czwartek, 11 sierpnia 2016

niedziela, 8 listopada 2015

Nowy Adres Bloga!

Kochani!

Żegnam się powoli z Dwoma Światami, przynajmniej pod tym adresem. Dla wszystkich chętnych - opowiadanie "Dramione - Dwa Światy" oraz wszystkie Miniaturki Dramione - możecie znaleźć na nowym blogu:





Serdecznie Zapraszam! :)

Dla osób chętnych są dostępne również wersje PDF moich opowiadań oraz miniaturek. Również zapraszam!


Jeszcze raz dziękuję Wam za wszystko. W razie pytań zapraszam do kontaktu: venetiia.noks@gmail.com.
Zapraszam Was również do czytania mojego autorskiego opowiadania, które wkrótce się rozkręci: venetiia-noks.pl

Do zobaczenia!

Venetiia Noks

poniedziałek, 2 listopada 2015

Podsumowanie Akcji Promocyjnej Młodych Autorek

Witajcie Kochani!


Zakończenie akcji mającej na celu promocję pracy początkujących autorek i pomoc osobom, które nie mają swoich blogów w poznaniu opinii szerszego grona odbiorców, sprawiło, że postanowiłam przedstawić Wam garść informacji o tym, jak cała akcja przebiegała i jaki miała odbiór.



Na blogu zostało opublikowanych 50 miniaturek, prologów, rozdziałów, drabbli i innych prac początkujących autorek.
Swoje prace do publikacji nadesłały 43 autorki.
Największą ilością wyświetleń cieszyła się Miniaturka autorstwa Marty M. - "Dla Makosi", która to zanotowała 6918 wyświetleń.
Największą ilość komentarzy otrzymały kolejno:
Miniaturka Krukonki2001 - "Warto słuchać głosu serca..." - 91 komentarzy
Jednakże, jako, że większość z nich to dyskusja tych samych czytelniczek, to liczy się najwięcej pojedynczych komentarzy, które otrzymała miniaturka Dominki F. - "Nienawidzę poniedziałków" - 51 komentarzy



Kolejne miejsca (całkowita ilość komentarzy bez liczenia pojedynczych):



Kinga i Lena - "Gdy nagle..." - 49 komentarzy
Dyeha Clavis - "Konkurs na prolog" - 48 komentarzy
Harietta - "Czas leczy rany" - 48 komentarzy
Kennel  - "Książki działają cuda" - 48 komentarzy


Najczęściej polecaną publicznie miniaturką była praca Anastazji Laider - "Dramione - Uratuj mnie..." - +6 poleceń.
Najlepszy stosunek ilości wyświetleń do ilości komentarzy zanotowała - Dyeha Clavis - 48/1277 za "Konkurs prologowy".


To na tyle statystyki.
Dziękuję Wszystkim odważnym dziewczynom, które postanowiły spróbować swoich sił w pisaniu. Niezależnie od tego czy nadal piszecie, czy była to tylko jednorazowa przygoda, to zrobiłyście ogromny krok na przód, czego Wam serdecznie GRATULUJĘ :)
Składam Wam serdeczne podziękowania za wywiązanie się z terminu i udaną współpracę, życzę Wszystkim weny, wytrwałości, kreatywności i powodzenia!

Dziękuje również wszystkim czytelnikom, którzy aktywnie brali udział w czytaniu, wspieraniu i komentowaniu prac młodych autorek - to dzięki Wam, ta cała akcja w ogóle miała sens. Jesteście najlepsi!
Serdecznie uściski i pozdrowienia!

Wasza Venetiia.


PS. Przypominam, że jeśli ktoś nadal ma ochotę spróbować swoich sił w pisaniu i opublikowaniu swojej pracy, to jest taka możliwość na stronie Stowarzyszenia Księcia Półkrwi. 
Swoje zapytania w tej sprawie kierujcie na adres: 7jazzyjazzy@gmail.com 
W razie jakiś spraw do mnie zapraszam - venetiia.noks@gmail.com


Opowiadanie "Dramione - Dwa Światy" oraz wszystkie miniaturki mojego autorstwa zostały już przeniesione na nowego bloga i wkrótce zostaną skasowane z tego adresu. Ogłoszę to w osobnym poście i tam też podam Wam link do nowego bloga. Pozdrawiam raz jeszcze...  :)


V.








poniedziałek, 19 października 2015

Miniaturka urodzinowa Kingi


Witajcie Kochani!
Oto ostatni post na blogu Dramione - Dwa Światy, który będzie zawierał w swojej treści miniaturkę. Publikuję go na prośbę M., która napisała tę wspaniałą miniaturkę specjalnie z okazji urodzin Kingi, którą mogliście poznać jako betę opowiadania Rubin i Stal oraz jako współautorkę miniaturek, które tworzyła w duecie z M.(Leną).
Kochana Kingo z okazji urodzin życzę Ci:

By każda podróż, w którą wyruszysz była niezapomnianą przygodą,
        By wszystkie Twoje dni były wesołe, barwne, nieprzewidywalne i nadzwyczajne,
            Byś zrealizowała wszystkie swoje plany i marzenia i spotykała na swojej drodze                                     tylko wyjątkowych ludzi. :)


Podziękowania dla M. za wszystkie jej publikację na tym blogu, a zwłaszcza za tę ostatnią, pożegnalną miniaturkę, która pozwoliła mi z satysfakcja i radością spojrzeć na całe przedsięwzięcie, jakim był pomysł publikacji prac początkujących autorek. Za kilka dni wstawię post podsumowujący całą tę akcję. A teraz zapraszam Was do lektury.
Pozdrawiam!
Venetiia.

***


Od M.:

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z pisaniem (dziękuję, Venik! To również Twoja zasługa...), nie miałam pojęcia, iż będę miała możliwość zakończenia publikacji młodych autorek na Dwóch Światach, tym bardziej, że pojawiły się tu już dwie zupełnie moje miniaturki i również dwie, przy których współpracowałam. Zarówno ta miniaturka, jak i poprzednia, opublikowana tu trzy tygodnie temu, jest dla mnie bardzo specjalna. Przede wszystkim, pisałam ją dość długo, zmieniałam fragmenty i czepiałam się szczegółów. Sam wstęp zajął mi cztery dni. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.
Jest również drugi powód, dla którego powstała... Dziś urodziny ma Kinga, jedna
z dwóch moich inspiracji, dzięki której powstało kilka niezłych scen w moim opowiadaniu...
I zapewne powstanie jeszcze co najmniej drugie tyle. Kochana, wszystkiego najlepszego i:

Caddillaca przed domem,
mężczyzny z milionem,
willi z basenem,
przygód z Twym menem,
w dniu Twych urodzin, kochana,
przyjmij życzenia ode mnie :)
(w oryginale było od znajomego Pana,
ale ja wciąż pozostaję Twoją M.)



Każdy z nas marzy o tym, by w życiu wydarzyło się coś cudownego. Coś, co przeczy wszelkim prawom logiki i w gruncie rzeczy nie ma prawa się stać. To zupełnie normalne. Prędzej czy później wyrastamy z marzeń, które stają się dziecinnymi mrzonkami. Odsuwamy młodzieńcze ideały na bok i zaprzątamy sobie głowę tylko poważnymi sprawami oraz problemami świata. W każdym społeczeństwie istnieje jednak uprzywilejowana, niemalże bajkowa grupa, obdarzona pewną niezwykłością. Przed dniem, w którym dowiedziałam się, że i ja do niej należę, często myślałam o tym, że chciałabym, aby wydarzyło się coś, co zmieniłoby moje życie na zawsze, choć nie wiedziałam jeszcze, co by to miało dokładnie być. Jak każde dziecko, marzyłam o czymś niezwykłym, rodem z baśni braci Grimm. Kiedy w moim domu pojawił się pewien ciemnowłosy, niemiły mężczyzna i przy herbacie w salonie powiedział moim rodzicom, że jestem czarodziejką, żadne z nas mu nie uwierzyło. Dopiero, gdy pokazał nam, czym jest magia, wszystko stało się jasne.
Mama powiedziała mi, że nie ma nic przeciwko, bym od września zaczęła naukę w nowej szkole. Tata ją poparł. Ostateczna decyzja jednak należała do mnie i to ja miałam uznać, czy jestem w stanie opuścić dom na cale dziesięć miesięcy. Część mnie mówiła, że powinnam zostać i chodzić do normalnej szkoły ze swoimi dotychczasowymi przyjaciółmi. Cichy, irytujący głosik w mojej głowie powtarzał mi coś przeciwnego. Mówił, że będę żałowała, jeżeli sobie odpuszczę. Perspektywa spędzenia całego roku z ludźmi, którzy byli obdarzeni mocą identyczną jak moja, przemawiała do mnie coraz silniej. Siedziałam w swoim pokoju godzinami, myśląc, czy na pewno tego chcę. W pewnej chwili rozejrzałam się po nim, jak gdybym miała nigdy więcej go nie zobaczyć i zeszłam na dół powiedzieć rodzicom, że chcę podjąć naukę w nowej szkole.
Nie było w niej łatwo, choć miałam wrażenie, że przyswajam wiedzę szybciej niż inni. Nie umiałam znaleźć przyjaciół i to chyba było moją największą bolączką. Nie pomagał mi też fakt, że większość czasu spędzałam w książkach, zgłębiając istotę świata, w którym się znalazłam i że byłam starsza o rok od wszystkich z mojej klasy. W końcu jednak poznałam ludzi, którzy okazali się być kompanami na dobre i na złe. Razem wpadaliśmy w kłopoty i razem z nich wychodziliśmy, choć nie zawsze obronną ręką. Niewiele osób dostawało szlabany częściej niż my, choć ja dostawałam je przecież najrzadziej. Jeszcze częściej traciliśmy, a potem odzyskiwaliśmy, punkty. Stało się to regułą i nawet zaczęto sobie stroić żarty, że kiedy Złote Trio traci ”oczka”, zaraz na pewno otrzyma ich dwa razy więcej. Zdarzały się między nami kłótnie, ale zawsze się godziliśmy. To przecież nieuniknione, gdy spędza się tyle czasu razem. Przeżywaliśmy przy tym wiele przygód. Dużo, dużo więcej niż inni uczniowie naszej szkoły. Niejednokrotnie były one niebezpieczne, ale nie żałuję tego. Dzięki nim mój pobyt w Hogwarcie przewyższał moje najśmielsze oczekiwania. Nie oddałabym tych wspomnień, choćby ofiarowano mi wszystkie skarby świata.
Nawet z perspektywy czasu ciężko mi ocenić, kiedy zaczęło się dziać coś, co na nowo zdefiniowało mnie jako człowieka i członka naszej społeczności, a także spowodowało nieodwracalne zmiany w nas wszystkich. Gdybym miała jednak wybrać jakiś graniczny moment, powiedziałabym, że był to początek czwartego roku mojej – naszej – edukacji, a może nawet kilka dni wcześniej. Z pozoru wszystko było normalnie, a mimo to zupełnie inaczej. Powoli, choć bardzo konsekwentnie, dookoła jedynego świata, który znaliśmy, zaczęła zaciskać się pętla wzajemnej nienawiści, braku zaufania i ukrytego pod pozorami obojętności zła. Wtedy tego nie wiedzieliśmy – albo nie chcieliśmy wiedzieć – że po raz kolejny nadchodzą mroczne dni. Baliśmy się otworzyć oczy i wyjść ze swojej strefy komfortu. W końcu nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy to zrobić. Byliśmy zmuszeni stawić czoła naszym największym koszmarom, nie chcąc godzić się na terror, który zaczynał dominować w kontaktach międzyludzkich.
Nikt nie był pewien, komu może ufać. Nigdzie nie byliśmy bezpieczni. Infiltrowany Hogwart przestał być naszym schronieniem.
To chyba właśnie wtedy zakochałam się w kimś, kogo przez ostatnie lata definiowałam jako swojego nieprzyjaciela. Nie wiedziałam, czemu tak się stało i nikomu o tym nie powiedziałam. Bałam się głosów krytyki. Przedziwnym zbiegiem okoliczności okazało się, że czuje to, co ja. Powoli, małymi kroczkami, stawał się jedną z najważniejszych osób w moim życiu, a ja przekonywałam się, że jest mi niezbędny nawet do oddychania. Z nim nawet najtrudniejsze rzeczy stawały się łatwe. Dzięki przyjaciołom wiedziałam, co to bezwarunkowa przyjaźń i lojalność do ostatniej kropli krwi. On pokazał mi, czym jest miłość. Ta prawdziwa, o której marzą wszystkie dziewczynki, czytając baśnie. Ta, która daje i odbiera, przy której blakną inne uczucia i która wywraca świat do góry nogami, ukazując, jak wspaniałym jest miejscem. Niegdyś ktoś, kogo nie znosiłam, stał się dla mnie motywacją do zmiany na lepsze.
Moi przyjaciele w końcu poznali tę tajemnicę. Choć odczuwałam trwogę, sytuacja rozluźniła się, gdy powiedzieli mu, uśmiechając się przy tym lekko, że pożałuje, jeśli mnie zrani. Ronald wydawał się być zły, ale jedno spojrzenie Harry'ego go uciszyło, czy raczej, nie pozwoliło mu nic powiedzieć. On obiecał wtedy, że tego nie zrobi, a oni, chcąc nie chcąc, musieli mu zaufać. Ja zrobiłam to samo. Wiedziałam, że nie złamie danego mi słowa. Nigdy tego nie robił, choć inni mogli myśleć inaczej. Gdy musieliśmy się rozstać na czas wojny, to dzięki niemu wstałam z łóżka i podejmowałam walkę z poplecznikami kogoś, kto nazwał siebie Lordem Voldemortem.
Pewnego zimowego dnia, gdy stałam na zaśnieżonym wzgórzu i pełniłam wartę, zauważyłam spadającą gwiazdę. Poprosiłam wówczas, by wojna niedługo dobiegła końca, bym mogła go jak najszybciej spotkać. Nie miałam pojęcia, że stał na tarasie swojego domu i pomyślał to samo. Musiało jednak minąć jeszcze kilka miesięcy, zanim dane było spełnić się temu marzeniu. Spotkaliśmy się pewnego, majowego dnia, gdy wszystko miało się rozstrzygnąć. Tego dnia mieliśmy dowiedzieć się, jaka będzie nasza przyszłość. A wtedy popełniłam najgorszy możliwy błąd, choć teraz wszyscy – włącznie z nim – powtarzają mi, że miałam do niego prawo. Ja jednak uważam inaczej.
Ja, Hermiona Granger, mimo że nie miałam ku temu żadnych podstaw, uwierzyłam, że ten, którego kocham, zdradził mnie i moich przyjaciół, przechodząc na stronę mojego największego wroga.



***



Harry szedł powoli błoniami, świadom, że prawdopodobnie są to ostatnie chwile jego życia. Obejrzał właśnie wszystkie wspomnienia Snape'a i czuł, że w środku zaczyna ogarniać go przerażenie, choć przecież tego, co się dowiedział, domyślał się już od dawna. Jego krok był wolny, myśli niespokojne, a serce biło mu raz szybciej, raz wolniej, jakby jego umysł nie potrafił podjąć decyzji, czy poddać się strachowi, czy jednak nie. Powinien być wściekły na byłego dyrektora Hogwartu, że ten zataił przed nim tyle ważnych rzeczy, ale podświadomie czuł, że nie ma na to czasu. Czy mu się to podobało czy nie, miał zadanie do wypełnienia i musiał mu się poświęcić w stu procentach. Nie było miejsca ani czasu na zastanawianie się. Voldemort czekał, gotów zacząć zabijać, jeśli się nie pojawi. Decyzja została powzięta już dawno temu i nie wahał się, a jednak dałby wszystko, żeby tego nie robić. Inni siedzieli w Wielkiej Sali i rozmawiali, ustalali plan bitwy i tego, jak stawią czoła komuś, kogo nazywali Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Choć nie znosił wojny, wiele by oddał, aby być tam z nimi. Wszedł do Zakazanego Lasu, czując, jak skacze mu ciśnienie, a adrenalina zaczyna krążyć we krwi. Nie miał pojęcia, że ktoś go obserwuje ze szczytu Wieży Astronomicznej. Młoda kobieta stanęła w oknie i patrzyła, jak jej były chłopak, którego wciąż kochała, podąża na spotkanie ze swoim przeznaczeniem.
- On już nie wróci - wyszeptała do siebie Ginevra Weasley, a w jej przepełnionych bólem oczach zalśniły łzy. Gdy mężczyzna znikł z pola jej widzenia, opuściła pomieszczenie, a jej serce prawie rozerwało się na strzępy. W tej chwili, choć miała całą rodzinę, nie miała zupełnie nikogo. Tylko on mógł ukoić jej ból, ale go nie było i miał nigdy nie wrócić.
Za jej plecami zgasła jedyna oświetlająca pomieszczenie latarnia.



***



Ręka zadrżała mu, gdy sięgał do kieszeni po różdżkę. Schował ją w rękawie, zbliżając się do małej, oświetlonej blaskiem ogniska polany.
- Panie, on już chyba nie przyjdzie - usłyszał głos zawsze gotowej do zabijania Bellatrix.
- Przyjdzie - odpowiedział zimno Czarny Pan, nawet nie patrząc na swoją niegdyś najbardziej zaufaną wyznawczynię.
- Ale jeśli... - Wciąż nie była przekonana. Nie było jej dane dokończyć, bo czyjś głos jej przerwał.
- Miałeś rację. Przyszedłem - powiedział, stając na plamie światła. Jego postać, prawie lizana płomieniami, nagle wzbudziła strach w niejednym śmierciożercy. Sądzili, że przyszedł, aby walczyć. Determinacja widoczna na jego twarzy przekonywała ich o tym bardzo skutecznie.
- Chcesz pojedynku? - zakpił Tom Marvolo Riddle, a na jego płaskiej twarzy pojawił się lodowaty uśmiech.
- Nie - stwierdził ku zdumieniu wszystkich ten, którego siły dobra nazywały Wybrańcem. - Przyszedłem zrobić coś, aby cię powstrzymać. - Uniósł różdżkę. Rozległ się cichy śmiech tych, którzy bezgranicznie wierzyli w swojego pana. Voldemort uniósł dłoń, od razu ich uciszając.
- A więc dobrze... - zaczął, ale coś nakazało mu przerwać i po raz pierwszy w życiu pokierował się tym instynktem i posłuchał go. - Proszę, udowodnij, czym jesteś w stanie mnie powstrzymać. - Założył dłonie za plecami, a jego twarz rozbłysła upiornie w świetle ogniska. Harry przełknął ślinę, żałując, że nie pożegnał się z Ginny. Ale dobrze wiedział, że nie mógł tego zrobić, że nie puściłaby go, próbując mu wyjaśnić, że na pewno da się to rozwiązać inaczej. Skierował magiczny atrybut ku sobie. Śmierciożercy przenieśli na niego wzrok, jakby nie rozumiejąc, co chce zrobić. Po twarzy Voldemorta przemknął dziwny cień.
- Avada Kedavra - powiedział brunet, ze spokojem patrząc, jak zielony promień podąża w jego stronę. Upadł na ziemię, czując, jak ucieka z niego dusza. Voldemort patrzył na niego przez chwilę w mimowolnym osłupieniu. Jego poplecznicy nie śmieli się odezwać.



***



Biel. A więc tak wygląda niebo. Czystość, spokój i brak bólu. Spojrzał w dół, na swoje ciało, na którym nie było żadnych ran. Niepewnie dotknął palcami czoła. Tam też nie było blizny, od której zaczął się największy koszmar jego życia. Zatrzymał wzrok na swoich dłoniach. Biło z nich jakieś dziwne światło.
- Z kim chciałbyś się spotkać? - usłyszał nagle pytanie. Rozejrzał się dookoła siebie, ale w pustce dookoła niego nie było nikogo. Nie odpowiedział, intensywnie myśląc nad odpowiedzią. - Kogo ze zmarłych chcesz spotkać? - doprecyzowano.
- Mama, tata - powiedział niemal nieświadomie, biorąc głęboki wdech. Zamknął oczy, wiedząc, że to i tak nie może się spełnić.
- Synu, jestem z ciebie taka dumna - usłyszał głos, który do tej pory kojarzył tylko ze snów.
- Mama? - Wyciągnął do niej ręce, a w jego oczach pojawiły się łzy. - Tata? - Przeniósł wzrok na drugą postać, która zmierzała ku niemu.
- Nie możesz nas dotknąć - powiedziała ze smutkiem Lily. - Jesteśmy tylko duchami. Ale możemy porozmawiać. - Koło niego pojawiło się kilka krzeseł. Usiadł pomiędzy rodzicami, nie wiedząc, na kogo ma patrzeć. - Czy ja… umarłem? - zadał pierwsze pytanie.
- Nie - odpowiedziała ku jego zdziwieniu postać, która też pojawiła się nie wiadomo skąd.
- Syriusz. - Chciał rzucić się ojcu chrzestnemu w ramiona, gdy nagle przypomniał sobie, że nie może ich dotknąć. Widocznie ktoś na górze uznał, że przyda mu się dodatkowe wsparcie i był za to wdzięczny.
- Jesteś taki odważny - powiedział James, uśmiechając się do niego.
- Zawiodłem Sądziłem, że zginie razem ze mną - wyszeptał z goryczą. Schował twarz w dłoniach, naprawdę czując oślepiające wyrzuty sumienia. Poczuł na ramieniu lodowaty dotyk. Uniósł głowę; to Syriusz położył tam dłoń, chcąc dodać mu wsparcia.
- Nie zawiodłeś - powiedział. Lily uśmiechała się, jakby nie mogąc uwierzyć, że ma koło siebie swojego syna. - Nie ma już horkruksów. Jesteś tylko ty i on.
- Więc mogę tam wrócić? - Uniósł czujnie głowę, na powrót czując, że jest w stanie walczyć.
- Oczywiście, że tak - zdradziła mu Lily. - Możesz to zakończyć. Musisz tylko otworzyć oczy.



***



Na twarzy byłego Toma Riddle’a pojawił się przerażający uśmiech.
- Ty - wskazał na Avery’ego Lord. - Weź go. Pójdziesz ze mną. A wy - zwrócił się do reszty - idźcie za nami.
Dziwny pochód ruszył za swoim przywódcą.
Narcyza Malfoy zerkała niespokojnie na spoczywające na rękach jej krewnego ciało młodego chłopaka. Harry Potter nie żył. To nie tak miało się skończyć, ale musiała dopasować się do tego, co się działo. Miała przecież syna, który był gdzieś w tłumie i dla którego musiała żyć.



***



Hermiona siedziała w Wielkiej Sali i trzymała Ginny za rękę. Próbowała ją pocieszyć, ale przyjaciółka była zbyt zamknięta w sobie. Nie wiedzieć czemu, twierdziła, że Harry nie wróci, że to koniec, choć kiedy pytała ją, dlaczego tak mówi, rudowłosa uparcie milczała. Uścisnęła mocniej jej dłoń, pragnąc mimo wszystko dodać jej otuchy. Nagle echem od ścian odbił się lodowaty głos. Ginny wysłuchała go spokojnie, a potem wyrwała się z jej uścisku i pobiegła w stronę hogwardzkich błoni. Nie widząc innego wyjścia, podążyła za rudowłosą, zauważając kątem oka, że pozostali obecni również się podnoszą i idą za nią. Wybiegła, rozglądając się za przyjaciółką. Weasley klęczała przy jakimś ciele, leżącym u stóp Voldemorta, a w jej oczach błyszczały łzy. Nie płakała, bo to nie było w jej zwyczaju, ale musiała w jakiś sposób dać upust swoim emocjom.
Brunetka napotkała spojrzenie Lorda Voldemorta. Wyraz jego twarzy świadczył, że jest z siebie bardzo zadowolony. Za nią stanęli pozostali obrońcy szkoły, którzy jeszcze nie zrozumieli, co się stało. Przesunęła spojrzenie na lewą stronę. Zza jednej z masek błysnęły stalowoszare oczy. Podeszła do mężczyzny szybkim krokiem i zdarła mu ją z twarzy.
- Ty… - Brakowało jej słów. Jak on mógł Nie to jej obiecywał. Przesunęła wzrok na jego lewy nadgarstek i tylko dlatego nie zauważyła pobladłej twarzy i bólu w oczach, którego nie był w stanie dłużej ukrywać. - Jak mogłeś mnie tak zdradzić?! - wrzasnęła, powodując wybuch śmiechu wszystkich popleczników Voldemorta. Bezwłosy patrzył na nich z lodowatą radością. Miłość jest dla głupców, dla słabeuszy, wiedział o tym od początku. Nie obchodziło jej, że zdradził zaufanie większości zgromadzonych za nią osób. Najbardziej bolał ją fakt jego zmiany stron, bo przecież to ona za niego poręczyła. - Nienawidzę cię! - krzyknęła, czując, jakby jej serce rozrywano na strzępy. Nie miał znaczenia fakt, że przegrali. Chciała mu tylko wykrzyczeć, jak bardzo nim gardzi. - Jesteś… - Uniosła dłoń i spoliczkowała go. Chwycił ją za nadgarstek, powstrzymując przed kolejnym uderzeniem. Jego wzrok był nieprzenikniony.
- Skończyłaś, Granger? - warknął. Zabolało go to, co dostrzegł w jej wzroku. Ale nie mogła wiedzieć, po prostu nie mogła…
- Draconie, czyżbyś chciał nam coś powiedzieć? - przerwał jej Czarny Pan, ruchem ręki wzywając do siebie swojego sługę. Młody jest inteligentny. Jeśli uzna, że związek ze szlamą był błędem, daruje mu życie i może nawet nie potraktuje Cruciatusem, choć przecież na niego zasłużył.
- Owszem. - Blondyn chciał odnaleźć jej oczy, ale Hermiona patrzyła w ziemię, unikając jego wzroku. Wciąż jednak stała przy nim, jakby nie umiała się odsunąć. - Jesteś skończony. - Po płaskiej twarzy kogoś, kto nadał sobie miano najgroźniejszego czarownika ostatniego tysiąclecia, przemknął dziwny cień. W jego dłoni błysnęła różdżka, a on przygotowywał się do rzucenia naprawdę mocnego zaklęcia. W tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy.
Draco szybkim krokiem przeszedł na stronę obrońców Hogwartu. Za nim podążyła jego matka, która pociągnęła za sobą Hermionę. Choć nikt tego nie widział, Harry poderwał się na równe nogi.
- A teraz - powiedział Wybraniec, przekrzykując gwar, jaki się zrobił - staniesz ze mną twarzą w twarz, jak mężczyzna i będziesz walczył na śmierć i życie. - Wszyscy, jak na komendę, odwrócili się w jego stronę. Ginny, która chwilę wcześniej uczepiła się swetra Billa i w końcu zaczęła płakać, obróciła się na pięcie i chwyciła gwałtownie powietrze w usta. Usłyszała kilka okrzyków zdumienia, ale nie poświęciła im większej uwagi. Jej ciemnowłosy ukochany patrzył w wężowe oczy Voldemorta, ściskając w dłoni swoją różdżkę. Harry żył, był cały i zdrowy, choć ubranie było na nim poplamione i poszarpane, a także oprószone bitewnym pyłem, który wcześniej pokrył wnętrze całego zamku. Magiczny atrybut pojawił się w lewej dłoni jego wroga, od razu przesyłając mu iskry, sygnalizujące, że jest gotowa do walki.
- Chcesz mnie powstrzymać, chłopczyku? - zakpił, zastanawiając się, jakie zaklęcie rzucić na niego jako pierwsze. - Mnie nie można zabić. - To nie była duma, to był fakt, a on mu go po prostu oznajmiał.
- Tak ci się tylko wydaje - zbił spokojnie jego argument Harry. Wszyscy milczeli, zamierając w bezruchu. Tylko Hermiona miała wątpliwości, czy powinna patrzeć, co się dzieje, czy podejść do Dracona i porozmawiać z nim. W końcu została na miejscu i nawet nie zauważyła, że to on podszedł do niej. Splótł ich palce razem, ale wycofała dłoń. Na twarzy blondyna zagościła mimowolna uraza, choć przecież spodziewał się, że może tak zareagować.
- Horkruksy nie istnieją. Teraz zostaliśmy tylko ty i ja - kontynuował brunet, skupiając całą uwagę na przeciwniku, a tak przynajmniej to wyglądało w oczach osób postronnych. W rzeczywistości przypominał on sobie wszystkie zaklęcia i tarcze, których się ostatnio nauczył. Dobrze wiedział, że różdżka Voldemorta nabrzmiewa już jakimś urokiem. Był pewien, iż nie jest to Avada Kedavra Ten morderca na pewno będzie chciał pobawić się z nim jak z każdą swoją ofiarą.
Uchylił się w lewo, jednocześnie rzucając tarczę, gdy z magicznego atrybutu Czarnego Pana poleciał w jego stronę czerwony promień.
- Nieźle, Potter - syknął. - Ale na ile wystarczy ci sztuczek, których nauczył cię ten stary głupiec? - Beznosy z pewnością miał na myśli Dumbledore’a, Harry jednak nie dał się sprowokować. Zgrabnie unikał mieniącymi się kolorami tęczy promieni. Sam też wysyłał ich całkiem sporo. W międzyczasie otoczył tarczami stronę dobra.
Rozpoczął się taniec śmierci. Zaklęcia  śmigały coraz szybciej, a Harry czuł się coraz bardziej zmęczony. Nieustanne utrzymywanie koncentracji nie było łatwe. Rozproszył się na chwilę, gdy napotkał na sobie wzrok Dracona, który skinął mu niemalże niezauważalnie głową, jakby chcąc dodać mu wsparcia. Hermiona zaczęła się zastanawiać, co oznacza nieme porozumienie między dwoma najważniejszymi mężczyznami w jej życiu. Klątwa tnąca rozcięła Harry’emu policzek.
- Czemu mnie nie zabijesz? - prychnął brunet, ignorując spływającą po jego twarzy krew. Był przyzwyczajony do większego bólu.
- Ależ oczywiście, że zabiję. Nikt nie będzie stawał mi na drodze - powiedział Voldemort, a Harry poczuł, że różdżka jego wroga nabrzmiewa śmiercionośnym zaklęciem. Szybko postawił najbardziej zaawansowaną tarczę, jaką znał, mając nadzieję, że to wystarczy. Na jego twarzy pojawił się rumieniec z wysiłku. - Avada Kedavra! - wrzasnął Czarny Pan. Zaklęcie odbiło się od tarczy. Harry przymknął oczy, bojąc się, że to, co zrobił, nie wystarczy.
Voldemort runął do tyłu z rozkrzyżowanymi ramionami, a jego wąskie źrenice podbiegły do górnej krawędzi szkarłatnych oczu. Tom Riddle padł na posadzkę z pustymi rękami, a jego ciało skurczyło się i zwiotczało. Z podobnej do głowy węża twarzy znikł wszelki wyraz, zagościła w niej pustka. Voldemort był martwy, zabiło go jego własne odbite zaklęcie. *
Część Śmierciożerców była zbyt zszokowana, aby rzucić się do ucieczki. Zakon z kolei szybko przeorganizował swoje szeregi i nawet najmłodsi należący do Gwardii Dumbledore’a, zaangażowali się w akcję rozbrajania popleczników martwego czarnoksiężnika.
- Zginiesz, szlamo! - wrzasnęła Bellatrix Lestrange, która chyba jeszcze nie zrozumiała, co się właśnie stało. Gwałtownym ruchem wyjęła różdżkę i wycelowała w Hermionę, która jakby przyrosła do ziemi, nie wiedząc, co ma robić. Draco zasłonił ją swoim ciałem, niewerbalnie blokując zaklęcie ciotki. Kobieta uchyliła się od śmiercionośnej klątwy, koncentrując całą uwagę na uniknięciu zaklęcia. W tym samym momencie złapał ją Kingsley i skinął blondynowi głową, jakby w podziękowaniu za to, co zrobił.
- Draco, ja… - powiedziała Hermiona po chwili milczenia, podczas której toczyła się między nimi rozmowa.
- Nic nie mów - odparł. Pobladła, a jej oczy zrobiły się większe.
- Ale… - próbowała wytłumaczyć.
- Nic nie mów - powtórzył. - Chodźmy stąd. - Chwycił ją za dłoń i pociągnął w stronę zamku. Poddała się jego woli, zastanawiając się, co mu powie i jak wytłumaczy to, co zrobiła. Wciągnął ją do pustej klasy i zamknął za nimi drzwi, dodatkowo zabezpieczając je zaklęciem.
- Draco, ja… - zaczęła znowu.
- Milcz - przerwał jej brutalnie. - Teraz ja mam ci coś do powiedzenia.



***



- Harry. - Rzuciła się w ramiona ukochanego Ginny. - Merlinie, Harry. Myślałam…
- Ciii. - Przygarnął ją do siebie, wtulając twarz w jej rude włosy. - Już wszystko dobrze, nic nam nie grozi…
- Ale… Byłeś martwy… - jąkała się, a po jej twarzy płynęły łzy ulgi.
- Już dobrze. - Przycisnął ją do siebie mocniej. Uniosła twarz do góry. - Będzie dobrze, zobaczysz.
- Obiecujesz? - wyszeptała, bojąc się, że jeśli odezwie się zbyt głośno, magiczna chwila pryśnie.
- Obiecuję. - On również szeptał, pochylając ku niej głowę i napotykając na swojej drodze jej usta. Pocałował ją, czując, że świat teraz może być tylko lepszy.
Za ich plecami wschodziło słońce.



***



Draco wyciągnął ku niej dłonie, odsłaniając lewy nadgarstek. Wstrzymała gwałtownie oddech, znów zauważając na jego skórze czarny tatuaż i splotła ręce na piersi. Dostrzegł jej pełne wyrzutu spojrzenie i cofnął się o krok.
- Zapewne chcesz, żebym ci wszystko wytłumaczył, prawda? - zapytał cierpliwie, prostując plecy.
- Byłoby miło - prychnęła.
- Więc daj mi mówić - powiedział spokojnie. Wiedział, że przyjdzie dzień, w którym będzie musiał jej o tym powiedzieć i gdzieś w głębi duszy trochę się tego bał. Miał jednak świadomość, że ona musi się dowiedzieć, bo to jedyna opcja, by wszystko zrozumiała.
- Do ruchu oporu przeciwko Voldemortowi dołączyłem jeszcze przed wybuchem wojny. - Chciała poinformować go, że wie, ale jedno jego spojrzenie skutecznie ją od tego powstrzymało. - Snape był szpiegiem, wiedziałem o tym, odkąd przyszedłem do Dumbledore’a. Dyrektor poprosił mnie, żebym również szpiegował. Zgodziłem się. Nie miałem tylko pojęcia, że dostanę jako zadanie zabicie go. Nie powiedziałem mu o tym. Nie miałem… - zawiesił na chwilę głos. - Nie miałem dość odwagi, a ty jesteś pierwszą osobą, której o tym mówię. Zrobił to za mnie Snape.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? - zapytała, na powrót dostrzegając jego przemęczoną twarz i liczne blizny na rękach oraz pozostałych częściach ciała.
- Nie mogłem - prychnął. Przecież to było takie oczywiste… - Z tego samego względu musieliśmy się ukrywać i dlatego twoi przyjaciele złożyli przysięgę, że nikomu o nas nie powiedzą, gdy nasz związek wyszedł na jaw. Wyobrażasz sobie, co by się działo? Chroniłem nas, to oczywiste, ale ciebie przede wszystkim.
- Ja… - Chciała przyznać, że nie miała pojęcia i podziękować mu za to, co zrobił, ale zabrakło jej słów. Bo jak miała dać mu do zrozumienia, i to bez uniknięcia patosu i górnolotnych stwierdzeń, którymi się brzydziła, że podziwia go za tę decyzję i że tak naprawdę to jest z niego dumna? Nie wiedziała, jak to zrobić, bo czuła jednocześnie wstyd, że uwierzyła, iż on mógłby ją porzucić na pastwę wroga, tym bardziej, że chwilę później uratował jej życie.
- Tak, wiem, nie wiedziałaś. Tak miało być. - Ton jego głosu dawał jej do zrozumienia, że czuje się bardzo zraniony. - A teraz możesz wyrzucić z siebie to, co chciałaś mi wykrzyczeć wcześniej.
- Ja… - znowu zawiesiła głos. Głupie słowa. Zazwyczaj zawsze wiedziała, co chce mówić, ale dziś wszystko ustawiło się przeciwko niej. - Wiesz, że…
- No dalej. - Jego głos był przesiąknięty kpiną. - Nienawidzisz mnie? Żałujesz? Przecież to ty za mnie poręczyłaś.
- Przestań! - krzyknęła. - To wcale nie tak!
- A więc jak? Po prostu powiedz, że mnie nienawidzisz, od razu będzie ci lepiej. - Jego słowa ją zabolały, ale wiedziała, że ma rację, kpiąc z niej. Źle zareagowała. Bo wszystko, co zrobił, zrobił dla nich…
- Ja cię nie nienawidzę - wyszeptała, robiąc ku niemu krok. Spojrzał jej w oczy, mrużąc je niebezpiecznie. - Ja cię kocham. Dlatego to tak zabolało, gdy zobaczyłam, że stoisz po ich stronie - szeptała, jak gdyby podniesienie głosu o ton lub dwa miało zepsuć magię tej chwili. Patrzył jej w oczy, bojąc się przerwać między nimi kontakt. - Nie masz pojęcia, co czułam… Jakby mój świat się skończył. To dzięki tobie walczyłam, to wspomnienie o tobie pozwalało mi wstawać z łóżka, gdy miałam wrażenie, że nic nie ma sensu. Byłeś moją siłą. W tamtej chwili miałam wrażenie, że straciłam wszystko.
- Byłem? - wychrypiał. Był zmęczony tym wszystkim, ale po prostu musiał wiedzieć. Bez tego nie byłby spokojny, a właśnie tego potrzebował przede wszystkim.
- Byłeś - potwierdziła. - Bo teraz wojna się skończyła. Nie ma Voldemorta. - Wzdrygnął się, ale nie zwróciła na to uwagi. - Nie ma śmierciożerców. I - dodała figlarnie, uśmiechając się do niego szeroko - w końcu możesz zabrać mnie na normalną randkę.



***



Lord Voldemort powiedział kiedyś Harry’emu, że nie ma dobra i zła, że istnieje tylko potęga. Choć mój przyjaciel jest silny i mądry, wiem, że wtedy się zawahał. Riddle obiecał przywrócić do życia jego rodziców. Kto z nas nie rozważyłby takiej propozycji, mając w perspektywie odzyskanie najbliższych? Podjął wtedy dobrą decyzję, choć musiało mu być niewiarygodnie ciężko ze świadomością, że ktoś próbuje wykorzystać jego tęsknotę za prawdziwym, normalnym domem i kochającą rodziną jako kartę przetargową w odzyskaniu Kamienia Filozoficznego. Po tym wydarzeniu stał się moim wzorem i dobrze o tym wie, choć wrodzona skromność nakazuje mu zaprzeczać.
Wracając jednak do dobra i zła… Nie zgadzam się z tymi słowami. Dobro i zło nieustannie istniały obok siebie i istnieć będą. Granica pomiędzy nimi jest bardzo krucha i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie próbował ją przekroczyć. Dopóki jednak będę żyła, zawsze znajdę siłę do walki o swój świat. Możecie się zastanawiać, dlaczego i skąd ją wezmę. Ale wyjaśnienie jest najprostsze we Wszechświecie. Miłość jest siłą, która dodaje skrzydeł.
Ja, Hermiona Granger, pokochałam Dracona Malfoya wbrew wszystkim prawom logiki i wiem, że on czuje do mnie to samo. Uczynił mnie szczęśliwą i twierdzi, że zrobiłam to samo dla niego, choć ja po prostu trwam u jego boku. W chwilach dobrych i złych, w dzień i w nocy, gdy nękają go bitewne koszmary i boi się, że wojna może się jeszcze kiedyś powtórzyć. Nigdy nie wiemy przecież, co wydarzy się jutro. Jednego jednak jestem pewna: dopóki będzie stał u mojego boku, jestem w stanie zrobić wszystko.
Bo miłość jest najpotężniejszą siłą we Wszechświecie.




* cytat za Harry Potter i Insygnia Śmierci”, rozdział 35, pt.King’s Cross”

piątek, 16 października 2015

Fragment opowiadania Dreamer - "Nadzieja"

Witajcie :)

Oto przed nami ostatnia publikacja z cyklu "Promocji młodych autorek". Po niej pojawi się już tylko jedna miniaturka, taka na pożegnanie, którą napisze  znana Wam już autorka, która kilka razy publikowała na tym blogu swoje prace.
Dzisiejsza praca jest to fragment opowiadania pod tytułem "Nadzieja" autorstwa Dreamer.

Opowiadanie to, możecie odnaleźć: Tutaj!
Zapraszam Wszystkich do lektury i skomentowania pracy autorki, która dedykuje ją:


"Wszystkim młodym autorkom, żeby nigdy nie przestawały pisać, nawet jeśli początki są trudne, to warto to robić dla siebie, nie tylko dla innych".

Pozdrowienia dla Wszystkich!

Venetiia.

PS. Opowiadanie "Dramione - Dwa Światy" wkrótce zostanie w całości przeniesione na nowy adres, a to oznacza, że zostanie skasowane z tego bloga. Link zostanie udostępniony w odpowiednim czasie :).


***

Najciszej jak tylko potrafił przedzierał się przez ciemności jednego z opustoszałych, przeznaczonych do wyburzenia budynków.  Wiedział, że nie zostało mu dużo czasu. Kiedy znalazł się pod ogromnymi, spróchniałymi drzwiami usłyszał rozdzierający ciszę krzyk kobiety. Nie zastanawiając się nawet przez minutę otworzył drzwi z łoskotem stając oko w oko ze swoim przeznaczeniem.…

***

Pewnego letniego popołudnia promienie słoneczne leniwie wdzierały się do pomieszczenia przez nie do końca zasłonięte żaluzje. Swobodnie opadając na młodą twarz kobiety. Brunetka leniwie podniosła wzrok na elektryczny zegarek leżący na komodzie. Dochodziła trzecia po południu.  Powoli podniosła się z łóżka i skierowała się do łazienki. Wchodząc pod prysznic odkręciła kurek z wodą, której krople powoli zaczęły spływać po jej nagim ciele.
- to już koniec – szepnęła do siebie, wmasowując   we włosy swój ulubiony szampon.  Po piętnastu minutach wyszła spod prysznica i owinęła się puchowym ręcznikiem. Podeszła do lustra i przetarła dłonią jego zaparowaną tafle, ukazując tym samym widok czerwonych i podkrążonych oczu. Zdecydowanie poprzednia noc nie należała do najlepszych.  Powolnym ruchem sięgnęła po różdżkę i jednym zaklęciem doprowadziła się do porządku.  Wróciła do sypialni, stając przed olbrzymią szafą, na drzwiach, której powieszone było równie ogromne lustro.  Ręcznik, który do tej pory służył za jej ubranie swobodnie opadł na ziemie, a ona spojrzała w lustro wzrokiem badając każdy najmniejszy kawałek swojego ciała.  Kilka siniaków i blizn to wszystko co zostało z jej małżeństwa z Olivierem.  Siedem długich lat przepełnionych jej strachem, a jego nienawiścią. A miało być inaczej, przecież kiedyś taki nie był. Kiedyś był wstanie dać jej gwiazdkę z nieba. Teraz nie chciał dać jej nawet rozwodu. Rok po roku niszczył jej pewność siebie. Cios za ciosem niszczył jej dumę, kiedy klęcząc przed nim błagała żeby już przestał. Śmiał się jej wtedy w twarz i zaciskał swoje ogromne łapska na jej drobnych nadgarstkach. Rok po roku zabierał jej wszystko co było dla niej cenne. Najpierw namówił ją do przeprowadzki do innego miasta. Zgodziła się. Po roku stwierdził, że wystarczy, że jedno z nich będzie pracowało. Oczywiście tym jednym z nich był on. Po dwóch latach zaczęli mu przeszkadzać jej przyjaciele, kazał jej znaleźć sobie nowych, a ze starymi nie utrzymywać kontaktu. Początkowo się postawiła, twierdząc, że nie ma prawa decydować o tym, z kim się spotyka.  Kosztowało ja to złamane żebro i parę siniaków w okolicy oczu. Odpuściła, myślała, że jak będzie robiła to co Oliver chce to tego rodzaju sytuacja się nie powtórzy. Jakie było jej zdziwienie gdy parę miesięcy później wpadł wściekły do domu oskarżając ją o romans. Tłumaczyła mu, że od kilku tygodniu, na jego wyraźną prośbę, przestała wychodzić z domu. Nic, żadne argumenty do niego nie docierały. Bił na oślep. Kiedy wydawało się jej, że jeszcze jeden cios i umrze on przestawał, zostawiając ją samą w domu na całą noc. Nie była głupia doskonale wiedziała gdzie chodził. Przecież to było oczywiste, że miał kochankę.
Dobrze pamięta dzień kiedy upokorzona i zraniona, w ramach buntu wyszła z domu na zakupy. Postanowiła, że ma dość wszystkiego i jak typowa kobieta chciała poprawić sobie humor zakupami. Wchodząc do jednego ze sklepów wpadła na wysokiego blondyna, który zapatrzony w swojego smartfona zupełnie jej nie zauważył. Gdyby nie jego szybka reakcja najprawdopodobniej upadłaby na ziemię. Złapał ją delikatnie za ramię powodując niemiłosierny ból, otwierających się ran. Jej grymas na twarzy lekko go zaskoczył. Jednak ona przeżyła jeszcze większy szok gdy spojrzała w jego oczy, te przeklęte błękitno-szare oczy, które tak dobrze znała ze szkolnych lat. Od razu przypomniała sobie  ich spotkanie podczas  bitwy o Hogwart.  Uratował jej życie, gdyby wtedy nie zabił swojej ciotki , zanim ta zdążyła rzucić w nią zaklęcie byłaby teraz martwa. Kilka niezbędnych później słów sprawiło, że cała ich przeszłość przestała mieć znaczenie. Wybaczyli sobie.
- Hermiona – szepnął zdziwiony mężczyzna. Nie spodziewał się spotkać w tej okolicy żadnego ze swoich byłych znajomych
- Draco – wymusiła na sobie delikatny uśmiech. Pomyślał, że pewnie za mocno złapał ja za rękę stąd taka reakcja.
- co Cię sprowadza do Hedrow – zapytał nadal zaskoczony
- mieszkam tu od sześciu lat – powiedziała unikając jego wzroku, na pewno zauważyłby jej zapuchnięte od płaczu oczy.
- nie widziałem Cię w ogóle w okolicy – odpowiedział mrużąc oczy, zawsze tak robił gdy coś przykuło jego uwagę – mieszkam tu od roku – dodał. Zauważyła mieszaninę irytacji, zaciekawienia i czegoś czego od dawna nie widziała w niczyich oczach, troski. Spanikowana pomyślała, że zaraz zacznie ją wypytywać i chciała już powiedzieć, że musi już iść i że miło było go spotkać, ale ubiegł ją proponując jej kawę i ciastko.

***

Zgodziła się. Sama nie wiedząc czemu. Wkońcu Oliver kazał jej znaleźć nowych przyjaciół, pomyślała z irytacją. Udali się do pobliskiej kawiarenki. ‘ Słowik’, urządzony był w starodawny sposób z magicznym sklepieniem podobnym do tego w Hogwarcie tylko sto razy mniejszym.  Przez godzinę wspominali dawne czasy. Później Draco musiał wracać do pracy, ale poprosił ją o kolejne spotkanie za tydzień, we wtorek o pierwszej po południu w tym samym miejscu. Wracając do domu cieszyła się jak dziecko. Nie pamiętała już kiedy ostatnio tak dobrze się bawiła.  Na jej szczęście Oliviera jeszcze nie było. Przebrała się w wygodny dres i zabrała się za gotowanie obiadu. Ich spotkania po pewnym czasie stały się regularne. Pewnego popołudnia Draco zapytał
- nie opowiedziałaś mi jeszcze o swojej rodzinie – uśmiechnął się do niej delikatnie
- skąd wniosek, ze mam rodzinę – zapytała przekornie
- a chociaż by z obrączki na Twoim palcu – stwierdził wskazując na prawą dłoń Hermiony.  Jej humor jakby na chwilę się ulotnił, co nie uszło uwadze blondyna. – jak nie chcesz nie musimy o tym rozmawiać – dodał szybko widząc jej reakcję
- problem w tym, ze nie ma o czym rozmawiać – uśmiechnęła się smutno i zmieniła temat. Już więcej o to nie zapytał. Skoro nie chciała o tym mówić to najwyraźniej miała jakiś powód, a on nie chciał na siłę z niej tego wyciągać.
Z każdego spotkania oboje wracali szczęśliwi. Blondyn, który do tej pory nie znalazł sobie stałej partnerki , odnalazł w Hermionie swoją bratnią duszę. Lubili te same książki, te same filmy, nawet kawę pili taką samą. Jedyne co ich różniło to to, ze pasją Draco był sport, a Hermiona wprost go nie znosiła. Chociaż podziwiała to jak daleko zaszedł jako ścigający.  W końcu nie byle kto zostaje kapitanem drużyny Anglii w tak młodym wieku. Uwielbiał spędzać czas na rozmowach z brązowowłosą, które początkowo odbywały się tylko raz w tygodniu, a po pewnym czasie już co drugi dzień. Zastanawiało go dlaczego Hermiona nosi obrączkę, a nigdy nie wspomina o rodzinie. Miał nadzieję, że kiedyś się dowie.
Kiedy 16 grudnia czekał na nią w kawiarni, a ona się nie pojawiła, poczuł, że coś jest nie tak. Jednak nie wiele mógł zrobić bo Hermiona nigdy nie zostawiła mu swoich namiarów.  Kiedy kilka dni później również jej nie było, zaczął się poważnie martwić. Przecież od ponad roku spotykali się już w tej kawiarence. Co takiego mogło się stać, że dziewczyna nie pojawiła się już drugi raz na umówionym spotkaniu. Niestety był bezradny. Musiał cierpliwie czekać. W wigilię, w miejscowej gazecie przeczytał artykuł na ostatniej stronie o żonie wpływowego biznesmena, która spadła ze schodów w swoim mieszkaniu. Jego serce stanęło na kilka minut kiedy w kobiecie ze zdjęcia rozpoznał Hermionę. Spojrzał na datę jej wypadku. 16 grudnia…

wtorek, 6 października 2015

Prolog Sofii Potter - "Miłości się nie szuka"

Przedostatnia publikacja z cyklu "Promocji młodych autorek) :)
Prolog opowiadania Sofii Potter (Odwiedź tutaj!)
Zapraszam Was do przeczytania i skomentowania!
Pozdrawiam!


Venetiia N.


***

Mała dziewczynka o jasnych włosach i cerze płakała.
   - Pomocy!– krzyczała – Pomocy! Chcę do mamy!
  - Cicho bądź dzieciaku! Twoja matka ani wujaszek ci nie pomogą - krzyczał pijany mężczyzna. Nikt nie zwracał uwagi na krzyk dziecka, jakby się go bali.
  - Weasley! Puszczaj to dziecko!- krzyknęła brązowowłosa dziewczyna - Od razu jak cię zobaczyłam to cię poznałam. Rudy i głupi to przecież musi być Weasley! Zostaw to dziecko! - powiedziała, patrząc na zapłakaną dziewczynkę i wyciągnęła różdżkę, celując w stronę mężczyzny.
    -Ja mam się bać baby?! - prychnął, żałując tych słów, bo oberwał Drętwotą... Odleciał kilka metrów dalej, podniósł lekko głowę i powiedział  coś w stylu ''Jeszcze tego pożałujesz'', wstał i się aportował.
    - Dziecko? Nic ci nie jest? Jak się nazywasz? - spytała z troską i współczuciem jaką pierwszy raz ukazała drugiemu człowiekowi - Ja nazywam się Pansy a ty?
    - Sca...rle...tt...proszę..pa..ni. – powiedziała łkając i wycierając swoje oczka w koszulę jaką miała na sobie - Scarlett Emma Potter. - powiedziała już spokojnie
    - Harry ma dziecko...nie wierze tak szybko się pocieszył... tak szybko, uciekłam cztery lata temu, zostawiając go samego... miał prawo - myślała rozpaczliwie Pansy
    -Skarbie chodź zaprowadzę Cię do taty - powiedziała spokojnie wyciągając rękę do dziewczynki
    -Taty? - zapytała niepewnie dziewczynka z iskrami nadziei w oczach
   -Taty - powiedziała uśmiechając się szczerze do dziecka, co było dla niej wielkim zaskoczeniem. Rzadko się uśmiechała, nawet sztucznie - To chodź. - wyciągnęła obie ręce w stronę dziewczynki, chcąc wziąć ją na ręce. Dziewczynka szybko znalazła się na jej ramionach z uśmiechem. Szła do taty.
Po chwili teleportowały się do gmachu Ministerstwa. Panna Parkinson ruszyła do biura szefa Aurorów. Ale nie weszła do jego gabinetu, bo zobaczyła Harry'ego już na korytarzu.
    -Scarlett - podbiegł szybko do nich i odebrał dziecko od Pansy – Co ty tu robisz? Czemu płakałaś? Co się stało? - pytał tuląc dziewczynkę.
    -Weasley chciał  ją porwać, chyba... Zatrzymałam go... - odpowiedziała spokojnie Pansy. Widziała że twarz Wybrańca się zmienia –  Aportował się niedaleko Tamizy nad  którą się spotykaliśmy...
    - Okłamała mnie pani. – wtrąciła się w końcu Scarlett, z jej miny widać było, że zaraz się rozpłacze – Powiedziała pani, że zabierze mnie do taty..
Harry przytulił  małą jeszcze mocniej. Krzyknął do jednego z Aurorów, że mają szukać Weasleya niedaleko Tamizy i popatrzył na Pansy jakby zrobiła najgorszą rzecz w życiu. Na jego twarzy było widać smutek, a Pansy, nic nie rozumiejąc, ale widząc jaką krzywdę wyrządziła tej małej istocie, zacisnęła zęby i odwróciła się na pięcie do wyjścia.

piątek, 2 października 2015

Miniaturka urodzinowa Anny

Witajcie Kochani!

Dziś coś wyjątkowo - bo mamy wyjątkowy dzień :)
Dzisiaj są bowiem urodziny naszej kochanej bety Anny.
Aniu - Najlepsze życzenia, dużo uśmiechu, zadowolenia z życia, pozytywnego myślenia i spełnienia wszystkich Twoich marzeń!

Nasza kochana M. napisała specjalnie dla Anny z tej okazji bardzo fajną miniaturkę, którą Wam tu dziś prezentujemy. Miłej lektury dla Anny i Was wszystkich :)

Sto lat! :)

Venetiia.

Od M.

Bo urodziny to jak wypicie kolejnego kieliszka - lepiej się czujesz, gdy nie liczysz, ile ich masz na swoim koncie. A tak na poważnie - sto lat (nie będę śpiewała, bo nie umiem) i pamiętaj - martwić wiekiem będziemy się dopiero, gdy będziemy starsze od piramid :)
No po prostu nie mogłam się powstrzymać - i pamiętaj, teraz masz 18 (+2).
Wszystkiego najlepsiejszego :*





***

James Potter wszedł do swojego domu, marząc tylko o położeniu się do łóżka
u boku żony. Zobowiązał się do uczestnictwa w kolejnej misji, tym razem w zastępstwie Petera. Ostatnio jego przyjaciel często gdzieś znikał i nikomu nie mówił gdzie. Członkowie Zakonu twierdzili, że ma jakąś tajną misję. Był skłonny w to uwierzyć. Ostatnio ludzi było mniej niż zadań do wykonania. Zamknął cicho drzwi, nie chcąc obudzić rodziny
i z powrotem założył podstawowe zabezpieczenia. Przez moment serce biło mu szybciej, gdy zauważył bałagan w salonie. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że po podłodze rozrzucone są tylko zabawki jego syna, a czerwona plama na fotelu musi być dżemem albo keczupem. Harry zapewne znowu nie chciał jeść i dał to Lily wyraźnie do zrozumienia. Machnął różdżką, a w pokoju na powrót zapanował porządek.
Postanowił, że na razie nie będzie szedł spać ani budził żony. Chwila samotności
i ciszy dobrze mu zrobi. Opadł na fotel, czując, że zanim pójdzie pod prysznic, musi odzyskać choć trochę sił. Odchylił głowę do tylu, a na jego twarz wypłynął uśmiech. Udało im się odkryć jedną z kryjówek śmierciożerców. Nie było łatwo. Śledzili ich na zmianę tygodniami, ale dopięli swego. Cieniem na ich sukcesie kładło się tylko to, że kilka osób musiało się ujawnić jako członkowie Zakonu. Kwestią godzin było, kiedy wszyscy poplecznicy Czarnego Pana zostaną poinformowani, że trzeba bezwzględnie się ich pozbyć. Dobrze byłoby, by się ukryli, ale to nie wchodziło w grę. Miał świadomość, że gdyby to on musiał się ujawnić, nie dopuściłby do odsunięcia go od walki. Stałby
z podniesioną głową i patrzył śmierci w oczy, jak przystało na byłego Gryfona.
Z dość ponurych rozmyślań oderwał go dzwonek do drzwi. Od razu poczuł, jak adrenalina znów zaczyna krążyć w jego żyłach. Po chwili stał przed drzwiami, trzymając
w dłoni różdżkę, gotów bronić się przed potencjalnym atakiem.
- Kto tam? - zapytał szeptem, nie chcąc budzić żony.
- Syriusz Black - odpowiedział znajomy głos. Zwalczył w sobie ochotę natychmiastowego otwarcia drzwi. W tych czasach nie można było ufać nikomu.
- Jesteś animagiem? - zadał pierwsze pytanie, przełykając ślinę. Odliczał sekundy do odpowiedzi. Zbyt długie milczenie mogło wskazywać na wahanie, a to - na możliwość ataku. Raz, dwa…
- Tak. - Głos Syriusza był wyważony i spokojny.
- Jaka przyjmujesz postać? - Zacisnął mocniej palce na różdżce. Nie znosił takiego przepytywania. Dopiero przypadek dalszej rodziny Hestii Jones skutecznie przekonał go, że jest to konieczne.
- Pies - padła ostatnia odpowiedź po drugiej stronie drzwi. James opuścił różdżkę
i otworzył drzwi. Spojrzał na przyjaciela, którego od lat traktował jak brata, a potem odsunął się, by wpuścić go do mieszkania. Syriusz miał jednak inne plany. Chwycił go
w ramiona i przycisnął do siebie. Brunet lekko nieporadnie odwzajemnił jego gest, dobrze rozumiejąc, dlaczego to zrobił. Zazwyczaj unikali tak bliskiego kontaktu fizycznego, uznając go za bardziej zarezerwowanego dla kobiet. Wojna znosi jednak wiele tabu. Zapewnianie gestami, że wszystko jest w porządku to tylko jeden z przykładów.
- Byleś na misji, prawda? - zapytał po chwili Syriusz, gdy siedzieli w fotelach w salonie.
- Tak - westchnął James, przeczesując palcami włosy. Pod oczami miał cienie, które dodatkowo pokrywała cieniutka siatka pierwszych zmarszczek.- Zastąpiłem Petera, poprosił mnie o to. Znowu.
- A czy ty przypadkiem nie idziesz jutro do pracy? - zmarszczył brwi towarzysz jego szkolnych psot.
- Idzie - odpowiedziała Lily, schodząc na dół i dołączając do mężczyzn. Na rękach trzymała śpiącego Harry’ego. - Ale wiesz, jaki jest. Nikt go nie przekona, że powinien czasami odpuścić. - Choć obaj mężczyźni wyczuwali w jej glosie lekką pretensję, Syriusz dostrzegł również bezwarunkową miłość do męża i dumę z jego działań.
- Cały James - wskazał na Harry'ego, który właśnie się obudził i uśmiechnął do niego, pokazując dziąsła. - Wujek coś dla ciebie ma - powiedział z uśmiechem, przyglądając się chłopcu, który wyglądał jak wykapany James. Z wyjątkiem oczu. Te miał po matce.
- O nie, Syriuszu, chyba nie kupiłeś mu tej dziecinnej miotełki? - jęknęła Lily.
- Nie kupiłem - wyszczerzył się w uśmiechu, który za czasów szkolnych powodował, że niejedna dziewczyna straciła dla niego głowę. - Jest jeszcze za małym chłopcem, by na niej latać, a ja jestem odpowiedzialnym ojcem chrzestnym, przecież o tym wiesz.
- Ty i odpowiedzialność to jak Snape i szampon - parsknął śmiechem James, który dzięki obecności przyjaciela zapomniał o zmęczeniu.
- James! - skarciła go Lily, robiąc oburzoną minę.
- Przepraszam - powiedział mężczyzna, posyłając jej ostrożny uśmiech. Jego rudowłosa ukochana wciąż była przewrażliwiona na punkcie swojego byłego przyjaciela. - Musisz jednak przyznać, że… - urwał, widząc, jak żona otwiera usta. Mógł się z nią drażnić, ale za kłótniami nie przepadał.
- Syriusz, a ty kiedy masz zamiar się ustatkować? - zażartowała, dobrze wiedząc, że ich przyjaciel nie ma żadnej dziewczyny na oku.
- Ależ ja jestem ustatkowany, i to bardzo - obruszył się brunet, powodując wybuch śmiechu. Harry skrzywił się i wybuchnął płaczem. Matka zaczęła go kołysać, chcąc, żeby się uspokoił. Chrzestny pochylił się nad nim, wyciągając z kieszeni jakąś grzechotkę
i podał ją chłopcu, który od razu zaczął się nią bawić. Tylko James usłyszał cichy dzwonek do drzwi. Wyszedł z salonu, aby wpuścić niespodziewanego gościa, zostawiając żonę sam na sam z przyjacielem. Po plecach przebiegł mu dreszcz, choć intuicja podpowiadała mu, że nie jest to ktoś, kto mógłby im zagrozić. Zaufanie było towarem deficytowym
i przeznaczonym tylko dla najbliższych.
- Kim jesteś i czego chcesz? - zapytał, szukając w kieszeni różdżki. Zapomniał, że zostawił ją na stoliku w salonie.
- Albus Dumbledore - przedstawił się stojący za drzwiami czarodziej.
- Jaka jest moja największa tajemnica? - zapytał, wciąż nie mogąc odnaleźć różdżki. Ręka mu się zatrzęsła, gdy przez dłuższą chwilę panowała cisza, a on zdał sobie sprawę, że jest bezbronny.
- Posiadasz pelerynę-niewidkę, która jest przekazywana z pokolenia na pokolenia - odpowiedział dyrektor Hogwartu spokojnie. Potter otworzył drzwi, wpuszczając go do środka. - Dobry wieczór - przywitał się.
- James, kto to? - zawołała z salonu Lily. Nie zdążył odpowiedzieć. Siwowłosy mężczyzna ruszył w stronę pomieszczenia, z którego dobiegał głos. - Pan profesor - ucieszyła się, gdy tylko go zauważyła.
- Dobry wieczór - powtórzył. Zza jego pleców wychynął James, który zabrał syna z rąk żony i usiadł na sofie obok przyjaciela. - Lily, Syriuszu - skinął im głową, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Coś się stało? - zapytał Łapa, poważniejąc.
- Wręcz przeciwnie - stwierdził. - Chciałem ci pogratulować sprawnego poprowadzenia misji - zwrócił się do Jamesa. - Udało ci się wykonać zadanie.
- Ale przecież musieliśmy ujawnić ludzi… - powiedział brunet, a w jego oczach pojawiło się niezadowolenie z samego siebie.
- Nieprawda - pokręcił głową Dumbledore, który nawet nie usiadł. Stał w drzwiach, oparty o framugę i wciąż uśmiechał się dobrotliwie. - Od naszego kontaktu wiem, że nic takiego nie miało miejsca. Poplecznicy Czarnego Pana nawet się nie zorientowali, że pogubiliście maski i kaptury. Gratulacje. - Odwrócił się do Lily. - Możesz być z niego dumna.
- Jestem - powiedziała z uśmiechem. - Jestem - powtórzyła, jakby to miało podkreślić wagę jej słów.
- Nie będę wam zajmował więcej czasu. Należy wam się spokojny wieczór – przyznał dyrektor, któremu spieszyło się, by wrócić do zamku. Pozostawienie go na dłuższy czas, pozbawionego ochrony, jaką gwarantowała jego osoba, nie było dobrym pomysłem. Chciał jednak przekazać Jamesowi dobre wieści i przy okazji sprawdzić, jak się mają. Wiedział, że nie jest łatwo i że często nadrabiają miną, mówiąc mu, że wszystko jest w porządku.
- Może pan z nami zostać, będzie nam miło - zaproponowała ruda.
- Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia - zaoponował. - Dobranoc, kochani. - Z tymi słowami wyszedł z pomieszczenia, ukrywając pod gęstą brodą szeroki uśmiech.
W przedpokoju usłyszał, jak Syriusz opowiada jakiś dowcip, a Lily i James wtórują mu śmiechem. Spojrzał na ich cienie, tańczące w nikłym świetle małej lampki i nagle poczuł przypływ nadziei, która miała mu dać siłę na kolejne dni walki z siłami zła. Życzył im wszystkim jak najlepiej, bo ich odwaga działała cuda.
Przecież pewnego dnia ta okrutna wojna dobiegnie końca, a wówczas wszyscy będą mogli żyć normalnie, bez konieczności ukrywania się i działania w tajnych stowarzyszeniach.

***

- I co mi dasz w zamian, Severusie? - zapytał Dumbledore, nie okazując, jak bardzo wstrząsnęło nim to, czego się dowiedział. Czarnowłosy mężczyzna wykrzywił wargi
w czymś, co od biedy można było nazwać ironicznym uśmiechem. Milczał chwilę, myśląc intensywnie, co może ofiarować dyrektorowi.
- Wszystko - powiedział w końcu, czując, że i tak nie zostało mu nic.

***

Dumbledore szybkim krokiem opuścił Hogwart, wcześniej rzucając na siebie zaklęcie zwodzące. Musiał powiedzieć Lily i Jamesowi, czego się dowiedział. Nie mógł tego przed nimi ukrywać, choć jednocześnie próbował przesunąć to w czasie. Robił to, bo miał wtedy wrażenie, że widmo śmierci, które pojawiło się nad rodziną Potterów, jest trochę mniej realne.
Teleportował się pod ich dom. Gdy wylądował, jego ciało przeszył zimny dreszcz. Przeniósł spojrzenie z przydrożnej latarni na okno młodej rodziny i z bólem w sercu zauważył, że bawią się we trójkę, a mały Harry raz po raz wybucha śmiechem, widząc kolorowe iskry wydobywające się z różdżki. Wolnym krokiem podszedł do drzwi, zwalczając w sobie ochotę do ucieczki. Po raz kolejny pożałował, że w zasadzie to on kieruje wojną z Voldemortem. Pełnienie tej funkcji powodowało, że to on musiał przekazywać złe informacje swoim podopiecznym. Nie mógł zrzucić tego na kogoś innego. Zdjął z siebie zaklęcie, które czyniło go niewidzialnym i zapukał do drzwi. Niemalże natychmiast zmaterializował się przy nich James i zaczął mu zadawać pytania, które miały sprawdzić jego tożsamość. Odpowiadał cierpliwie, ciesząc się, że Potter w końcu zrozumiał, że bezpieczeństwo jest najważniejsze. Uśmiechnął się pod swoją długą, białą brodą. Odkąd jego ulubieniec związał się z Lily, zaszło w nim wiele zmian, oczywiście na lepsze.
- Dobry wieczór, profesorze - przywitał się brunet, wciąż mając na twarzy szeroki uśmiech. Od razu dostrzegł niespokojny wyraz oczu swojego byłego nauczyciela i również spoważniał. - Czy coś się stało?
- Dobry wieczór, James - odpowiedział, siląc się na spokój. - Przejdźmy do salonu. - Czuł się źle, ale nie miał wyjścia. To przecież dla ich dobra. Usiadł w fotelu. Lily posłała mu uśmiech, bardziej zajęta kołysaniem syna.
- Cześć, profesorze - powiedziała, siadając na oparciu sofy. Jej ton był lekki i pełen radości. Poczuł wyrzuty sumienia na myśl o tym, że zaraz zburzy jej szczęście.
- Lily… James… - zawiesił głos, szukając sposobu, jak ubrać ogrom niebezpieczeństwa
w miarę proste słowa, aby zanadto ich nie przestraszyć. Słuchając słów dyrektora, kobieta drżącymi rękami przełożyła syna do łóżeczka. Potem zajęła miejsce koło męża, a on chwycił ją za dłoń i uścisnął mocno. Oboje byli bladzi, choć na ich twarzach widniała determinacja. Chcieli żyć i, choć nie mieli czasu, aby to ustalić, podjęli decyzję, że zastosują się do środków bezpieczeństwa, jakie zaproponował im Dumbledore.
Gdy tylko siwowłosy mężczyzna opuścił ich mieszkanie, między małżonkami zapanowała cisza. Lily schowała twarz w dłoniach. Jej mąż zastanawiał się, co ma zrobić, aby zapewnić najbliższej rodzinie spokój.
- James? - powiedziała nagle, unosząc głowę. W kącikach oczu dostrzegł kilka łez. - Co teraz będzie?

***

W salonie Potterów siedziały cztery osoby. Panowała uroczysta cisza.
- Syriuszu - powiedziała Lily, uśmiechając się do przyjaciela. - Chcielibyśmy prosić cię, żebyś został naszym Strażnikiem Tajemnicy. - Na ich prośbę Dumbledore poinformował go o zagrożeniu, jakie nad nimi wisiało od strony Voldemorta. We dwójkę podjęli decyzję, że jest on ich najbardziej zaufanym znajomym i że to on powinien strzec ich sekretu. Łapa przełknął ślinę. Spodziewał się tego i wiedział, że nie może się zgodzić.
- Nie ma mowy - zaprotestował. Na twarzy Jamesa zagościła uraza. Od razu zaczął się krygować, widząc, że i Lily jest przykro. Zupełnie jakby zdradził ich zaufanie. - Wszyscy wiedzą, że jestem waszym przyjacielem. Jeśli nagle znikniecie, wszyscy będą wiedzieli, że ja jestem Strażnikiem. Moim zdaniem powinniście wybrać kogoś, kto będzie mniej oczywisty. - Dumbledore pokiwał głową, zgadzając się z argumentami Łapy.
- Lupin? - zapytał James, marszcząc brwi. Niezbyt podobało mu się, że kto inny miałby odpowiadać za ich życie.
- Nie - odpowiedział Syriusz. - Peter.

***

- Jesteś pewny, że to dobry pomysł? - zapytała rudowłosa ukochanego, patrząc
z wewnętrznym niepokojem na jednego z przyjaciół męża i dyrektora. Żaden z nich nie podzielał jej wątpliwości.
- Zaufajmy mu - powiedział spokojnie James. - To mój przyjaciel.
- Dobrze więc - zgodziła się, odsuwając niepokój na bok. Miała całkowitą ufność w słowa męża. Przecież wiedział, co robi. Patrzyła, jak najpotężniejszy czarodziej w Anglii deponuje tajemnicę ich miejsca zamieszkania w duszy Petera Pettigrew. Mimowolny niepokój wciąż nie opuszczał jej duszy, zrzuciła to jednak na strach przed Voldemortem. Przecież ich przyjaciel na pewno dotrzyma słowa.
Legendarną czwórkę Huncwotów przede wszystkim cechowała wzajemna lojalność.
Nie było czym się martwić.

***

Tydzień później
Niski, lekko posiwiały czarodziej stał przed swoim panem w niskim ukłonie
i czekał, aż ten udzieli mu głosu.
- Czego chcesz, Glizdogonie? - zapytał w końcu Lord, nawet na niego nie patrząc.
- Mój panie… - urwał nagle, jakby rozważając konsekwencje swojej decyzji.
W rzeczywistości jednak chciał wykazać się jak największym opanowaniem, zdradzając swojemu panu największy z możliwych sekretów.
- Mów - nakazał mu zimny głos. Mężczyzna wziął głęboki oddech.
- Wiem, gdzie mieszkają Potterowie - powiedział, mając nadzieję, że w końcu zasłuży sobie na zaufanie i Mroczny Znak, którego otrzymanie było największą nagrodą dla każdego śmierciożercy. Wyjawił szeptem adres zamieszkania przyjaciół.
Zaklęcie Fideliusa, rzucone na jeden z mniejszych domków w dolinie Godryka, właśnie przestało działać.
- Dobrze więc - syknął Czarny Pan, wstając z fotela i poruszając swoją szatą zamaszyście. - To się stanie dzisiaj. - Jego zimny głos odbił się echem od ścian pomieszczenia pozbawionego mebli. Glizdogona przeszedł zimny dreszcz, jednak na wyrzuty sumienia było już za późno. Lord Voldemort opuścił pomieszczenie, pogrążony w myślach. Miał konkretny cel i obiecał sobie, że nie dopuści, aby coś stanęło mu na drodze.
W tym samym czasie Lily Potter zerknęła na wiszący w kuchni kalendarz. Wskazywał 31 października 1981 roku.