrze. Bogowie! Co za beznadziejny dzień, w beznadziejnym pokoju z tymi beznadziejnymi ludźmi! Czy naprawdę nie ma nadziei na zobaczenie czegoś co nie zepsuje mu humoru na resztę dnia? 

Nerwowym ruchem przeczesał swe jasne włosy i spojrzał na zamknięte drzwi, a zaraz potem jego wzrok przeniósł się na puste krzesło. Dlaczego jej dziś nie było? Czyżby znów ratowała jakiś durnych mugoli z opresji? Wtem jednak jego nadzieje zostały spełnione. Drzwi się otwarły, a stukot wysokich obcasów obwieścił wszystkim przybycie ostatniego vice-szefa, a raczej vice-szefowej Departamentu do spraw Kontaktów z Mugolami. Draco uśmiechnął się pod nosem niczym zadowolony kocur i przeciągnął się leniwie na krześle.

--Dzień dobry wszystkim - przywitała się chłodno Hermiona, najwyraźniej niezbyt zadowolona, że ostatnie wolne krzesło jest centralnie na przeciwko Malfoy'a.
--Co to za spóźnienia Granger, nie wiesz, że to nieprofesjonalne? - zakpił, wciąż się uśmiechając.
--A co ty możesz wiedzieć o profesjonalizmie Malfoy? - prychnęła z pogardą.
--Bardzo wiele i mogę ci nawet co nieco o tym opowiedzieć po zebraniu, jeśli chcesz...
--Nie! - warknęła.
--Dość tego Malfoy, pora zaczynać - zarządziła Dafne, wyraźnie wkurzona.
--Ale sztywniara! Czyżby ten skunks ugryzł ją w te nadęte dupsko - wyszeptał Draco i prawie parsknął śmiechem na głos, jednak nikt mu nie zawtórował, jedynie Hermiona z dezaprobatą pokręciła głową, po czym wyjęła swoje pióro, by jak pilna uczennica, zanotować każde słowo z tego zebrania.
Draco natomiast rozparł się wygodnie, doskonale wiedząc, że notatki z tej nudnej narady i tak pożyczy mu Pansy. To znaczy nie jemu, tylko jego sekretarce... On natomiast mógł wreszcie zająć się tym co ostatnio stało się praktycznie jego hobby. Analizowaniu.

--------------------

Uwielbiał to robić, a im bardziej to uwielbiał, tym bardziej czuł jakie to staje się niebezpieczne. Bo albo wcześniej czy później ona go za to skrzywdzi, albo on skrzywdzi siebie i zakocha się w... O Merlinie!
Mimo tych obaw i tak nie miał zamiaru odpuścić. To było jak silny narkotyk, ale miał w nosie to uzależnienie. Musiał to zrobić i już.

--------------------

Zawsze zaczynał od najmniej istotnego szczegółu. Lakieru do paznokci.
Jaki dziś miała? Beżowy, czy może znów ten delikatny róż? Prosty, ale z klasą... Nie, dziś go zaskoczyła. Jej paznokcie były muśnięte mocno czerwonym, błyszczącym lakierem. To pobudzało zmysły na tyle, że musiał nieco poluzować kołnierzyk swojej koszuli.
Dalej.
Lubił jej dłonie. Małe i drobne, a przy tym sprawiały wrażenie jakby niosły za sobą jakąś niesamowitą siłę. Czy to za sprawą magii, którą potrafiły czynić? Być może. Długie, lecz szczupłe palce, na których nie nosiła pierścionków. Czasem zastanawiał się co, by poczuł, gdyby pewnego dnia na serdecznym palcu pojawił się pierścionek zaręczynowy. Nie wiedział jednak czemu, zawsze w tej wizji był to pierścionek jego babci...
Chrząknął, by odgonić od siebie te nieodpowiednie wizje i spojrzał dalej. Na przegubie jej lewej ręki spoczywał złoty zegarek. Nic specjalnego, pewnie mogłaby kupić sobie lepszy... albo on mógłby jej taki podarować, jednak ten chyba był dla niej ważny, bo o ile wiedział dostała go Potter i Weasley'a, gdy dostała ostatni awans. Dalej były jej szczupłe ramiona, jasna skóra i małe piegi. Nikt o tym nie wiedział, ale on uwielbiał piegi, a zwłaszcza te na jej małym, zadartym, a raczej zadziornym nosku. Ubierała się jak na klasyczną pracownicę biura przystało. Zwykle była to biała bluzka i ołówkowo-szara spódnica. Nie nosiła staromodnych szat, ale też rzadko kiedy widywało się ją w kolorowych ubraniach. Choć wciąż miał w pamięci tę krwisto-czerwoną suknię, którą miała na ostatnim balu ministerstwa. I to rozcięcie na udzie... Merlinie! Czemu tu jest tak gorąco? - Złościł się, znów odciągając kołnierzyk koszuli. Dziś jednak, grzeczna panna Granger nie miała na sobie białej bluzki. Przeciwnie, ubrana była w bordową, dość obcisłą bluzkę ze sporym dekoltem. Zauważył to dopiero teraz, gdy zdjęła swój żakiet. Draco przełknął ślinę i szybko poszukał wzrokiem swojej szklanki wody. To zebranie było naprawdę wyjątkowe. Klasyczna panna Granger nosiła zawsze upięte włosy, a jej makijaż ograniczał się do lekkiego różu na policzkach... jednak dzisiaj coś się nie zgadzało. Panna Granger miała czerwoną szminkę i mocno podkreślone oko. Draco wyprostował się na swoim krześle, chcąc się upewnić, że się nie pomylił. W kilka minut Hermiona ze skorupki kujona przeistoczyła się w drapieżną kocice. Dziewczyna odłożyła pióro i spojrzała prosto w oczy podglądacza. Przeciągnęła się i sięgnęła do tyłu, po czym zalotnym gestem wyjęła spinkę, która podtrzymywała jej ciasny kok. Śliczne, brązowe loki opadły kaskadą na jej zgrabne plecy, a szczęka Draco Malfoy'a z łoskotem opadła na podłogę. Teraz już nie patrzył na nią, poddając jej śliczna buzię dokładnej analizie. Teraz gapił się na nią, jak jakiś psychopata. Panna Granger w dzisiejszym wydaniu była bowiem wszystkim czego oczekiwał od kobiety i najmniej obchodziła go teraz czystość jej krwi.

--------------------

--Dziękuje Wam. Na dzisiaj to wszystko - oznajmiła wszystkim Bones i Draco ku swojemu oszołomieniu i rozpaczy po chwili widział już tylko plecy seksownej i dziś wyjątkowo drapieżnej Gryfonki.
--Co to było? - zapytał głupio sam siebie, próbując jakoś pozbierać swoje myśli i emocje. Jeśli każde zebranie będzie tak wyglądało, to będzie walczył o to, by zwoływano je codziennie!
Uspokoił i opanował się wreszcie na tyle, by móc wrócić do swojego biura. Na korytarzu już nikogo nie było i zostało mu tylko samotne oczekiwanie na windę i rozpamiętywanie jej pięknie wykrojonej linii ust, ślicznych oczu, pięknego biustu...
Jednak, gdy winda się otworzyła, tuż przed nim stanął żywy obraz jego wyobrażeń. Hermiona Granger, równie drapieżna co przed chwilą w sali konferencyjnej stała na środku windy i uśmiechała się w taki sposób, że nawet największemu macho zmiękłyby od tego kolana.
--Wsiadaj Malfoy, przecież cię nie pogryzę - zakpiła z niego.
--Obiecujesz Granger? Naprawdę nie chcę się zarazić od Ciebie niczym mugolskim!
--Interesuje cię obietnica szlamy?
--Racja. Pewnie jest nic nie warta, jak cała twoja krew - palnął bez zastanowienia
--Góra czy dół? - zapytała, jak gdyby nie słysząc jego kąśliwej odpowiedzi. 
--A ty? - szybko odpowiedział, dziwiąc się samemu sobie, gdzie podziały się jego zdolności rasowego podrywacza. Czemu przy niej nie potrafił być miły i czarujący? Przecież wcale nie chciał jej obrażać...
--To zależy...
--Niby od czego Granger?
Bardzo zdziwiło go, gdy dziewczyna przysunęła się bliżej i spojrzała mu prosto w oczy.
--Od tego czy chcesz pogadać w moim, czy w swoim biurze - odpowiedziała, stając jeszcze o krok bliżej, co wywołało falę gorąca w jego ciele.
--Niby o czym mamy rozmawiać? - jego głos przybrał dziwnie ochrypły ton, a jego ciało spięło się w oczekiwaniu. Była tak blisko, dosłownie o centymetr...
Kraty windy się zatrzasnęły, ale żadne z nich nawet nie wiedziało, w którą stronę ruszyła winda. Mieli teraz ważniejsze sprawy do omówienia. 
--O twoim nieodpowiednim zachowaniu panie Malfoy. Chcę wiedzieć czemu ciągle się na mnie gapisz! - jej twarz nabrała ostrego wyrazu. Uwielbiał ten zmarszczony w złości nosek!
--Ja na Ciebie? Chyba śnisz Granger! - bronił się.
--Wcale nie! - dźgnęła go palcem wskazującym w klatę - Gapisz się na każdym zebraniu, kiedy mijamy się w bufecie, a nawet w czasie, gdy stoimy w kolejce do sieci Fiuu! 
--Masz bujną wyobraźnie Granger - uśmiechnął się z wyższością.
--Nie kłam! Już kilka osób to zauważyło. Jeszcze trochę i zaczną się plotki! Nie wiem co kombinujesz Malfoy, ale masz mi natychmiast to wyjaśnić. No już! Czemu się tak na mnie gapisz?
--Analizuję - odpowiedział, pierwszy raz będąc z nią zupełnie szczerym.
Bo to była prawda. Analizował jej cudowną osobę milimetr po milimetrze i każdego dnia zadawał sobie to samo pytanie. Jak ktoś tak doskonały, mógł przyjaźnić się z takimi ofermami jak Potter, Longbottom czy ten wieśniak Weasley? Jak ta piękna, zdolna i piekielnie inteligentna dziewczyna mogła marnować swój czas na coś takiego jak praca z mugolami? I wreszcie jak, on dziedzic fortuny i nazwiska Malfoy, mógł przez tyle lat ukrywać przed samym sobą, jak wielkie wrażenie robi na nim ta drobna brunetka, która jako jedyna jest w stanie dorównać mu intelektem i klasą... A jej krew? Przecież to niemożliwe, żeby nie była czysta. Ona była zbyt doskonała...
--Analizujesz? Niby co? - zdziwiła się szczerze Hermiona.
--Ciebie - odpowiedział, pochylając się tak, że prawie zetknęli się nosami.
--Ale... po co ci to? - zapytała szeptem, widocznie speszona jego bliskością.
--Niech za odpowiedź wystarczy Ci to, że po prostu to lubię... - nie mógł się powstrzymać i złapał w dwa palce jeden z miękkich loczków, który opadł jej na czoło. 
Hermiona odskoczyła od niego jak oparzona, czując jak policzki palą ją żywym ogniem. 
--Masz przestać to robić Malfoy! Albo popamiętasz! - warknęła i odwróciła się do niego plecami, wyraźnie czekając aż winda zatrzyma się na pierwszym lepszym piętrze i będzie mogła wysiąść.
Nim jednak kraty się rozsunęły, Draco chwycił ją za łokieć i odwrócił twarzą do siebie.
--Masz rację Granger. Pora przestać analizować. Czas działać...

I nim skończył to mówić, jego chłodne wargi spotkały krwistoczerwone, drapieżne usta w namiętnym pocałunku.



niedziela, 8 czerwca 2014

Miniaturka Dominiki F. - "Nienawidzę poniedziałków"

Witajcie!
Tak jak obiecałam publikuję pierwszą miniaturkę od czytelniczki, która chciała spróbować swoich sił w pisaniu Dramione zanim zdecyduje o powstaniu własnego bloga (do czego oczywiście ją namawiamy :))
Dominika napisała dla Was miniaturkę pt."Nienawidzę poniedziałków". 
Prosimy wszystkich o szczere i motywujące komentarze :)
Kontakt do naszej autorki to: devildomii@gmail.com
Kontakt do mnie: venetiia.noks@gmail.com - Zapraszam wszystkie osoby chętne do publikacji na tym blogu swoich miniaturowych arcydzieł :) 
Miniaturki będą publikowane pojedynczo raz w tygodniu, jeśli oczywiście będę je od Was otrzymywała :)
Pytania dodatkowe proszę kierować na maila lub pod 45919897 :)
Pozdrawiam!

Venetiia Noks.






_____________________________






"Nienawidzę poniedziałków"






Obdarzał moją szyję delikatnymi pocałunkami, powoli schodził w dół na obojczyki przyprawiając mnie o uderzenia gorąca. Wplatałam palce w jego blond kosmyki rozkoszując się ich miękkością. Po chwili spojrzał mi głęboko w oczy i wyszeptał.
- Spóźnisz się na lekcje - zaskoczona tym że głos blondyna dziwnie się zniekształcił i do złudzenia przypominał mi głos Parvati wrzasnęłam. Po chwili ponownie usłyszałam jej głos tym razem dużo wyraźniej.
- Hermiona wstawaj, jest już po śniadaniu.
Nagle jakby wciągnęła mnie ciemność i z powrotem wylądowałam na łóżku, ale gdy otworzyłam oczy i rozejrzałam się po pokoju uzmysłowiłam sobie, że to był tylko sen, piękny i wyjątkowo realny ale tylko sen.
- No w końcu się obudziłaś. Zbieraj się, za chwilę mamy Eliksiry - warknęła Parvati rzucając mi szkolną szatę, złapałam ją jednocześnie wyskakując z łóżka.
- Mówiłam ci kiedyś że nienawidzę poniedziałków?
- Tak, powtarzasz to co tydzień - obie wybuchłyśmy śmiechem.
Szybko uwinęłam się z ubieraniem, zabrałam podręcznik i razem z Parvati wybiegłyśmy z dormitoriów na eliksiry.
Gdy dotarłyśmy do sali od razu zajęłyśmy swoje miejsca. W tym samym momencie do pomieszczenia wkroczył Snape. Rozejrzał się groźnie po klasie po czym warknął.
- Ingrediencje macie na tablicy, zabierać się do roboty - ponownie rozejrzał się po klasie i usiadł na krześle. Przyciągnął do siebie stos pergaminów i zaczął je przeglądać.
- Ktoś mu chyba porządnie zalazł za skórę wiesz...
- Powiedziałem zabierzcie się do roboty, a nie do gadania - gdyby wzrok mógł zabijać połowa klasy padłaby martwa. Wszyscy umilkli, słychać było tylko bulgotanie kociołków i stukanie nożyków. Nawet Neville dziś nic nie zepsuł. Wszystko było w porządku, do czasu. Znienacka po drugiej stronie sali wybuchł kociołek, przy okazji oblepiając połowę uczniów zgniło zieloną, kleistą mazią. Wokół zapanował chaos, a po sali rozniosły się głosy oburzonych uczniów. Tylko jedna osoba stała spokojnie w kącie. Gdy nasze oczy się spotkały na jego twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech. Zauważyłam w jego ręku opakowanie po magicznych fajerwerkach Weasley'ów. Po krótkiej chwili po klasie rozniósł się wrzask Snape'a.
- Granger. Malfoy. Jesteście prefektami idźcie po Filcha. Natychmiast! - poczułam na sobie, o ile to możliwe, jeszcze intensywniejszy wzrok blondyna. Spojrzałam na niego i ruszyłam na miękkich nogach w kierunku drzwi. Momentalnie w mojej głowie pojawiły się obrazy z mojego snu. Gdy tylko wyszłam na korytarz wzięłam głęboki oddech i ruszyłam prawie truchtem, by szybko znaleźć Filcha i mieć sam na sam z ucieleśnieniem moich sennych marzeń za sobą.
- Poczekaj Granger gdzie ci tak śpieszno?
- Wiesz Malfoy nie wiem jak ty ale ja nie mam zamiaru narażać się Snape'owi gdy jest w takim nastroju. Swoją drogą, możesz mi powiedzieć w jakim celu wysadziłeś ten kociołek? - zdołałam wyjąkać ale ani razu nie zerknęłam w jego kierunku, no może raz.
- No wiesz, podejrzewałem że stary nietoperz wyśle prefektów po Filcha. Dlaczego nie miałem skorzystać z okazji by z tobą pogadać? - zatkało mnie. Stanęłam jak wryta i patrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Na gacie Merlina Malfoy zamiast szukać Filcha powinnam cię zabrać do pani Pomfrey. Chyba masz gorączkę i pomyliłeś mnie z tą mopsicą.
- Granger nie, nie mam gorączki. Zresztą pomylić cię z nią? Nie myślałem że tak nisko się oceniasz - spojrzał na mnie i uniósł prowokacyjnie brwi.
- Wiesz Malfoy nie powinieneś się tak wyrażać o swojej "Dziewczynie" - dobitnie podkreśliłam to słowo i przyglądałam się jak na jego twarzy pojawia się wyraz frustracji.
- Parkinson nie jest moją dziewczyną - warknął przy okazji delikatnie się wzdrygając - Nigdy nie była i nigdy nie będzie. Jedyna dziewczyna którą mam na oku zgrywa wyjątkowo niedostępną - choć tego nie chciałam poczułam lekki zawód. 
- To idź i spróbuj ją zdobyć na pewno się ucieszy - warknęłam - Sama poszukam Filcha - obróciłam się na pięcie i chciałam już odejść gdy poczułam ucisk na ramieniu. Spojrzałam w kierunku Malfoy'a ze zdziwieniem.
- Co robisz?
- To co mi poradziłaś - szepnął, po czym mnie pocałował. Oddałam pocałunek nawet się nad tym nie zastanawiając. Jeśli to w ogóle możliwe był jeszcze wspanialszy niż w marzeniach sennych. Kiedy się wreszcie oderwaliśmy od siebie potrzebowaliśmy chwili by wyrównać oddech.
- A co ze Snape'em?
- Chrzanić Snape'a - uśmiechnął się łobuzersko i oparł czoło o moje.
- Wiesz chyba jednak polubię poniedziałki - uśmiechnęłam się i pocałowałam go równie namiętnie jak wcześniej.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Miniaturka IX - Siła charakteru

Hej.
Miałam wątpliwości czy opublikować dla Was tę miniaturkę, bo wyszła chyba dość przeciętnie, ale dziewczyny na asku mnie namówiły do tego :) Jest z perspektywy Dracona, więc mam nadzieję, że to nikogo nie zrazi. Wyszedł może trochę za słodki, ale dałam się ponieść wenie i oto efekt :) Mam nadzieję, że ktoś znajdzie w niej coś wartościowego :) Wkrótce wyjeżdżam i długo niczego tu nie będzie, ale obiecuje, że pod koniec września również tutaj coś dla Was opublikuje :) 
Buźki i pozdrowienia dla Wszystkich - Cieszcie się końcówką Wakacji, bo ja mam jeszcze miesiąc :D 
Venetiia.

PS. Miniatura bez bety, bo Neska wciąż na wakacjach :)

***

--Pokrój mi korzonki – padło polecenie.
Salazarze! Jak ja nie znosiłem tego pretensjonalnego, rozkazującego tonu Rudego Dzieciaka Gryffindoru. Temu śmierdzącemu Łasicowi od zwycięstwa nad Voldziem zupełnie się w tym ryżym łbie poprzewracało. Kątem oka widziałem, jak Hermiona ze zrezygnowaną miną bierze się do krojenia korzonków swojego ukochanego chłopaka. Spojrzałem na jej zaczerwienione policzki, lekko szkliste oczy i czułem wielką ochotę, by wrzucić w tego popaprańca swoim kociołkiem, pełnym eliksiru żywej śmierci. Weasley zdecydowanie nadawał się tylko do tego, by świecić głupotą i odgrywać rolę najlepszego przyjaciela bliznowatego Wybrańca. Wojna zmieniła go w propagandową maszynkę do zbierania pochlebstw i spijania śmietanki, a zupełnie znieczuliła na potrzeby innych. To on tu był najważniejszy, on zawsze dostawał wszystko czego chciał... Ciekawe jak to się złożyło, że zaraz po wojnie zapragnął Granger...? Najwidoczniej nie interesowało go to, że jej rodzice nie żyją, a ona została bezdomną sierotą. Nie. Dla niego liczył się tylko poklask i sława. A dwója pomocników Pottera razem była idealnym obrazkiem, na którym można było zarobić góry galeonów, co rodzina Weasley'ów skrzętnie wykorzystała. Ona została jego dziewczyną i wydaje mi się, że mało kogo obchodziło, czy ona naprawdę tego chce, czy robi to tylko po to, by znów poczuć się częścią rodziny. Gdyby Potter musiał wybierać, pewnie poszedłby za tym piegusem, zresztą od dawna podejrzewałem go o to, że woli chłopców, ale Granger... Co ta rozsądna dziewczyna robi z tym rudym głupkiem? Czemu sama pozwala się tak poniżać i traktować jak dodatek do garderoby...? Każdego dnia mam wrażenie, że coraz bardziej gaśnie na moich oczach. Gdzie zniknęła jej radość? Kiedy odeszły te wesołe iskierki w jej spojrzeniu? Od jak dawna nie pojawiała się już jej promienny uśmiech..? Widziałem, jak śmiała się tylko z przymusu, najczęściej z głupich i bezsensownych żartów Łasica i pewnie tylko dlatego, że on tego oczekiwał. Nie wiedziałem czemu sama sprawia sobie te tortury, wiedziałem jednak, że ona długo już tego nie wytrzyma. I ja też nie... i pewnego dnia po prostu przyłożę Weasley'owi tak, że mnie popamięta!


***

Dlaczego tak się tym przejmowałem? Może dlatego, że byłem blisko i widziałem wszystkie te niewielkie urazy i rany, które powoli ją niszczyły. Bycie prefektem naczelnym miało być przywilejem, a ja szybko znienawidziłem ten przywilej prawie tak mocno jak nienawidziłem chłopaka z blizną i jego rudego przyjaciela, którym podobno zawdzięczaliśmy wolność. Wspólne mieszkanie z prefektem Gryffindoru nie byłoby takie złe, gdyby nie to, że Hermiona często gościła u siebie tego nadętego dupka. Już pierwszego dnia nie omieszkał mi wypomnieć, że tylko dzięki bohaterskiej postawie mojej matki w czasie wojny, Potter nie wtrącił mnie do więzienia, gdzie powinienem teraz gnić. Potem za każdym razem przypominał mi, że jestem prefektem naczelnym, bo byłem za słaby, by zostać kapitanem drużyny – nie to co on, wspaniały przywódca i przyszły zdobywca pucharu Qudditcha. Gdy wreszcie opuszczał nasz wspólny salon, Hermiona zawsze szeptała ciche przeprosiny, jakby chcąc mi podziękować za to, że nie reagowałem. Nie wybuchałem złością, nie rzucałem klątwami, tylko siedziałem cicho, znosząc obelgi od kogoś kto nie rozumiał co przeżywałem każdego dnia i nocy od kiedy zostałem Śmierciożercą. Jednak czego się spodziewać? Zrozumienia od Weasley'a? Nie. Tego na pewno nie. W końcu musiałby być istotą rozumną, a ktoś, kto tak traktował swoją dziewczynę nie mógł nią być.

***

Kiedy coś we mnie pękło? Chyba wtedy, gdy zobaczyłem pierwszego siniaka na jej przedramieniu. Mimo, ze Hermiona szybko zsunęła rękaw swojej bluzki, ja wyraźnie widziałem ten ślad. Pamiętam, że wtedy chyba godzinę kopałem i waliłem w worek treningowy w Pokoju Życzeń. Worek treningowy z podobizną  pana W. Nie wiedziałem co zrobić, nie wiedziałem co dalej, ale wiedziałem, że nie mogę na to pozwolić. Jej zlękniony wzrok, gdy zauważyłem siniaka był tak podobny do wyrazu twarzy mojej matki, gdy ukrywała przede mną swoje ślady i rany. Dobrze ci ojczulku, że twoje zwłoki gniją gdzieś w Azkabanie... Gdybym tylko mógł, to szczątki Weasleya szybko, by do Ciebie dołączyły. 
Od kiedy pierwszy raz domyśliłem się, że Łasic ją bije, zacząłem uważnie obserwować. Przysiągłem sobie, że zrobię co w mojej mocy, bo pożałował jeśli jeszcze raz ją tknie. Długo nie musiałem czekać...


***

Bal świąteczny był pełen przepychu i akcentów przypominających, że dziś bawić możemy się tylko dlatego, że szanowny pan Potter i jego kumpel damski-bokser nas wszystkich uratowali z łap Voldemorta. Czasem zastanawiałem się, czy Dumbledore i Potter nie przenieśli swojej relacji na wyższy level bo, aż nazbyt widocznie wchodzili sobie wzajemnie w cztery litery prześcigając się w wyrazach wdzięczności i wzajemnych pochlebstwach. To było irytujące i żałosne.
Astoria uwiesiła się mojego ramienia jak rzep psiego ogona, a na dodatek nieustannie coś do mnie gadała, ja jednak byłym zainteresowany czymś innym. Hermiona, w prostej błękitnej sukni, wyglądała zjawiskowo. Jednak jej facet najwyraźniej tego nie zauważał, skoro zajęty był raz po raz opowiadaniem o tym jak walczenie zwyciężył z siłami zła i ilu Śmierciożerców własnoręcznie zabił... To byłaby prawda jeśli tylko umarliby ze śmiechu na widok jego włosów i piegów. 
Hermiona nie miała zbyt wiele zabawy na tym balu, gdyż Weasley nie miał chyba zamiaru z nią tańczyć. Ja byłem prefektem naczelnym, ona drugim... wypadało nam zatańczyć razem i muszę przyznać, że poprosiłem ją o to z prawdziwą przyjemnością. Pozbyłem się tej idiotki Astorii i podszedłem do Granger. Zgodziła się od razu, gdy zapytałem czy ze mną zatańczy. Na krótką chwilę, gdy łapała moją dłoń w jej oczach zabłysnęła ta znajoma iskierka, jednak szybko zgasła, zastąpiona czymś ponurym i smutnym. Dlaczego choć na chwilę nie mogła znów być tą wesołą, spontaniczna dziewczyną, która kiedyś znałem?
Wiedziałem, że cała Wielka Sala gapi się na nas, ale mało mnie to obchodziło. My patrzyliśmy na siebie. Miałem wtedy wrażenie, że tylko ja wiem, jak bardzo ona cierpi. Miałem wrażenie, że tylko ona rozumie co ja przeżywam. Tylko może mi pomóc i tylko ja będę w stanie pomóc jej. Nie wiedziałem jeszcze tylko jak...
Piosenka skończyła się szybciej niż mógłbym sobie tego życzyć, jednak my staliśmy jeszcze chwilę patrząc sobie w oczy, jakby wciąż szukając wzajemnego zrozumienia, które było nam obojgu niezwykle potrzebne.
--Odbijany! - usłyszałem groźne warknięcie za swoimi plecami. Nie musiałem się odwracać, by wiedzieć, że to Weasley. Brudny, głupi i pijany rudzielec z przerostami ambicji... Poczułem jak Hermiona zadrżała ze strachu i zawahałem się, nie chcąc jej puścić, chcą ją jakoś ochronić...
--W porządku, zatańczę z tobą Ronald – wyszeptała, sama odsuwając się ode mnie i podchodząc do swojego faceta, który złapał ją w swoje obleśne ramiona i brutalnie, bez uczucia wycisnął na jej ustach pocałunek.

Zebranie resztek samokontroli sporo mnie kosztowało. Duża w tym zasługa Astorii, która poprosiła bym z nią zatańczył. To jakoś mnie powstrzymało przed dokonaniem brutalnego morderstwa na samym środku Wielkiej Sali.


***

Wracałem do pokoju wciąż myśląc o tym, jak ona na mnie patrzyła. Jakbym był jedyną osobą potrafiącą dostrzec w niej kogoś wartościowego. Przecież taka była! Mądra, ładna, dzielna... Jak ktoś mógłby tego nie docenić? Wszedłem do naszego dormitorium zastanawiając się, czy ona już wróciła? Czy Weasley nic jej nie zrobił? Czy nie wypłakuje się teraz w poduszkę?
Jednak nie zdążyłem nawet zdjąć swojej szaty, gdy usłyszałem krzyk dobiegający z jej pokoju. 
Znalazłem się tam najszybciej jak mogłem.

Weasley był akurat w trakcie rozpinania spodni, a jej suknia była podarta...
--Wypierdalaj Śmierciożerco! - warknął na mnie.
W mgnieniu oka oceniłem sytuację i wyjąłem różdżkę petryfikując rudzielca, choć miałem ogromną ochotę go zabić...
--Nic Ci nie jest? - zapytałem przyklękając przy zapłakanej Hermionie. 
Pokręciła głową, niezdolna do wymówienia chociaż słowa.
--Nie płacz, on już cie nie skrzywdzi – pewnie brzmiało to jak pusty frazes, ale chyba jej pomogło, bo, gdy wyciągnąłem do niej dłoń, złapała ją z ufnością.

Pomogłem jej się podnieść i zaprowadziłem ją do swojego pokoju. Dałem jej swój podkoszulek i poleciłem by skorzystała z mojej łazienki, a sam zaplanowałem, jak zająć się tym śmieciem. Co z nim zrobić? Jak go ukarać? Na następny dzień wszyscy mieli wyjechać na ferie zimowe... Tak, to nie był zły pomysł.
Za pomocą zaklęcia wyniosłem rudego z naszych komnat i wrzuciłem go do pierwszego, lepszego schowka na miotły. Nie znajdą go, aż do odjazdu pociągu. I dobrze, niech tu pognije kilka godzin, zasłużył na to! 
--Tkniesz ją jeszcze raz, a przysięgam, że cię zabije, nie będziesz tego pamiętał, ale przysięga i tak mnie obowiązuje – wyszeptałem pochylając się nad nim, po czym na pożegnanie kopnąłem go mocno, łamiąc mu nos. Wtedy poczułem prawdziwą przyjemność z powodu tego, że wreszcie miałem taką okazję. Rzuciłem na niego zaklęcie zapomnienia, bo wiedziałem, że po czymś takim zrobiłby wszystko, by wtrącić mnie do więzienia. Chciałem oszczędzić tego mojej matce.


***

Wróciłem do swojego pokoju, a Hermiona cicho szlochała w moją własną poduszkę. Była taka zrozpaczona... Zawahałem się chwilę nim położyłem dłoń na jej ramieniu, a ona wzdrygnęła się od tego dotyku, jakby sądząc, że ktoś znów spróbuje ją skrzywdzić. 
Nie spróbuje. Nie pozwolę na to!
--Chcesz eliksiru nasennego? - zapytałem, siadając obok niej.
--Nie, lepiej trucizny... - wyszeptała odwracając się w moją stronę. 
--Nigdy więcej tak nie mów! - zabrzmiało to nieco za ostro, ale musiało tak być. Ona nie mogła myśleć o czymś tak głupim jak samobójstwo, przecież kiedyś była taka dzielna, odważna, wesoła...
--Nie musisz się mną przejmować i tak nigdy ci się nie odwdzięczę... - zapłakała.
--Nikt nie twierdzi, że muszę. Może ja po prostu chcę? - odpowiedziałem, czując wyraźnie, że to co mówię, jest prawdą. Chciałem jej pomóc, uratować ją z łap tego bydlaka i znów zobaczyć ten jej uśmiech...
--Dziękuje... - nie wiem jak to się stało, że znalazła się w moich ramionach, a jej łzy moczyły moją elegancką szatę wyjściową.
Mało mnie to obchodziło. Czułem się nad wyraz spokojny, jakbym od zawsze wiedział, że moją rolą będzie wspieranie Hermiony. Podjąłem się tego zadania i wiedziałem, że nie będę tego żałował. Po kilku , a może kilkunastu minutach, zasnęła wreszcie, wtulona w moją klatę. Ułożyłem ją wygodnie na poduszkach i przykryłem szczelnie własną kołdrą. Spała spokojnie, nie dręczona niczym złym. To był poruszający widok. 
Musiałem na chwilę wyjść, by załatwić to o czym myślałem od czasu jak zamknąłem Weasley'a w schowku na miotły. 
Nad ranem otrzymałem odpowiedź. Uśmiechnąłem się do tego znajomego pisma na pergaminie. Miałem poczucie, że wszystko powoli zaczyna się układać po mojej myśli.


***

Spakowane walizki czekały już w naszym wspólnym salonie, a Snape, na którego zawsze mogłem liczyć, lada chwila miał się pojawić, by podłączyć nasz kominek. Tak, trochę mnie to kosztowało, ale udało mi się to załatwić. Podróż pociągiem była długa i nudna. Kominkiem raz, dwa znajdziemy się w domu. Hermiona wyszła ze swojego pokoju, umyta i przebrana, ale wciąż blada i zaczerwionymi oczami.
--Nie musiałeś przynosić mojej walizki, zostanę w zamku. Nie chce jechać do Rona... - łzy znów błysnęły w jej oczach. ?
--I nie jedziesz. Zabieram cie ze sobą – uśmiechnąłem się do niej pokrzepiająco.
--Mam jechać z tobą? Nie żartuj Malfoy... twoja matka...
--Bardzo się cieszy na dodatkowego gościa. Nie lubi jeździć na nartach, a ja za to bardzo lubię, więc cieszy się, że znalazłem sobie towarzystwo. Pamiętam, że opowiadałaś, że umiesz jeździć. Zobaczymy czy to prawda – mówiłem to nonszalanckim tonem, choć tak naprawdę denerwowałem się co będzie jeśli mi odmówi.
--Co ludzie powiedzą? Co pomyślą twoi znajomi, jak zabierzesz szlamę do domu na święta? - zapytała cicho.
--A kogo to obchodzi, co oni powiedzą? Przeżyliśmy wojnę, przeżyjemy i kilka plotek. Chodź tutaj, bo zaraz przyjdzie Snape, by połączyć kominek z moim domem w Alpach – wyciągnąłem do niej dłoń, cicho licząc, że ją przekonałem.
Zawahała się... ale tylko przez chwilę. Potem jednak podeszła i ujęła moją dłoń, uśmiechając się lekko. Ten uśmiech na zawsze pozostanie wryty w moje serce. Już wtedy wiedziałem, że ona będzie kiedyś moja. Tylko moja.


***

Dwa tygodnie w górach przeleciało bardzo szybko, ale pozwoliło mi poczuć się znów szczęśliwym człowiekiem. Z początku nieco nieufna Hermiona przekonała się, że ja i moja matka mamy wobec niej szczere intencje. Wkrótce znów zobaczyłem jej uśmiech, wesołe iskierki w jej oczach, słyszałem jak żartuje i wiedziałem, że i ona jest teraz szczęśliwa. To było niesamowite. Zbliżyliśmy się do siebie, bardziej niż sądziłem, że to będzie możliwe. Noce, w trakcie których trzymałem ją w ramionach były nie do porównania z żadnym innym doznaniem. Moja mama szybko zorientowała się, co się święci, dlatego podarowała Hermionie na święta naszyjnik mojej babci. Chciała dać nam sygnał, że akceptuje nasz związek, a Miona nie musi już czuć się sierotą, bo jeśli tylko zechce... może mieć nową rodzinę. Nas.

***

Powrót do szkoły był dla mnie dziwnie bolesny. Stając w naszym pokoju wspólny, po tych dwóch wspaniałych tygodniach, bałem się, że coś się bezpowrotnie skończy, że znów będzie tak jak przedtem... Te obawy jednak szybko rozwiała sama Hermiona, która stanęła za moimi plecami i przytuliła się do mnie. Zamknąłem oczy, czując jak poczucie szczęścia i bezpieczeństwa do mnie wraca.
--Wiesz, że to nie będzie łatwe? Wiesz, że będą plotki, a ludzi nie dają nam żyć? - zapytała mnie cicho.
--Nie obchodzi mnie to. Nie pozwolę byś znów stała się taka jak przed feriami. Nie pozwolę, by ktoś traktował się tak jak Weasley wcześniej, ani tak jak Potter albo siostra rudego, którzy doskonale wiedzieli co się dzieje, a nic z tym nie robili! - odwróciłem się i przytuliłem ją mocno.
--Dzięki tobie odzyskałam siebie, nie chcę byś teraz ty przeze mnie coś stracił – wyszeptała prosto w moje usta.
--Żadna strata mnie nie zaboli, jeśli ty będziesz ze mną – wiedziałem, że takie słowa do mnie nie pasują, ale były szczere i płynęły z głębi mego serca, kiedyś skutego lodem, teraz bijącego dla niej.


***


Siedziałem przy stole Slytherinu czujnie ją obserwując. Widziałem jak nerwowo zerka na drzwi. Byłem gotowy w każdej chwili do niej podejść, jeśli Weasley w jakikolwiek sposób spróbuje ją skrzywdzić. Pierwszy do sali wszedł Potter, dumny jak zawsze, a zaraz za nim równie wyniosły Weasley. Moja dłoń odruchowo zacisnęła się na nożu do masła. 
--Gdzieś ty była?! - wydarł się na nią Łasic.
--Na nartach w górach – odpowiedziała równie głośno, tak by wszyscy słyszeli.
--Na nartach? A kto chciałby wziąć ciebie z sobą na narty! Przecież nie masz nikogo! Jesteś sama i sama zostaniesz, bo ja i moja rodzina mamy cię dość szlamo! - krzyczał.
Podniosłem się z miejsca, przysięgając sobie, że złamie mu za to szczękę. Jednak Hermiona również wstała i hardo popatrzyła temu szmaciarzowi w oczy.
-- Nie potrzebuję twojej rodziny Ronaldzie Weasley'u, bo kiedyś założę własną i zrobię wszystko, by moje dzieci wyrosły na porządniejszych ludzi niż jesteś ty! 
W całej Wielkiej Sali zapadła cisza, a wszyscy ze zdumnieniem patrzyli na Hermionę. Chyba tak jak i ja dostrzegali w niej teraz te dawną Granger. Dumną, odważną, dzielną...
--Pożałujesz tego! - syknął Ron.
--To się okażę! Pamiętaj, że znam kilka brudnych sekretów twoich i twojej rodziny. I nie groź mi więcej Weasley, to już na mnie nie działa. Jesteś zwykłą świnią i na dodatek impotentem! - Hermiona z satysfakcją wymalowaną na twarzy odwróciła się plecami do Rudego i skierowała się do drzwi wyjściowych. Ja też tam podszedłem z uśmiechem patrząc, jak prawie wszystkie dziewczyny w Wielkiej Sali kpią sobie z Weasley'a.
--Teraz wszystko już będzie dobrze – szepnęła Hermiona, łapiąc moją dłoń.
--Na pewno będzie, obiecuje – odpowiedziałem, pochylając się, by ją pocałować.
Wiedziałem, że mam rację. Jestem Malfoy'em, a my zawsze dostajemy to co chcemy. A ja chcę tylko szczęścia z ukochaną kobietą przy moim boku. Nic więcej nie jest mi potrzebne. 

niedziela, 18 sierpnia 2013

Urodzinowa Miniaturka Makosi - Autorstwa Marty M.


Makosiu Sto Lat!
Wiesz już czym jest Mr.Shadow, teraz pora na twoje pierwsze MakMione - Makosia i Draco :)
Z okazji urodzin dla Ciebie napisała ją twoja kumpela Marta :) Ja dołączam się do życzeń publikując ją u siebie na moim blogu, tak by mogło ją przeczytać kilka osób i przyłączyć się razem z nami do życzenia Ci Wszystkiego NAJ NAJ NAJ Dracowatego :) Sto lat!
Venik i Marta M.


***

Pansy chwiejnym krokiem weszła do pokoju. Jej nogi drżały na 16 centymetrowych obcasach. Wzrok ślizgona zatrzymał się na skąpym i stanowczo zbyt obcisłym skrawku materiału, który widocznie miał pełnić rolę sukienki. 
Spojrzał na twarz dziewczyny, zastanawiając się, co tak właściwie trzyma go, przy tej wytapetowanej lalce…

- Pansy… Ty wiesz na pewno gdzie dzisiaj idziemy?
- Oczywiście Dracusiu! Do mugolskiej fildramoni moich rodziców!
- Do filharmonii. – Smok wydawał się coraz bardziej poddenerwowany.
- Co za różnica i tak wymyśliły to szlamy! Ale powiedz mi kochanie, czy nie wyglądam pięknie ?
I właśnie wtedy to się stało… Parkinson pełna empatii podskoczyła ku sufitowi, a jej lewa pierś wydostała się poza czerwoną sukienkę.

- Tak. Wyglądasz dziś wspaniale. - Draco prychnął z pogardą , kierując się w stronę drzwi.
***
- Draco, Pansy! Nie zajęliście jeszcze miejsc?
Tego Malfoy obawiał się najbardziej. Mopsica zamiast udzielić prostej i konkretnej odpowiedzi wolała zanudzić rodziców monologiem, jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu.
- Muszę iść do toalety. – rzucił.
Nie czekając na reakcję przyszłych teściów i swojej „ukochanej” wszedł do ciemnego korytarza, którego oświetleniem była jedna, wątła żarówka. 
Tam właśnie zobaczył ją. Stała przy ścianie w białej, koronkowej sukience. Ciemne loki opadały jej na bladą twarz, a w dłoniach trzymała coś na wzór jakiegoś instrumentu. Wyglądał na saksofon, lecz brak światła uniemożliwiał dokładne określenie, czym jest ten przedmiot. Wiedział jedno. Na pewno jest bardzo piękna. Zdecydował się podejść bliżej do nieznajomej, lecz głos jego kroków przerwał odgłos upadającego instrumentu.

- Kto tu jest ?! – Delikatnie ochrypły głos sprawił, że mężczyznę przeszedł dreszcz podniecenia.
- Spokojnie. Mam na imię Draco. – Wypowiadając te słowa przysunął się na odległość kilku centymetrów, a następnie szeroko uśmiechnął. 
Teraz był już pewien, że ta kobieta jest idealna. Na jej bladej twarzy błąkało się jakby przerażenie, a zarazem uśmiech. Była ona bowiem oczarowana urodą wysokiego blondyna. Kiedy jej duże, brązowe oczy napotkały szare tęczówki schyliła się, by podnieść instrument. On odruchowo naśladował jej ruchy i wtedy ich palce splotły się na saksofonie. Ponownie spojrzeli sobie w oczy, a niewinne uśmiechy wkradły się na ich twarze.

- KOCHANIE! Chyba już czas żebyśmy poszli na salę. Nie sądzisz ?
Parkinson stała nad nimi z rządzą mordu w oczach. Nie wiedzieli, jak długo byli obserwowani…
- Poczekam na Ciebie za drzwiami KOCHANIE. – Dodała swoim przesłodzonym głosem.
Zanim arystokrata zdążył wydusić z siebie słowo w ramach usprawiedliwienia pięknej nieznajomej już nie było. Jego myśli błądziły tylko między nienawiścią do tej wytapetowanej małpy, a gorącym uczuciem do brązowowłosej saksofonistki. 
Nie zastanawiając się długo ruszył do drzwi, przy których leżał pogięty skrawek papieru. Z pewnością były to jej nuty. Nuty do utworu „ I love you”. Schował kawałek papieru do kieszeni jeansów i ruszył w stronę drzwi, przy których donośnie wzdychała jego „ukochana mopsica”


Sala była ogromna. Rzędy pozłacanych krzeseł, diamentowe girlandy i wyjątkowy przepych.
Dla niego nie liczyło się nic. Miliony myśli w jego głowie kierowało się ku nieznajomej mugolce. Uważnie przyglądał się scenie z nadzieją, że zaraz ujrzy jej idealną sylwetkę.

- O czym tak myślisz mój słodki, pluszowy misiaczku? – Ten słodki szczebiot był dla niego, niczym pobudka z cudownego snu.
- To naprawdę ładne miejsce.
- Oh tak! Chociaż w sumie nie wiem dlaczego moi rodzice wydali tyle pieniędzy, na te nędzne szlamy! (…)
Znów to samo. Nawet nie wie, w którym momencie przestał jej słuchać a jego wzrok przeniósł się na kurtynę, która była coraz wyżej.
***
Koncert trwał już godzinę. Za kilka minut miał być jej pierwszy solowy występ. Czuła jak jej serce z każdą sekundą przyśpiesza rytm…
Utwór znała na pamięć. Wiedziała, że zagra dobrze, ale obawiała się, że będzie tam on. Jego szare oczy, jego platynowe włosy, rozbrajający uśmiech i aksamitna skóra. Wiedziała, że jeśli na nią spojrzy, a ona poczuje jego wzrok, to będzie jej oficjalny koniec. Nie przed ludźmi, którzy na nią patrzyli. To będzie koniec przed nim…

- Teraz przed państwem wystąpi Natalia! Nasza najmłodsza, piętnastoletnia saksofonistka!
***
Zamarł. Na scenie pojawiła się prawdziwa bogini. W tym świetle widział ją idealnie. Burza brązowych loków, swobodnie opadających na ramiona. Biała koronkowa sukienka, która idealnie ukazywała jej wdzięki. Ogromne brązowe oczy, które przepełniał strach. I ten uśmiech, który powaliłby na kolana każdego mężczyznę. 
Teraz przestało się już liczyć wszystko inne…Nie słyszał jak gra.. Nawet nie zauważył, kiedy zeszła ze sceny. Nie rozumiał jakim cudem koncert zakończył się tak szybko. Przed oczami miał tylko ją…

***
Nie wiedziała, jak serce może bić, aż tak szybko. Spojrzała na niego raz, gdy schodziła ze sceny. Był doskonały. Nadal nie docierało do niej, że koncert skończył się kilka minut temu. W jej głowie gościł tylko on…
***
- Smoczku rusz się! Chyba nie chcesz spóźnić się na bankiet?
- Co? Gdzie? Jaki bankiet?
- Przecież po koncercie jest bankiet skarbie… Mówiłam Ci o nim.
Ruszył w stronę sali z nadzieją na spotkanie nastolatki. Przerzucał wzrokiem, po wszystkich osobach, by znaleźć ją. 
Stała z wysoką brunetką, przy jednym ze stołów. Była szeroko roześmiana, a jej delikatne usta kosztowały czerwonego wina. Musi do niej podejść. Porozmawiać. Choć na krótką chwilę.

-Teraz albo nigdy – pomyślał.
***
- Pięknie grałaś Natalio.
- Dziękuję. Naprawdę miło mi to słyszeć. – Co innego mogła powiedzieć? Że ma dość tych wszystkich gratulacji? 
Nie chciała już tego słuchać. Jedyne słowa, które sprawiłyby jej radość mogły wybrzmieć tylko z jego ust. Błądziła oczami po sali poszukując nieznajomego, lecz niestety nigdzie nie mogła go ujrzeć. Zrezygnowana chwyciła za kolejny kieliszek wina, gdy nagle usłyszała ten idealny aksamitny głos…

- Pozwoli Pani, że potowarzyszę?
- Więc za co się napijemy? - odrzekła nie wierząc, że to on przed nią stoi.
- Może za rzeczy zaginione?
- Za co? – Natalia parsknęła śmiechem. Patrząc blondynowi głęboko w oczy.
- Za to. 
Ślizgon wysunął pognieciony skrawek papieru z kieszeni i podał go dziewczynie. Ona tylko spojrzała i ponownie szeroko się uśmiechnęła.

- Dziękuję Ci Draco, ale mam w domu kilka kopi . Możesz je zachować.
- Przynajmniej nauczę się czegoś nowego. Nadają się też na fortepian?
- Tak. Grasz? Rzadko spotykam takich mężczyzn. Przepraszam Cię, ale muszę iść do toalety.
- Poczekam…
***
Szum wody i uśmiechnięte odbicie w lustrze. Później tylko silny ból i ten piskliwy przesłodzony głos…
- Jeszcze raz go tknij szmato, a Cię załatwię. On jest tylko mój.
***
- Natalia proszę nie zamykaj oczu patrz na mnie.
Ten głos podziałał na nią jak lodowaty prysznic. Leżała w objęciach chłopaka, przez którego znalazła się w tej sytuacji.
- Draco… przepraszam, ale ja muszę… - Odepchnęła go od siebie i uciekła…
***
Nieobecnie leżał na łóżku. Od kilku tygodni w jego głowie wszystkie myśli błądziły wokół Natalii, z którą od ostatniego spotkania nie miał żadnego kontaktu.
- Pansy… To nie ma sensu.
- O czym Ty mówisz?! – uśmiech dziewczyny w jednej chwili zamienił się, we wzrok wygłodniałego bazyliszka.
- Po prostu… zakochałem się. To koniec.
- Jeśli chodzi Ci o tę brązowowłosą szmatę to daj sobie z nią spokój! Ona na teraz Ciebie nie spojrzy!
- O czym Ty mówisz?
- Pokazałam jej tylko, do kogo należysz kochanie…
- Wynoś się stąd natychmiast.
- Ale Dracusiu…
-WYNOŚ SIĘ!
***
Nie pamiętał kiedy biegł tak szybko . Wiedział że ona tam będzie. Wiedział że nie odezwie się do niego. Wiedział, że musi wyznać jej swoje uczucie…
***
Grała. Nuty były lekarstwem na łzy, które obficie płynęły po jej policzkach. Lekiem na strach, i lekiem na tęsknotę za nim… Ale nie, na to nie było leku. Zbyt mocno go kochała, by teraz o nim zapomnieć. Przygryzła ustnik i wydobyła pierwsze dźwięki utworu „ I love you” . Pamiątki, która, po nim została…
***
Ślizgon wpatrywał się w dziewczynę stojąc kilka centymetrów za nią. Grała pięknie, że nie mógł jej przerwać. Automatycznie złapał się za kieszeń spodni i wyciągnął z nich pognieciony skrawek papieru.
- Musi się udać… – szepnął do siebie siadając przy fortepianie i wybijając pierwsze takty „ I love you”.
Saksofon ucichł. Zamknęła oczy i wyłapywała otaczające ją dźwięki. Muzyka pochłonęła tak bardzo, że nie zauważyła kiedy nastała cisza. Poczuła ciepły oddech przy uchu, a już po chwili ten sam, aksamitny głos…
- Tak bardzo Cię kocham Natalio…
Pocałował ją. Jego chłodne wargi delikatnie pieściły jej usta. Z każdą chwilą przybliżali się do siebie a ich języki łączyły się w tańcu.
To wszystko przerwał huk spadającego saksofonu.
- Widocznie historia lubi się powtarzać. – Dziewczyna wybuchła szczerym śmiechem
- To może my ją troszkę zmienimy?

Delikatny uśmiech zagościł na ustach Malfoy’a,  po czym ponownie pocałował prawdziwą ukochaną…

Autor: Marta M.

piątek, 16 sierpnia 2013

VIII - Psia Miniaturka



***

Brakowało mu Qudditcha. Ta gra zawsze pozwalała mu na naładowanie akumulatorów pozytywną energią i na zachowanie dobrej kondycji fizycznej, a poza tym, była to gra drużynowa... miał towarzystwo. 
Teraz poza pracą i własnym sarkazmem nie pozostało mu już nic godnego uwagi. Kobiety na jedną noc nie były odpowiednimi towarzyszkami do rozmów, gdyż zazwyczaj posiadały inteligencje chusteczek do nosa. Wszystko to sprowadzało się do tego, że Draco Malfoy był znudzony, frustrowany, samotny i w złej kondycji. 
To ostatnie postanowił jak najszybciej zmienić, każdego wieczoru wybierając się na mały trening do pobliskiego parku.

Zakładał swój dres w barwach Slytherinu, zabierał magic-playera z najlepszymi kawałkami Fatalnych Jędz i biegał tak długo, aż w jego krwi pojawiał się potężny zastrzyk endorfin spowodowanych wysiłkiem. Później siadał na ławce, w ciemności gapiąc się na obraz księżyca odbijający się w gładkiej tafli jeziora. To wszystko pozwalało mu jakoś skumulować energię na kolejny, nudny dzień pracy w Ministerstwie Magi.

Tego dnia musiał biegać nieco dłużej, by osiągnąć zamierzony efekt. To wszystko przez złość. Wkurzyło go to zamieszanie w biurze aurorów z powodu zaręczyn i rychłego ślubu tego szmaciarza Weasley'a. Wszyscy gratulowali rudzielcowi i udawali, że cieszą się jego szczęście, gdyż znalazł on miłość życia w postaci jakiejś głupiej francuski, co dwóch zdań nie potrafi poprawnie sklecić po angielsku. Nic dziwnego, że Granger już dawno rzuciła tego żałosnego typka! Do niego pasowały tylko i wyłącznie takie plastikowe lalki bez rozumu. Jednak tym co naprawdę złościło Dracona był fakt, że nawet taki rudowłosy piegus znalazł żonę... a on? Już na zawsze pozostanie samotny i zgorzkniały. 
Usiadł na ławce i wyłączył muzykę, chcąc chwilę odpocząć zanim wróci do domu. Wiedział, że to nie jego wina, że nie potrafi się zaangażować w żaden związek, po prostu wciąż czekał na coś wyjątkowego... 
Nagle jego uwagę odwróciło coś jakby cichy pisk, skonsternowany rozejrzał się dookoła, by stwierdzić, że dochodzi on z krzaków nieopodal. Podszedł tam powoli, by sprawdzić co się dzieje.
Rozsunął ostrożnie chaszcze i zamarł pod wpływem wpatrujących się w niego czekoladowych oczu...* najsłodszych oczek jakie w życiu widział.
--Hej, jak się tu znalazłeś? - zapytał, ostrożnie podchodząc do pieska, który wyglądał na przestraszonego – Jesteś ranny? Albo może ranna? Chyba jesteś suczką... - Draco przyklęknął przy pięknej, czarnej labradorce i pogłaskał ją ostrożnie. Psinka wyglądała na zmęczoną i głodną. Blondyn nie za bardzo wiedział co powinien teraz zrobić. Zgłosić to komuś? Zabrać psa do domu? Czy może to weterynarza? Wiedział, jednak, że jej tu nie zostawi! 
Szybko zdjął swoją bluzę i wziął suczkę na ręce, chcąc ich teleportować. Przypomniało mu się właśnie, że na Pokątnej otwarto nowy, prywatny gabinet MagoVet, więc postanowił udać się tam, by ktoś ją zbadał.
W myślach przeklinał tego, kto porzucił to bezbronne, śliczne stworzenie w pustym parku. Jak można było zrobić to z tak słodkim i grzecznym pieskiem? To naprawdę nie mieściło mu się w głowie.


***

W gabinecie paliły się światła, więc Draco stwierdził, że pomimo późnej pory, ktoś jeszcze tam jest. Bez ceregieli, kopniakiem otworzył drzwi do lecznicy i wniósł labradorkę do środka.
--Co się stało? - za kontuaru poderwała się niewysoka, czarnowłosa czarownica.
--Znalazłem tego psa w parku, chciałbym, by ktoś go zbadał – wyjaśnił szybko.
--Oczywiście! Ma pan szczęście, gdyż doktor Granger nie poszła jeszcze do domu... - kobieta podeszła do białych drzwi i otworzyła je szeroko, gestem zapraszając Dracona do środka.
Blondyn ruszył za nią mając cichą nadzieję, że się przesłyszał, a kobieta wcale nie powiedziała tego nazwiska na "g". Wkrótce jednak jego nadzieje zostały rozwiane...
--Hermiono pilny pacjent do ciebie
--Dzięki Susie – Hermiona uniosła głowę z nad jakimś dokumentów, które leżały na biurko i natrafiła prosto na zdziwione spojrzenie Malfoy'a.
Ona też się zdziwiła... Co ten dumny arystokrata robi w jej gabinecie, o tak później porze, na dodatek z śliczną labradorką w ramionach?
--Na Godryka Malfoy! Coś ty zrobił temu biednemu stworzeniu? - zawołała, szybko podchodząc do niego.
--Na Salazara Granger, też się cieszę, że Cię widzę – odpowiedział w równie nieuprzejmym tonie, po czym odłożył suczkę na stojący w gabinecie stół.
--Hej malutka, co ci dolega? - Hermiona od razu zaczęła badać pieska.
--Myślisz, że ona ci to powie Granger? - sarknął – Znalazłem ją w parku, jest wyziębiona i pewnie głodna, a na dodatek piszczała – wyjaśnił, z troską patrząc na sunie.
--Znalazłeś ją w parku i przyniosłeś do mnie? Bo zacznę myśleć, że masz coś takiego jak serce Malfoy. 
Draco prychnął zirytowany pod nosem. Co też ta wstrętna baba sobie wyobrażała? Przecież on nigdy nie skrzywdziłby żadnego zwierzątka! Popatrzył na pochyloną nad psem Granger i w duchu zaklął cicho. Był poirytowany własnymi wnioskami. Hermiona wyładniała i to bardzo... Nie było co temu zaprzeczać, choć on z pewnością byłby bardziej zadowolony, gdyby teraz była grubą, podstarzałą brzydulą. Mógłby przynajmniej jej podokuczać! Postanowił oderwać swoją uwagę od pani weterynarz i skupić ją na suczce, która wpatrywała się prosto w swojego wybawiciela pełnymi wdzięczności oczętami.
--Nic jej nie będzie? - zapytał z troską.
--Ma zwichniętą łapkę, ale to szybko się zagoi, a tak miałeś racje, jest wyziębiona i głodna, ale to też da się naprawić. Wiesz jak się wabi?
--Nie. Nie miała obroży – odpowiedział.
--Jej rasa to Labrador Retriever, szybko znajdzie dom jeśli odwieziesz ją do schroniska. Jest przeurocza – Hermiona z czułością pogłaskała pieska, który zamerdał ogonem.
--Do schroniska? Nie... ja... nie sądzę, bym ją tam odesłał – Draco sam się zdziwił swoim słowom.
--Naprawdę? Chcesz ją zatrzymać? Pies to nie sowa Malfoy, wymaga o wiele więcej uwagi.
--Wiem o tym! Mam w domu służbę, więc będzie miał ją kto wyprowadzać – blondyn wiedział, że decyzja już zapadła.
Suczka chyba widziała, że właśnie znalazła dom, bo szczęknęła wesoło i zamerdała ogonem. Nie mógł postąpić inaczej. Te czekoladowe oczy od razu zdobyły jego sympatię. Zmieszał się lekko, gdy uniósł głowę i dostrzegł, że oczy Hermiony mają podobną barwę, tak samo ciepłą i tak samo sprawiającą, że coś niebezpiecznie drga w jego klatce piersiowej...

--No to jak ją nazwiesz? - zapytała.
--Lori – zdecydował. To imię pasowało do niej, a suczka znów zamerdała ogonem, gdy tylko je wypowiedział.
--Lori Malfoy – Hermiona uśmiechnęła się czule, machając różdżką, by zgromadzić wszystko co mogło się mu przydać do opieki nad pieskiem.
--Nie mam ze sobą portfela – wyznał, po raz pierwszy w życiu czując zażenowanie. Nigdy nie zabierał pieniędzy na wieczorne biegi.
--Nie martw się tym i tak będziesz musiał przyjść z Lori na kontrolę w przyszłym tygodniu – Hermiona uśmiechnęła się do niego, a on nieświadomie odwzajemnił ten uśmiech. 
--Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale niech będzie... Dzięki Granger – Draco odesłał wyprawkę Lori do domu za pomocą zaklęcia, a sam znów wziął suczkę na ręce.
--Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale nie jesteś taki zły Malfoy. Ktoś, kto przygarnia porzucone zwierzę, nie może być zły... - Hermiona z uśmiechem odprowadziła go do drzwi. 
Draco nieco zawstydził się jej słowami, ale postanowił odłożyć choć na chwilę maskę zimnego drania i nie odpowiedział jej niczego wrednego. 
--W taki razie... do przyszłego tygodnia – burknął pod nosem.
--Tak, do zobaczenia Lori – Hermiona ostatni raz pogłaskała suczkę, nim ona i jej pan opuścili gabinet.


***

Widział ją. Szła do niego, powoli, jakby wiedząc, że ta odległość go torturuje. Uśmiechała się, nieco drapieżnie, ale wciąż niesamowicie to na niego działało.
--Jesteś dobrym człowiekiem Malfoy... - wyszeptała stojąc przed nim.
--Taa, jestem cholernie dobry... - wymruczał, przyciągając ją do siebie i oczekując tego cudownego pocałunku, o którym marzył od kilku tygodni...
I wtedy to się stało. Długi, mokry język przejechał po jego policzku, a on się obudził.
--Lori! Miałaś nie lizać mnie po twarzy! - zganił niesforną suczkę, która obudziła swojego pana w swój ulubiony sposób. 
Wstał pocierając policzek i patrząc krzywo na powód jego pobudki. Chętnie zostałby jeszcze chwilę w tym śnie i dowiedział się jak całuje Granger...
Lori wesoło merdała ogonem i wzięła swoją piłeczkę, by zachęcić pana do zabawy. Draco nie mógł jej odmówić. W życiu, by się do tego nie przyznał ale ta suczka podporządkowała sobie wszystkich w jego domu, a jemu samemu skradła serce. Była jego przyjacielem i towarzyszem i nie mógł jej naprawdę niczego odmówić, ani długo się na nią złościć. Uśmiechnął się i rzucił labradorce jej zabawkę, po czym czmychnął do łazienki, nim Lori zdążyła zająć mu cały poranek psimi figlami. Dziś kolejna wizyta u pani weterynarz... Musiał przecież jakoś wyglądać.


***

Od trzech miesięcy, w każda sobotę, Draco i Lori odwiedzali gabinet Hermiony, by suczka mogła przejść kontrolę. Była zdrowa i pełna wigoru, ale Draco tłumaczył, że woli dmuchać na zimne, a Hermiona nie miała nic przeciwko wizytą swojej ulubionej pacjentki i jej pana, choć Lori powinna się nazywać "Energia", bo po jej wizytach gabinet wyglądał jakby odwiedziły go rozszalałe Hipogryfy, a nie jedna, słodka suczka. Jednak tym słodkim, czekoladowym oczkom wszystko można było wybaczyć... tak jak tym niebieskim, którymi hipnotyzował jej właściciel...

--Wszystko z nią w porządku, jest zdrowa i wesoła – Hermiona uśmiechnęła się do biegającej za piłeczką Lori.
--To dobrze, staram się przestrzegać twoich zaleceń – Draco również musiał się uśmiechnąć, patrząc na Hermionę, bawiącą się z jego pupilką. 
--Pani doktor, ostatni pacjent odwołał wizytę. Jego magic-piranie pozagryzały się nawzajem – powiedziała Susie wchodząc do gabinetu.
--Wiedziałam, że to się tak skończy. Przynajmniej mam wolne.
--Idziemy z Lori do parku, może pójdziesz z nami? - wypalił Malfoy, zanim się zastanowił nad tym co robi. Jednak bardzo chciał żeby się zgodziła... to była jego szansa...
--W sumie czemu nie i tak nie mam nic do roboty – Hermiona uśmiechnęła się promiennie, szczęśliwa, że Draco wreszcie się zdobył na to, by gdzieś ją zaprosić. Po cichu od dawna na to liczyła. Dzięki wspólnej opiece nad Lori zbliżyli się do siebie i poprawili swoje relacje, teraz nadarzyła się okazja, by jeszcze je pogłębić...


***

Spacerowali po parku na zmianę rzucają patyki radośnie biegającej Lori i rozmawiając beztrosko o swoim życiu. Oboje byli zaskoczeni jak swobodnie przebiega ta rozmowa. Było naprawdę miło... Stanęli nieopodal jeziorka, przy którym Draco znalazł suczkę i z lekkimi uśmiechami patrzyli na pływające w wodzie kaczuszki.
--Jestem ci naprawdę wdzięczny za pomoc... bez ciebie opieka nad Lori nie byłaby taka łatwa – Draco odwrócił się w jej stronę i popatrzył jej w oczy.
--To była dla mnie sama przyjemność – Hermiona również popatrzyła w jego śliczne tęczówki. 
Stali tak nie mogą oderwać od siebie wzroku, obydwoje myśląc o tym samym, ale żadne z nich nie potrafiło się odważyć na ten krok.
Mieli jednak po swojej stronie czworonożnego sprzymierzeńca...
Lori z rozpędu wskoczyła na plecy swojego pana, popychając go wprost na Hermionę, z taką siłą że oboje upadli na miękką trawę.
--Przepraszam... nie wiem co ją napadło... - wydyszał Draco, a jego nos prawie stykał się z nosem Miony.
--Nic się nie stało – wyszeptała prosto w jego usta, które już po sekundzie spoczęły na jej malinowych wargach całując je zachłannie.


Lori usiadł nieopodal i wesoło zamerdała ogonem. Kochała swojego pana, za to, że uratował jej życie, dbał o nią i lubił się z nią bawić. Czuła, że pan lubi jej towarzystwo i wspólne zabawy, ale wiedziała też, że lubi panią Hermionę. Ona też ją lubiła. Chciała żeby ta dwójka razem była szczęśliwa, bo wiedziała, że o niej nie zapomną... A kto wie, może nawet sprawią jej więcej towarzyszy zabaw? Lori przecież lubiła dzieci... :)