piątek, 23 stycznia 2015

Miniaturka Haley - "Bankruci"



Witajcie w kolejny piątek! :)

Dziś prezentuje Wam coś bardzo ciekawego, co mnie osobiście wydaje się bardzo oryginalne w świecie dramione :) A mianowicie jest to miniaturka autorstwa Haley (autorki bloga: http://draco-hermiona-love-after-hate.blogspot.com/) pt:"Bankruci". Myślę, że wielu z Was może spodobać się nieszablonowa fabuła :) Bardzo, bardzo Was proszę o komentarzę. Bez nich sens tego bloga znika, a naprawdę szkoda, bo mamy rezerwacje na publikacje, aż do połowy marca! Jeśli ktoś jeszcze chciałby już teraz zarezerwować sobie termin dla swojej twórczości to proszę o kontakt pod adresem: venetiia.noks@gmail.com. Pozdrawiam Wszystkich!

Venetiia


PS. Z boku powstał spis treści waszych pracy.
Wielu z Was pyta co z moimi miniaturkami. Mam pomysł na co najmniej cztery kolejne, ale w przyszłym miesiącu przeniosę swoją twórczość na "Gdy jesteśmy sami..." i to tam od tej pory będą tylko moje publikacje. Tutaj jest miejsce dla Was :) Zapraszam wszystkich chcących się wyżyć literacko :)

***

- Wal się, Wilkins! - zmrużyłam oczy patrząc na mojego towarzysza z obrzydzeniem. Siedzieliśmy w obskurnej spelunie w Hogsmeade. Gospoda pod Świńskim Łbem była przy tym miejscu ekskluzywną restauracją. Odrapane ściany i wytarta podłoga sprawiały wrażenie nigdy nie mytych, ani odnawianych. Stoliki, mimo że były przykręcone do podłoża, chybotały groźnie z każdym krokiem stawianym gdzieś w pobliżu. John Wilkins popijał piwo w szklance, która wyglądała jakby nigdy nie była myta, ja ledwo przełykałam tu ślinę.

- Grzeczniej, Granger. Dawaj kasę - mruknął oblizując usta. Piana ubrudziła mu przydługą brodę, sprawiając, że mężczyzna wyglądał jeszcze bardziej obleśnie niż zwykle. Jego małe, szczurze oczka przyglądały mi się z dziwnym błyskiem, przez który przechodziły mnie ciarki na plecach. Z westchnieniem rzuciłam w jego stronę czerwoną sakiewkę. Złapał ją i ułożył w dłoni.

- Za mało - warknął.

- Nie mam więcej, Wilkins. Oddałam ci wszystko - niemal wyplułam te słowa. Nie chciałam przebywać w tym miejscu ani chwili dłużej, marzyłam by wrócić do domu i zakopać się pod kołdrą. John podrapał się po głowie okrytej czerwoną bandamką, a potem uśmiechnął się do mnie, szczerząc trzy zęby jakie miał. Przygryzłam usta, żeby ukryć odruch wymiotny.

- Mam dziś dobry humor, więc znaj moją dobroć. Masz czas do końca miesiąc, później będziemy rozmawiać inaczej. Pamiętaj, że Baransky zawsze odzyskuje swoje pieniądze! - dopił piwo i odstawił kufel z głośnym hukiem. Posyłając mi groźne spojrzenie, wstał i ruszył w stronę wyjścia. Nie zapłacił za swoje piwo. Z kieszeni jeansowej katanki wyjęłam ostatniego galeona, którego z westchnieniem rzuciłam na stolik. Będąc już na zewnątrz wyjęłam z torebki paczkę papierosów i odpaliłam jednego. Potrzebowałam się odprężyć, ręce wciąż mi drgały, a nogi miałam jak z waty. Merlin mi świadkiem, nie wiem dlaczego zaciągnęłam pożyczkę na mieszkanie u tych bandziorów. Owszem, potrzebowałam pieniędzy na start, ale co mi przyszło do głowy, by brać pieniądze u tej szajki? Nie miałam pojęcia skąd do końca miesiąc załatwię 40.000 galeonów, to było nierealne. Pracowałam w małej księgarni na Pokątnej i zarabiałam tyle, że ledwo starczało mi na rachunki i jedzenie. I pomyśleć, że jeszcze rok temu mieszkałam w pięknym domu z basenem. Pieprzona giełda. Nigdy więcej! Rzuciłam niedopałek do pobliskiej kałuży, rozłożyłam parasolkę i ruszyłam w stronę parku. Idąc w tamtym kierunku, usłyszałam dziwne krzyki, które sprawiły, że przeszły mnie dreszcze. Serce waliło mi jak młotem, a rozum kazał uciekać, ale moja gryfońska natura zwyciężyła, więc wyciągnęłam różdżkę i ruszyłam w tamtym kierunku. Głosy dochodziły zza krzaków, musiałam przejść spory kawałek trawnika, by tam dotrzeć. Obcasy wbijały mi się w ziemię, przez co szłam dużo wolniej, a rajstopy w momencie zrobiły się mokre. Przeklęłam w myślach.

- Jesteś nic nie wartym śmieciem! Tacy jak ty powinni wąchać kwiatki od spodu, słyszysz gnido?! - usłyszałam głos, od którego włosy zjeżyły mi się na karku. Miałam ochotę zawrócić i uciec, ale odgłosy kopania ludzkiego ciała sprawiły, że nie mogłam się ruszyć. Ktoś tam leżał i potrzebował pomocy.

- Zostawcie mnie, wy mendy jedne! - wychrypiał leżący. Bardziej żałosnego i przepełnionego fizycznym bólem głosu, jeszcze nigdy w życiu nie słyszałam. Zrobiło mi się okropnie żal mężczyzny i postanowiłam mu pomóc. Wycelowałam w nich różdżką i podeszłam bliżej.

- W tej chwili go zostawcie! - krzyknęłam, pragnąc by mój głos brzmiał twardo i zdecydowanie. Obaj natychmiast odwrócili się w moją stronę i ryknęli śmiechem. Ten grubszy, w podartych jeansach i flanelowej koszuli dźgnął łokciem swojego kumpla.

- Słyszałeś, Peet? Ta ślicznotka kazała nam stąd zjeżdżać...

- Taaa... - mruknął ten drugi. Zza skórzanej kamizelki wyjął nóż, którym dotknął swojego czoła, a potem skierował go w moją stronę. Musiałam zmusić swoje ciało do zdecydowanej postawy, tak żeby nie zauważyli jak bardzo się bałam.

- Natychmiast stąd odejdźcie, albo rzucę w was klątwę! - zagroziłam. Oddychałam coraz ciężej, a różdżka jakby parzyła moje dłonie. Peet rozciął leżącemu ramie swoim nożem, a grubas kopnął go w brzuch, po czym nachylił się nad nim i rzekł:

- Podziękuj ładnie tej małej dziwce, bo dziś uratowała ci skórę... Zapamiętaj nasze twarze, śmieciu. Odezwiemy się wkrótce. I pamiętaj, przed nami nie ma ucieczki... - Peet schował nóż do kieszeni i razem z kolegą ruszyli przed siebie, nie oglądając się nawet na nas. Minęła długa chwila nim doszłam do siebie, a pobity facet w tym czasie przeniósł się na pobliską ławkę i spuścił głowę w dół. Między jego nogami widziałam sporą kałużę krwi. Przysiadłam obok niego i wyciągnęłam w jego stronę paczkę z papierosami, z której wyjął jednego i włożył do ust.

- Wybacz, mam tylko cienkie - powiedziałam podając mu zapalniczkę. Zaciągnęłam się dymem i oparłam o ławkę. Mężczyzna odpalił swojego papierosa i spojrzał na mnie.

- Dzięki. Za papierosa i za ratunek...

- W niezłe gówno się wpakowałeś, Malfoy, co? - odparowałam, kiedy zorientowałam się kto siedzi koło mnie. Prychnął pod nosem, kiedy i on mnie rozpoznał.

- Kto by pomyślał, że kiedyś uratuje mnie przyjaciółka Potter'a - zakpił. Przewróciłam oczami.

- I co teraz? - zapytałam wydmuchując dym w bok jego twarzy.

- Jak to co? Ty wrócisz do swojego idealnego domku z basenem, włączysz jakąś arię operową na gramofonie, nalejesz sobie kieliszek czerwonego wina z 1785 roku i zjesz roladę z łososia. Ja tymczasem wrócę do mojej małej kawalerki, za którą nie płacę od trzech miesięcy, wypiję najtańsze piwo prosto z puszki i słuchając kłótni latynoskich sąsiadów, usiądę na parapecie i pomyślę skąd, u diabła, wytrzasnąć zaległą forsę - wzdychnął, opierając się o drewniane oparcie.

- Ile im wisisz? - spytałam, rzucając niedopałek przed siebie. Spojrzał na mnie z miną "Co cię to obchodzi?" i prychnął.

- Nie mów, że to cię interesuje... ale skoro pytasz, wiszę im 80.000 galeonów. Co ty na to?

- Dwa razy tyle... - szepnęłam sama do siebie, ale Malfoy i tak usłyszał. Zaczął się histerycznie śmiać, sprawiając, że spojrzałam na niego, jak na wariata.

- Czy ja dobrze zrozumiałem? Granger zbankrutowała? - spojrzał na mnie wyczekująco, a ja pomyślałam o tych wszystkich pieniądzach, które Ministerstwo Magii wypłaciło mi za zasługi wojenne. Takiej kwoty nigdy wcześniej, ani nigdy później już nie widziałam. Kupiłam sobie piękny dom, o którym wspomniał Malfoy, wybudowałam na podwórku basen. Nosiłam ubrania od najlepszych projektantów, a przemieszczałam się najnowszym modelem Audi. Co mi odwaliło, by zainwestować pieniądze na giełdzie? Straciłam wszystko szybciej niż kupowałam buty, a długi zaczęły rosnąć. Musiałam sprzedać dom i samochód, by spłacić zadłużenie. W ten sposób zostałam z niczym. I właśnie wtedy poznałam Wilkinsa, zapijałam smutki w Dziurawym Kotle, a on przysiadł się do mnie i przysunął w moją stronę wizytówkę swojego szefa. Prychnęłam widząc na niej napis: BARANSKY. POŻYCZKI BEZ KŁOPOTÓW. Ale następnego dnia zadzwoniłam, zaraz po tym jak wywalono mnie z motelu, bo nie miałam z czego zapłacić za nocleg. Szkoda, tylko, że ich hasło marketingowe mijało się z prawdą. Kłopotów miałam dużo, w większości ze strony Baransky'ego i jego bandy.

- Wal się, Malfoy - prychnęłam. Znowu sięgnęłam po papierosy, częstując nimi także blondyna. Złapał jednego i zaczął obracać go w palcach. Ja w tym czasie odpaliłam swojego i podałam mu zapalniczkę.

- Co się stało, że masz takie długi? - opowiedziałam mu moją historię, a on zagwizdał zdziwiony. W odwecie ja spytałam o jego problemy.

- Granger, nasze historie nie różnią się bardzo. Opowiem ci. Był piękny, słoneczny dzień, kiedy przystojny Malfoy Junior wybrał się..

- Widzę, że humor się ciebie trzyma, dupku. Przejdź do sedna.

- Ech, po prostu przegrałem cały majątek w kasynie, okej? Potem jakiś typ zaproponował mi pomoc w postaci pożyczki. Miałem postawić wszystko i wygrać. Przegrałem. Koniec historii.

- Jesteś debilem, Malfoy - skwitowałam.

- I mówi to ta, która bez doświadczenia zainwestowała na giełdzie. Chodź, Granger. Pokażę ci moje nowe luksusy.

- Dzięki, mam swoje - odparłam, chowając papierosy do torebki.

- Mam małe radio - targował się.

- A ja ekspres do kawy, no i?

- Wygrałaś, idziemy do ciebie.

Sama nie wiedziałam dlaczego właśnie piłam kawę z Malfoy'em. Nienawidziliśmy się odkąd sięgam pamięcią, a teraz siedzimy w mojej kawalerce, w której mieści się tylko kanapa, jeden fotel i stolik do kawy. Pijemy kawę, która jest tak paskudna, że niemal staje w gardle, ale była najtańsza. Nie miałam nawet żadnych ciastek, które mogłabym wyjąć na stół.

- Co my tak właściwie robimy? - zapytałam w końcu, kiedy zdążył obejrzeć z miejsca całe moje mieszkanie. Poliki paliły mnie żywym ogniem, a ja próbowałam ukryć swój wstyd, że upadłam tak nisko, za kubkiem kofeinowego napoju.

- Pijemy kawę? - odpowiedział pytaniem na pytanie. To jego lekkie podejście do życia, do kłopotów bardzo mnie irytowało. Odstawiłam kubek na ławę i spojrzałam na niego ze złością.

- Pytam poważnie, dupku! Siedzimy i pijemy pieprzoną kawkę, chociaż oboje mamy nóż na gardle! Tworzymy koło wzajemnej adoracji? Mam przynieść nici i jakieś szmatki? Może zaraz zaczniemy je wyszywać, co? - dałam upust emocjom, które od wielu miesięcy się we mnie kumulują. Nie, to nie był szczyt moich możliwości. Malfoy był moim gościem, więc musiałam zachowywać się jak na gospodynię przystało, a wyżywanie się na gościu, do tego się nie zaliczało.

- Łooooł, Granger! Wyluzuj. Skąd takie słowa u słynnej panny Wiem-To-Wszystko? - na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek, który w tym momencie miałam ochotę mu zetrzeć. Najlepiej nożem do otwierania kopert. Zamknęłam oczy i potarłam powieki.

- Słuchaj, możemy sobie wzajemnie pomóc - wyszeptał, a potem opowiedział mi jego genialny pomysł. Godryku, i znowu ten jego zasrany optymizm! Czy on postradał wszystkie zmysły, jeśli myśli, że to może się udać?

- To nie ma prawa się udać, Malfoy.

- Spróbuj, przecież nic nie tracisz - puścił mi oczko.

- Nadal nie jestem przekonana...

- Do ciężkiej cholery, Granger! Za miesiąc musimy oddać nasze długi, inaczej będzie z nami źle. Masz jakiś inny pomysł?

- Merlinie, będę tego żałowała... Zgoda, niech ci będzie, Malfoy - nie wierzyłam, że w to weszłam. Nie miałam już nic do stracenia, jednak miałam sporo wątpliwości, słusznych, czy też nie, miałam się o tym przekonać już wkrótce.

- Świetnie. Sprzedajemy twoje mieszkanie! - zawyrokował.

- Co, dlaczego moje? Moje jest przytulniejsze, większe i... czystsze! - krzyknęłam oburzona.

- Z tym ostatnim nie mogę się nie zgodzić. Ok, w takim razie jutro się do ciebie wprowadzam - po prostu wstał i wyszedł. Nawet nie odprowadziłam go do drzwi, bo i po co? Usnęłam w ubraniach, nawet się nie kąpiąc. Następnego dnia, Malfoy obudził mnie już z samego rana, bezczelnie wtargając do mojego mieszkania. Miał ze sobą niewielką torbę i jeden mały karton.

- Fuj, Granger. Wykapałabyś się... - pokazałam mu środkowy palec i ruszyłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, włosy podpięłam opaską i założyłam miętową sukienkę do kostek. Była to ostatnia rzecz jaką kupiłam sobie od Kate Spade. Delikatne perełki zdobiły jej całkiem spory dekolt, a na plecach, tuż nad rozcięciem w kształcie łzy, przyszyta była kokarda. Szyję prysnęłam perfumami Versace Versus, których zostało mi już tylko na kilka użyć. Z ciężkim sercem schowałam buteleczkę do szafki nad zlewem i wyszłam do gościa.

- Od razu lepiej. Dziś przyjdą oglądać tę ruderę, jeśli ją sprzedamy, to będziemy mogli wdrążyć plan w życie. Masz, twoje dokumenty - podał mi dowód osobisty i paszport. Zerknęłam na nie i skrzywiłam się.

- Serio, Malfoy? Alison Black? Nie popisałeś się oryginalnością... - wzruszył ramionami. Zerknęłam w jego dokumenty, kiedy położył je na ławie i ruszył do kuchni. Otworzył lodówkę, ale zaraz ją zamknął, widocznie przestraszył się panującej tam pustki.

- Nie masz nic do jedzenia?

- Och, Caleb! Tak cię przepraszam, pysiaczku! Zasiedziałam się dziś u Mary i nie zrobiłam zakupów. Wiesz jaką piękną sofę kupiła do salonu? W życiu nie widziałam piękniejszej! Misiu, my nie możemy być gorsi, musimy mieć jeszcze ładniejszą! - niemal tupnęłam nogą. Malfoy spojrzał na mnie z politowaniem.

- Nieźle, Granger. To na prawdę ma szansę się udać!

Tydzień później siedziałam na pokładzie samolotu do Nowego Jorku i wciąż nie mogłam w to wszystko uwierzyć! Bilety kupiliśmy za pieniądze, które Malfoy dostał za sprzedaż mieszkania. Resztę zabraliśmy ze sobą, by wdrążyć plan w życie. Nie było tego zbyt wiele, ale jeśli udałoby nam się dobrze nimi gospodarować, na pewno by starczyło na wszystko. Tylko, o ironio, czy dwoje bankrutów, którzy stracili swoje majątki, mogło zarządzać tak małą sumą, by przeżyć i jeszcze wyjść z tego na plusie? Nie chciałam studzić Malfoy'owi jego entuzjazmu, dlatego siedziałam cicho. Patrzyłam w okno i zastanawiałam się jak to wszystko się potoczy, kiedy głos stewardessy oznajmił, że lądujemy za dziesięć minut.

Nowy Jork był brzydszy niż myślałam. Równie ponury jak Londyn i tylko zarys Statuy Wolności sprawiał, że wiedziałam gdzie jestem. Wynajęliśmy sobie mały domek, w którym mieliśmy zamieszkać na czas pobytu w Ameryce. Mały, ale przytulny. W środku była jedna sypialnia, mała kuchnia, łazienka i salonik, w którym stała zniszczona, wytarta kanapa i pusty regał na książki. Nie było pieniędzy żeby coś tu zmienić, zresztą, nie było też sensu, bo i po co? To tylko chwilowe mieszkanie, wmawiałam sobie. Rozpakowując swoje ubrania do rozwalającej się komody, z całej siły powstrzymywałam łzy. Nie chciałam płakać, jednak na widok uschniętej paprotki stojącej w rogu pokoju, rozkleiłam się jak mała dziewczynka.

- Granger, nie widziałaś mojego... - widząc mnie beczącą, skuloną na łóżku i rzucającą obelgami w stronę komody, Malfoy cofnął się i wrócił do salonu. Tego dnia więcej już się nie widzieliśmy. Spał w salonie, a ja z sypialni wyszłam dopiero następnego dnia, kiedy wypłakałam wszystkie żale. Z nową energią wzięłam szybki prysznic, założyłam błękitne szorty, białą, luźną koszulkę i sandałki na koturnie. Włosy spięłam w wysokiego koka, a rzęsy musnęłam tuszem. Malfoy smażył jajecznicę.

- Witaj, Ali. Zjesz ze mną? - zapytał.

- Co?

- No dalej, Granger. Musimy grać, żeby się przyzwyczaić do nowej roli. Nie możemy palnąć żadnej gafy - mówiąc to nałożył jajka na talerz i podał mi do ręki. Mruknęłam coś w podziękowaniu i siadłam na kanapie. Śniadanie, choć nie wykwintne, było całkiem smaczne.

- Dzisiaj musimy założyć sobie konta w banku. Umówiłem nas na spotkanie w tej sprawie o 12:00 - kiwnęłam głową, że rozumiem i odpłynęłam w myśli. Ocknęłam się, gdy poczułam czyjąś rękę na ramieniu.

- ... się, ty głupia krowo! - warknął Malfoy. Spojrzałam na niego nic nie rozumiejąc. Westchnął.

- Prosiłem cię, żebyś się przesunęła, do ciężkiej cholery! Ta kanapa jest bardzo mała, a ty rozwaliłaś się na niej jak na leżaku. No dalej, na Salazara!

- Dlaczego po prostu jej nie powiększysz za pomocą zaklęcia, dupku?

- Merlinie, Granger, czy ty na prawdę jesteś taka durna, czy tylko udajesz? Nie możemy używać magii, żeby nikt nas nie namierzył. Po pierwsze, udajemy małżeństwo Black'ów, a po drugie nasi przyjaciele od długów siedzą nam na ogonie, a ja nie mam ochoty na ich towarzystwo, póki nie załatwimy kasy. Chciałbym ci tylko przypomnieć, że Alison i Caleb Black nie istnieją i dziwne by było, gdyby tutejsze Ministerstwo zarejestrowało czary rzucane przez Black'ów, z różdżek Granger i Malfoy'a.

- Dobra, po prostu zapomniałam...

- Nie słuchałaś mnie, kiedy ci to tłumaczyłem - wytknął, a ja nie mogłam zaprzeczyć. Pusty talerz postawiłam na ławie i odpaliłam papierosa. Malfoy w szybkim tempie zjadł swoją porcję, a talerz postawił na moim.

- Ty zmywasz - rzucił, a ja przeklęłam go w myślach. Wyjął mi z dłoni mojego papierosa, tym samym zmuszając mnie do sprzątnięcia. Niechętnie skierowałam się w stronę kuchni, by umyć naczynia.

Wychodząc z banku postanowiliśmy wstąpić do małego marketu po zakupy. Chleb, masło, dżem, mleko i woda. Gdzie, na Merlina, podział się łosoś, kawior, szpinak i szampan? Na obiad zamówiliśmy pizzę, którą zjedliśmy oglądając American Horror Story.

- Przypominasz mi Constance - zawyrokował, a ja zerknęłam na niego krzywo. Spojrzałam na ekran, gdzie owa bohaterka stała u podnóża schodów i paląc papierosa przyglądała się powieszonemu mężczyźnie ze stoickim spokojem. Na jej twarzy widniał pełen kpiny uśmiech. Czy na prawdę byłam do niej podobna?

- O co ci chodzi? - usiadłam na dłoni, która świerzbiła mnie, by uderzyć w twarz blondyna.

- Silna, niezależna kobieta, która mimo trudności losu, idzie przez życie z wysoko uniesioną głową. Kobieta, której wizytówką jest papieros i niezłomność.

- Mało o mnie wiesz, Malfoy, więc mnie nie oceniaj - burknęłam.

- Pomyliłem się? - jego pytanie sprawiło, że zagryzłam zęby. Odpaliłam papierosa, a paczką rzuciłam w irytującą imitację czarodzieja siedzącą obok mnie. Spojrzał na mnie prawie z wyrzutem i również odpalił papierosa. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy dym wypełnił jego płuca. On uwielbiał mnie wkurzać.

Wieczorem nadal siedzieliśmy na kanapie i oglądaliśmy filmy. Telewizor był bardzo mały i wyglądał jak żywcem wyjęty z lat siedemdziesiątych. Dobrze, że chociaż odbierał w kolorze. Nasz plan mięliśmy rozpocząć dopiero za tydzień, więc mieliśmy dużo czasu by się nudzić, albo pozabijać. Nie umiałam rozmawiać z Malfoy'em jak z człowiekiem, bo nikt tak jak on mnie nie irytował. Ja chyba też drażniłam mojego towarzysza niedoli, ale on znacznie lepiej radził sobie ze stresem.

- Może pójdziemy na spacer? - zapytał nagle.

- Nie.

- A może w coś pogramy?

- Nie.

- To może pójdziemy do centrum pojeździć meterem?

- Metrem. Nie, nie pójdziemy - burknęłam oschle, chociaż jego pomyłka mnie rozśmieszyła.

- Granger, wyluzuj!

- Ja jestem wyluzowana...

- Bardzo - sarknął i wstał z kanapy, a potem po prostu wyszedł. Nie ukrywam, wystraszyłam się. Bałam się, że przez moje oschłe zachowanie odpuścił sobie, a ja zostanę tu sama. Bo niby jak miałabym wrócić do domu? Merlinie, dlaczego ja jestem taką kretynką? Odkąd straciłam swój majątek rzeczywiście zrobiłam się zgorzkniała, przez swoje zachowanie moi dawni przyjaciele odwrócili się ode mnie. Nosiłam w sercu żal po nich i nie umiałam im wybaczyć odejścia, ale teraz zrozumiałam. Mieli po prostu dość rozkapryszonej, narzekającej, wiecznie naburmuszonej idiotki, która przez własną głupotę doprowadziła do takiego stanu rzeczy. W tamtym momencie chciało mi się płakać, ale jak na złość, łzy nie chciały lecieć. Swoją złość wyładowałam na ścianie, uderzając w nią z całej siły pięścią. To było głupie, wiem. Ręka zaczęła okropnie boleć, a z kostek poleciała krew. Oczy mi się zaszkliły, ale w tym momencie otworzyły się drzwi do mieszkania, a ja wystraszona odwróciłam się w stronę wejścia. Z ulgą zarejestrowałam Malfoy'a wchodzącego do środka, i nie ukrywam, miałam ochotę rzucić mu się na szyję. Pierwszy raz w życiu ucieszyłam się na jego widok. Chłopak spojrzał na mnie dziwnie, a gdy zobaczył rozwaloną dłoń, westchnął ciężko i przywołał mnie na kanapę. Posłusznie usiadłam, a on wodą oczyścił moją dłoń i zabandażował.

- Jutro na obiad zjemy chleb z masłem, ale dzisiejszy wieczór zapowiada się lepiej - mówiąc to wyciągnął z reklamówki litrową butelkę whisky. Uśmiechnęłam się pod nosem i przyniosłam z kuchni dwie szklanki. Tej nocy coś się zmieniło. Piliśmy do rana, a nasze rozmowy pierwszy raz były luźne i swobodne, pozbawione większych zgryźliwości. Tym gestem Malfoy pokazał klasę, niechętnie, ale musiałam przyznać, że jest całkiem "spoko".

Pięć dni później wybraliśmy się na targ po zakupy. Chcieliśmy kupić trochę owoców i warzyw, tydzień już się kończył, a my całkiem nieźle staliśmy z gotówką. Mogliśmy trochę zaszaleć. Tego dnia miałam na sobie sukienkę Alexandra McQueen'a kupioną na kilka dni przed stratą pieniędzy. Była śliczna. Mocny różowy kolor materiału przecinały bordowe kwiaty z niewielką ilością pomarańczowych liści. Na nogach miałam białe sandałki na obcasie. Staliśmy przy wielkim koszu z jabłkami, kiedy usłyszałam za sobą głos.

- Hermiona? To na prawdę ty? - odwróciłam się w stronę mówiącego, modląc się żeby to nie był on. Moje modlitwy nie zostały spełnione i przede mną stał James. Mój były chłopak, którego rzuciłam trzy lata temu, kiedy kilkakrotnie uniósł na mnie rękę. Na jego widok przeszedł mnie dreszcz i odruchowo złapałam Malfoy'a za rękę. Ten drugi spojrzał na mnie nic nie rozumiejąc.

- Nie mogę uwierzyć, że znowu cię widzę! Jesteś taka piękna... Co powiesz na jakąś kolację? - zapytał niewzruszony, a mnie tak sparaliżowało, że nie byłam w stanie powiedzieć słowa.

- Granger, mówię do ciebie! - jego ton przybrał na ostrości, James nie lubił być ignorowany.

- Ona nie nazywa się już Granger, frajerze. I na żadne kolacyjki nie będziesz mojej żony zabierał, więc zjeżdżaj stąd, przygłupie! - Malfoy mnie obronił. Te słowa odbijały się echem w mojej głowie jeszcze długo po tym, jak mój eks odszedł. Draco zapłacił za nasze zakupy i ruszyliśmy do domu, gdzie od razy rzuciłam się na kanapę i schowałam twarz w poduszkę.

- Tylko mi nie mów, że będziesz wyć - jęknął, a ja spojrzałam na niego zza moich loków. Uśmiechał się do mnie jednocześnie rozpakowując siatki.

- Odeszłam od James'a trzy lata temu, kiedy któryś raz z rzędu podniósł na mnie rękę. Uderzył mnie tak mocno, że musiałam mieć założone szwy. Stwierdziłam, że jestem ponad to, więc odeszłam od niego. Ale on mnie nachodził, wysyłał kwiatki, przychodził pod dom, krzyczał pod oknem, aż w końcu zaczął wysyłać pogróżki. Musiałam się wyprowadzić, więc kupiłam nowy dom i zaczęłam całkiem inne życie. A potem wszystko straciłam... - wydusiłam z siebie.

- Żaden prawdziwy mężczyzna nie unosi ręki na kobietę. To zwykły damski bokser, Granger.

- Wiem - mruknęłam odpalając papierosa.

Tak długo oczekiwany przez nas dzień w końcu nastał. Ten tydzień sprawił, że zaczęliśmy się z Malfoy'em tolerować. Muszę przyznać, że bywał sympatyczny, kiedy nie był irytujący. Tego dnia Malfoy był wyjątkowo przygaszony, musiał się bardzo denerwować. Założyłam czarną sukienkę do kolan, na szyję złotą kolię, a na nogi czarne szpilki. W ręku dzierżyłam białą kopertówkę, do której włożyłam moje papierosy, nowe dokumenty i różdżkę. Draco ubrał się w dobrze skrojony garnitur, w którym wyglądał na prawdę bosko. Oczywiście nie powiedziałam mu tego.

- Jak wyglądam? - zapytał poprawiając krawat.

- Szału ni ma, ale nie jest najgorzej - odwróciłam się do niego tyłem, by ukryć uśmiech błąkający się na ustach.

- Granger, to jeszcze raz. Moja firma jest bardzo zadłużona, ale jeśli wejdziemy w spółkę z kimś o ogromnym budżecie, mamy szansę podnieść się z dna. Jednakże nazwisko Malfoy aktualnie kojarzy się z bankructwem, stąd nowa tożsamość. Ta kobieta, do której idziemy, ceni sobie wartości rodzinne. Jeśli zauroczy ją nasza "miłość", mamy szansę na podpisanie z nią kontraktu. Podobno to bardzo miła staruszka. Za twoją pomoc w odratowaniu mojej firmy, daję ci przez dwa lata połowę zysków, a kolejny rok trzydzieści procent. Wszystko jasne? - kiwnęłam głową. Usłyszeliśmy klakson oznajmiający, że taksówka już podjechała. Jadąc w umówione miejsce miałam serce w gardle. Okropnie się stresowałam. Kiedy zatrzymaliśmy się przed ogromną willą, poczułam ogłuszająca falę mdłości. Zrobiło mi się ciemno przed oczami.

- Chyba nie dam rady - szepnęłam. Malfoy ujął moją dłoń i lekko ją ścisnął dodając mi otuchy.

- Dasz radę, bo jak nie ty, to kto? Nie znam silniejszej od ciebie kobiety, Granger. Chodź, idziemy - nie wiem jak to zrobił, ale zmobilizował mnie. Drzwi otworzył nam majordomus i zaprowadził do salonu, gdzie oczekiwała na nas właścicielka. Na nasz widok podniosła się od stołu i uśmiechnęła szeroko.

- Państwo Black, miło mi was gościć - wymieniła z Draconem uściski dłoni, a mnie przytuliła. Usiedliśmy przy stole.

- Nazywam się Rosalie Eunice Grant. Czy mogę się do państwa zwracać po imieniu? - przystaliśmy na jej prośbę, musieliśmy być mili.

- Alison, może opowiesz mi coś o was? - na takie pytanie nie byłam przygotowana. Czułam na twarzy uderzenie gorąca, a w brzuchu zaczęły trzepotać niewidzialne motyle - nie było to jednak przyjemne uczucie.

- Cóż, droga pani Grant. Ja jestem gospodynią domową. Właściwie pracuję w maleńkiej księgarni w centrum Londynu, ale tylko kilka godzin dziennie, ponieważ Caleb uważa, że jako jego żona nie powinnam pracować. Mój mąż jest nieco staroświecki, ale przy tym na prawdę kochany. Dba o mnie i zawsze sprawia, że czuję się dowartościowana i kochana. Codziennie kupuje mi kwiaty - moje ulubione lilie. Wieczorami włącza muzykę i pijąc wino rozmawiamy. To nasz rytuał, dzięki któremu nasz związek jest taki trwały. Ja staram się być żoną doskonałą, gotuję mu jego ulubione dania, piekę ciasta i babeczki, które lubi i dbam o nasz dom - wyrzuciłam z siebie ten stek kłamstw. Nie wiem nawet skąd mi to przyszło do głowy, bałam się tylko, żeby gdzieś się w tym wszystkim nie pogubić.

- Wyglądacie na szczęśliwą parę, a to coś cudownego. Jak się poznaliście? - tym razem zwróciła się do Malfoy'a.

- Oboje z Ali chodziliśmy do prywatnej szkoły. Pochodziliśmy z różnych warstw społecznych, więc generalnie nie przepadaliśmy za sobą. Na trzecim roku...

- Pokochaliście się? - wtrąciła rozmarzona kobieta.

- Nie, właściwie to znienawidziliśmy się jeszcze bardziej. Alison i ja droczyliśmy się ze sobą, a ona złamała mi nos. Dopiero rok później, kiedy jako przewodniczący szkoły, musieliśmy zatańczyć razem na balu, coś między nami zaiskrzyło. Od piątej klasy jesteśmy parą.

- Niesamowita historia. Wspaniała... - zachwycała się pani Grant, a ja uświadomiłam sobie, że do tej pory wstrzymywałam oddech. - A dzieci? Macie dzieci? - tym pytaniem zaskoczyła nas oboje. Widziałam szok wymalowany na twarzy blondyna.

- Od dwóch lat się staramy o dziecko, ale bezskutecznie. Powoli zaczynamy myśleć o adopcji - wypaliłam cicho, chcąc brzmieć jak kobieta załamana wizją braku możliwości urodzenia własnego potomstwa. Rosalie spojrzała na mnie smutno.

- Kochana moja Alison, widzę że łączy nas tak wiele. Ja też byłam kurą domową i uważam, że to było najlepsze co mogłam zrobić, bo dzięki temu miałam czas dla mojej rodziny. Widzisz, ja także nie mogłam mieć dzieci, więc z Rufusem adoptowaliśmy kilkumiesięczną dziewczynkę. Niestety, moja biedna Maddie zmarła w wieku piętnastu lat.

- Och! Tak mi przykro, pani Grant - mój głos autentycznie się załamał. Zrobiło mi się żal tej kobiety.

- No cóż, moi mili. Moje warunki są następujące: swoją część udziałów kupuję za 650.000 funtów. Z firmą nie chcę mieć nic wspólnego, oprócz zysków. Jestem stara i bogata, dlatego chcę tylko dwadzieścia procent zysków. No, a teraz dajcie mi ten dokument...

Kiedy tydzień później znowu siedziałam w tej obskurnej spelunie, nie mogłam doczekać się spotkania z Wilkins'em. To miał być ostatni raz, kiedy muszę oglądać jego paskudą gębę. Zauważyłam go zmierzającego w moją stronę z kuflem piwa. Dupek. Nie rozumiałam, jak mógł pić w tym miejscu cokolwiek. Odpaliłam papierosa i patrzyłam na niego w obrzydzeniem. Uśmiechnął się do mnie obleśnie, siadając na przeciwko. Rzuciłam w jego stronę sakiewkę i wstałam.

- Nie było miło cię poznać, Wilkins. Masz tu te swoje pieprzone 40.000 galeonów i znikaj z mojego życia. Nie do zobaczenia, dupku - rzuciłam na stół niedopałek papierosa i wyszłam z dumnie podniesioną głową. Miałam jeszcze 25.000 funtów, więc mogłam zacząć życie od nowa. Chciałam sprzedać moją kawalerkę i kupić mały dom, który kiedyś mogłabym zamienić na jeszcze większy. Na następne trzy lata miałam zapewniony stały przypływ gotówki, więc wiedziałam, że powoli stanę na nogi. Wróciłam do domu i chciałam wziąć szybki prysznic, ale siedzący na kanapie Malfoy mi to uniemożliwił.

- Co ty tu robisz? - zapytałam.

- Przyszedłem na kawę - rzucił w moim kierunku złotą paczką, którą złapałam w locie. Była to ziarnista kawa do ekspresu firmy Royal. Moja ulubiona. Ta niewielka paczka kosztowała sto funtów. Nareszcie miałam poczuć smak prawdziwej kawy w ustach. Z uśmiechem na twarzy przeszłam do kuchni, gdzie zajęłam się przygotowaniem napoju. Z lodówki wyjęłam zrobiony wcześniej sernik na zimno, a z szafki wyciągnęłam różnego rodzaju ciastka i cukierki. Usiedliśmy przy ławie i równocześnie wyjęliśmy papierosy, Draco wreszcie miał swoją paczkę.

- Wreszcie grube papierosy, co? - zapytałam zaciągając się dymem.

- Yhym. No dobra, Granger... Powiedz mi co dalej?

- No jak to co? Ty wrócisz do swojego nowego, pięknego domu, włączysz jakąś arię operową na gramofonie, nalejesz sobie szklankę Ognistej Whisky z 1785 roku i zjesz kozi serek z foie gras. Ja natomiast zostanę tutaj, wypiję jeszcze jeden kubek tej pysznej kawy, zjem pizzę z kurczakiem i pójdę spać słuchając brzęczenia muchy na suficie.

- Jesteś szalona - zaśmiał się, a ja ma zawtórowałam.

- Dziękuję, za twoją pomoc, Granger. Byłaś mi nieoceniona - skinęłam głową, na znak przyjęcia podziękowań. I znowu odpłynęłam w myśli. Zastanawiałam się jak to wszystko się znowu zmieniło. Nie mogłam także uwierzyć, że moje relacje z Malfoy'em były stosunkowo poprawne, i że w tym momencie piliśmy sobie kawę, rozmawiając przy tym spokojnie. Kolejny raz ocknęłam się czując na ramieniu jego rękę.

- ... mnie, ty głupia krowo? - blondyn niemal potrząsał moim ramieniem. Roześmiałam się, gdyż uświadomiłam sobie, że podobna sytuacja już raz miała miejsce.

- Zamyśliłam się. Co mówiłeś?

- Pytałem czy ze mną zamieszkasz?




Od tamtego dnia minęło już pięć lat. Sama nie wiedziałam, kiedy ten czas tak szybko zleciał. Nadal pracowałam w małej księgarni, chociaż nie musiałam. Dzięki pani Grant wyszłam na prostą. Znowu mieszkałam w pięknym domu z basenem, miałam świetny samochód i nosiłam ubraniach od projektantów. Po pracy chciałam wstąpić do Munga po wyniki moich badań, które robiłam kilka dni temu. Sympatyczna kobieta w recepcji wydała mi kopertę z wynikami, a ja ruszyłam do domu. Po drodze otworzyłam kopertę i poczułam jak serce podchodzi mi do gardła. Moje życie kolejny raz miało się zmienić, chociaż nie byłam gotowa na takie zmiany. Ledwo zdążyłam przyzwyczaić się, że odzyskałam swoje stare życie. W domu rzuciłam się na skórzany fotel, nalałam sobie lemoniadę do kieliszka i włączyłam arię operową na gramofonie. Usłyszałam, że ktoś wchodzi do mojego mieszkania.

- Malfoy, co ty tu robisz? - zapytałam przestraszona.

- Mieszkam? - odpowiedział pytaniem na pytanie. Zaraz za nim do salonu wbiegła dwuletnia dziewczynka o prawie białych lokach i brązowych oczach.

- Mamusiu, ziobać cio mi tatuś kupił! - pisnęła i podbiegła do mnie z czymś różowym na jej małej dłoni.

- Co to jest, Ali?

- Nasyjnik, któly daje się komuś kogo baldzo kochas.

- Jest piękny, córeczko - pocałowałam moje małe szczęście w czółko. Alison pobiegła do swojego pokoju, a Malfoy podszedł do mnie i pocałował mnie w usta. Mocno wtuliłam się w jego tors, zastanawiając się jak mu powiedzieć o tym czego się dziś dowiedziałam.

- Coś nie tak, kochanie? - zapytał wyczuwając mój nastrój.

- Jestem w ciąży.

Miesiąc później poszliśmy z Draconem do Munga na badanie. Chcieliśmy poznać płeć dziecka i zacząć przygotowywać się do kolejnej zmiany w naszym życiu. Gabinet był pomalowany na biało, a lekarz, który mnie badał był sympatycznym, czarnoskórym mężczyzną, z długim wąsem.

- Ciąża rozwija się prawidło, dzieci są zdrowe. Przewidywany termin porodu na 20 marca.

- Zaraz, zaraz... jak to dzieci? - zapytałam.

- To nie mówiłem wcześniej? Urodzi pani trojaczki - mężczyzna uśmiechnął się wesoło, a Malfoy zemdlał. Dzieci na świat przyszły 18 marca, dwa dni przed planowanym terminem. Patty i Scorpius mieli blond włosy i szare oczy, tylko Maya była moją małą, wierną kopią. Miała brązowe loczki i czekoladowe oczy. Kiedy nasze maleństwa ujrzały świat po raz pierwszy, Malfoy oczywiście zemdlał.

sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział I - "Dramione - Uratuj Mnie" - autorstwa Anastazji Laider



Witajcie!

Z góry i na wstępie Bardzo Przepraszam Was za opóźnienie spowodowane moim bardzo zabieganym ostatnio życiem. Mam nadzieję, że Anastazja się na mnie nie obrazi za te opóźnienie, bo wiem, że zależało jej na publikacji pierwszego rozdziału jej historii pt:"Dramione - Uratuj Mnie". Bardzo proszę o Wasze komentarze - ostatnio było bardzo dużo wyświetleń, a komentarzy sporo mniej. Wiem, że slogan czytam=komentuje jest dla wielu osób irytujący, ale tutaj chodzi o budowanie weny i motywacji w młodych autorkach, które mogą w przyszłości bardzo umilić nam czas swoimi historiami w naszej ulubionej tematyce :)


Pozdrawiam!

Venetiia Noks

PS. Obiecuje, że osoby tu komentujące i wspierające młode autorki zawsze będą mogły liczyć na moje wsparcie oraz na PDF-y z moimi historiami, miniaturkami itp. 

EDIT: Nie lubię słowa "błagam" więc uznajmy, że na życzenie pewnej czytelniczki, dobitnie wyrażone pod jedną z prac stworzyłam spis treści dzieł już opublikowanych oraz własnych miniaturek (będą też Dwa Światy - jak tylko znajdę czas). Mam nadzieję, że to będzie jakieś ułatwienie :)

***

- Ron! Już wróciłam!- Krzyknęła brązowowłosa dziewczyna przekraczając próg mieszkania.
- Jestem w kuchni!- Usłyszała w odpowiedzi. Mimowolnie się skrzywiła. Rudowłosy nigdy nie przebywał w kuchni, a jeśli już to robił, brał się za gotowanie, które nie było jego mocną stroną. Wyglądał niezwykle komicznie w kolorowym fartuszku, który zwykle zakładał.
Hermiona weszła do kuchni i ogarnęła ją wzrokiem. Zlew był cały zapełniony brudnymi naczyniami, stół cały obsypany mąką, a blaty kuchenne zastawione artykułami spożywczymi. Jej narzeczony ubrany w fartuch stał oparty o lodówkę i wycierał oblepione ciastem ręce w ścierkę. W powietrzu unosił się zapach lekko zwęglonej pizzy. Dziewczyna sapnęła zirytowana.
- Ron! Co to ma być?!
- Em... Przepraszam, nie zdążyłem posprzątać, ale...
- Ile razy ci mówiłam, żebyś nie wycierał brudnych rąk w ścierkę!- Zapytała podirytowana otwierając piekarnik i wyjmując pizzę.
Rudowłosy speszony zaczął zbierać wszystkie brudne naczynia i odkładać do zlewu.
- Ron... przecież można to posprzątać jednym zaklęciem. Przecież nie zrezygnowaliśmy z magii całkowicie.- Powiedziała jak do dziecka. W niektórych momentach ich wspólnego życia miała wrażenie, że jej narzeczony nie myśli. Tak było i tym razem. Jednym ruchem różdżki sprawiła, że naczynia same zaczęły się myć, a kuchnia sama sprzątać.
Chłopak zdjął kolorowy fartuch i usiadł na jednym z kuchennych krzeseł.
- Jak tam w pracy?- Zapytał, wyciągając ręce w kierunku brązowookiej. Dziewczyna podeszła do niego i złapała za nie.
- Ciężko. Dreyset ciągle przynosi nowe papiery, a ja nie wyrabiam. Wszyscy czegoś ode mnie chcą. Clarsor ciągle wrzeszczy, chaos panuje w całym biurze. Ale to nie jest najgorsze. Zgadnij, kto doszedł do naszego wydziału.
Chłopak zamyślił się na chwilę.
- Hm... Malfoy?- Zaśmiał się, zapewne wyobrażając sobie byłego ślizgona pracującego w Departamencie Pzestrzegania Praw Czarodziejów.
- Byłeś blisko... Parkinson.- Powiedziała ponuro.
- Parkinson? Ta... szma...idiotka?!
- Tak...niestety...-na twarzy dziewczyny pojawił się grymas niezadowolenia.
- Współczuję... 
- Wyobrażasz sobie: już pierwszego dnia wszystkich rozstawia po kątach!- Zmarszczyła swój drobny nosek.
- A to gadzina!
- Dokładnie...- westchnęła cicho zrezygnowana.
-Ej... zaraz pizza nam wystygnie!
Dziewczyna uśmiechnęła się sztucznie.
- Chodź, pójdziemy do salonu.- Pociągnęła chłopaka za rękę i poszła w stronę sąsiedniego pokoju, po drodze biorąc talerz z jeszcze gorącą pizzą.
Cały posiłek, który wcale nie był tak zły, zjedli w ciszy.Gdy tylko skończyli, Ron wziął brązowowłosą za rękę. 
- Mionka...? Dzisiaj umówiłem się z Harry'm na szklaneczkę ognistej...
- Zakładam, że na jednej się nie skończy...- mruknęła.
- Wiem, że dzisiaj mieliśmy zaplanowane oglądanie maratonu filmowego, ale...
- Idź.- Przerwała mu krótko.- Tylko po to była ta pizza?
- Nie, oczywiście że nie... Chciałem ci zrobić przyjemność...
- Dobrze, idź.- Dziewczyna westchnęła ciężko. Było jej przykro, ale zrezygnowała z dawaniu chłopakowi kazania na temat jej uczuć. Wiedziała, że on i tak się z nimi nie liczy. 
"Dlaczego ja jeszcze z nim jestem? Ah, tak, bo jestem w nim totalnie zakocha..." I tutaj też pojawiał się znak zapytania. Czy ona go jeszcze kochała? Dlaczego z nim jeszcze była? Oddanie? Litość? A może strach przed zerwaniem ich długoletniej przyjaźni? Nie wiedziała dokładnie.
- Dziękuję, kochanie!- Krzyknął jak małe dziecko, któremu matka kupiła wymarzoną zabawkę i szybko pocałował ją w usta. Tak, Ron był zdecydowanie zachowywał się jak pięciolatek.
Chłopak szybko złapał kurtkę i nim brązowooka zdążyła pomyśleć "Quidditch", już go nie było.
Dziewczyna po raz kolejny ciężko westchnęła. Odesłała talerze do zlewu i wyjęła z kredensu butelkę ulubionego wina. Chwyciła pierwszą z brzegu książkę i wygodnie rozsiadła się na kanapie. Włączyła lampę, gdyż ciemne chmury za oknem sprawiły, że w salonie było ciemno. Upiła łyk wina i chwilę później była już w fikcyjnej krainie Dramistu.

* * *

Za oknem była już noc. Zegarek na kominku wskazywał kilka minut po dwudziestej pierwszej. Hermiona nadal była w bułgarskiej krainie. Na jej ustach zakwitł delikatny uśmiech spowodowany szczęściem głównej bohaterki książki.
Nagle coś szczęknęło w zamku od zewnętrznych drzwi mieszkania. Dziewczyna uniosła głowę w zdziwieniu nasłuchując powtórzenia tego odgłosu. Nie był to dźwięk otwieranych kluczem drzwi. Raczej straszliwy odgłos próby wyważenia zamka. Coś upadło z metalicznym łoskotem, odbijając się od ziemi. Hermiona chwyciła różdżkę. Nienaoliwione drzwi otworzyły się z cichym piskiem. Przerażona dziewczyna schowała się za kanapą, gdyż nie miała możliwości zrobić niczego innego. W ręku mocno ściskała różdżkę. Niewerbalnie rzuciła na siebie zaklęcie kameleona. Siedem ciężkich kroków w stronę salonu.
- Hermionko...- odezwał się chrapliwy głos.- Przywitaj się ze mną.
Kolejne trzy kroki. 
- Granger, gdzie twoje dobre wychowanie? Wyjdź.
Dziewczynie zabrakło oddechu. Cicho przełknęła ślinę.
Pięć kroków w stronę kredensu, i jeden w stronę sofy.
- Och...schowałaś się za kanapą... Oryginalne, nie powiem - nieznajomy zaśmiał się szyderczo. Hermiona zadrżała. Miała przechlapane.- Widzę cię przez zaklęcie kameleona. Taki wrodzony...-przez chwilę szukał odpowiedniego słowa- talent.
Dziewczyna nie odzywała się. Kim był ten mężczyzna i dlaczego nachodził ją w tak późny wieczór? Odezwały się w niej gryfońskie cechy, choć wcale tego nie chciała. Wstała z klęczek i zdjęła z siebie zaklęcie maskujące.
- Witaj Granger.
- Kim jesteś i dlaczego nachodzisz mnie w środku nocy?- Zapytała Hermiona ignorując powitanie.
- Nie mogę ci powiedzieć kim jestem. To by zepsuło mój cały schemat. Po co przychodzę? Po zemstę.
- Jaką zemstę?- Zapytała zdezorientowana dziewczyna.
- Zemstę dotyczącą całego magicznego świata... Zemstę za śmierć Czarnego Pana.- Odpowiedział złorzeczącym tonem głosu.- Ale skończę jego dzieło, zniszczę świat mugoli oraz zmiotę ich oraz im podobnych z powierzchni ziemi. A ty jesteś moim pierwszym celem. Szlama Pottera zginie jeszcze tego wieczoru.
Śmierciożerca. Śmierć Czarnego Pana. Zemsta.
"Nie mam z nim szans" pomyślała Hermiona z rozpaczą. Jej ręka tak mocno zaciskała się na różdżce, że widać było knykcie.
- To zabiorę.- Powiedział mężczyzna i niewerbalnym zaklęciem odebrał brunetce magiczny atrybut.
- Na początku trochę się pobawimy...- facet zaśmiał się złowieszczo.- Crucio! 
Dziewczyna z trudem odbiła zaklęcie ręką. Niewiele osób wiedziało, że Hermiona ma zdolność magii bezróżdżkowej.
- A to ciekawe...niezła jesteś. Przynajmniej pobawimy się dłużej. To będzie niezapomniana noc...- Wyszeptał z podnieceniem, a dziewczyna zaczęła w duchu modlić się o ratunek...lub szybką śmierć.

piątek, 9 stycznia 2015

Prolog Joanny - "Szkoła życia"

Hej! :)

Piątek to zwykle zakręcony dzień, ale na szczęście autorka - Joanna Olucha, znalazła czas coś dla Was napisać, a ja mam tę wolną minutę, by to opublikować. Jest to prolog do historii pt: "Dramione - Szkoła życia" (http://dramione-szkola-zycia.blogspot.com/), który Joanna chciałaby zadedykować Agacie i Alicji :) W imieniu Joanny proszę Was o wyrażanie opinii w komentarzach. Zapraszam do lektury :)
Według informacji uzyskanych od Joanny - prolog jest niezabetowany. 


PS. Nutka dygresji i prośba  w moim prywatnym imieniu o nie poruszaniu tu spraw niezwiązanych z pracą autorki. Nie wyzywamy się, nie obrażamy i nie dyskutujemy o niczym innym poza prologiem i tematyką dramione. Każdy ma prawo wyrazić swoje opinie - o prologu. Co do innych opinii, to proszę je sobie umieszczać tam gdzie jest na to odpowiedniejsze miejsce. Jak już wspomniałam w komentarzu - nie obchodzi mnie, kto i co wypisuje na mój temat na swoich blogach, bo to tylko świadczy o poziomie tych blogów oraz o osobach, które to piszą. Jeśli mają ochotę na dalsze dyskusje o mnie to zapraszam: venetiia.noks@gmail.com. 
Pozdrawiam.
Venetiia




***

Nigdy nie czułam się tak, jak wtedy. Siedziałam na jednej z wielu cmentarnych ławek i tępo wpatrywałam się w czarny pomnik z granitu. Pomnik wystawiony tak niedawno... Nagrobek mojej mamy. 
Jedna strona mojej duszy kazała mi być wściekłą i wrzeszczeć z bezsilności. W końcu to była moja wina. Nie wypełniłam mojego obowiązku, jakim było zapewnienie rodzicom bezpieczeństwa. Znaleźli ją...
Druga strona jednak nakazywała mi być spokojną. Moja mama, w końcu uwolniła się od tego parszywego świata i zaznała spokoju.
To chyba dobrze. Dla niej.
Nie umiałam ocenić, która ze stron wygrywa to starcie, chociaż dobrze wiedziałam, że krzyki i płacz nic by tu nie zmienił. Nie byłam w stanie racjonalnie myśleć. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że na grobie widniał napis "Monika Wilkins". Szybko wstałam i zmieniłam litery widniejące na płycie. Byłam wściekła, gdy pomyślałam, że to Śmierciożercy przywrócili jej pamięć, a nie ja. Specjalnie po to, by w ostatnich chwilach swojego życia, zapewne cierpiała jeszcze bardziej.
Następnie wyczarowałam małą wiązankę, którą położyłam na pomniku. To wszystko, co mogłam w tej chwili zrobić, lecz nie miałam zamiaru stąd odejść. Wiedziałam, że w domu czeka tata, zamartwiający się, gdzie mogę się podziewać, jednak ja znów usiadłam na ławce i zaczęłam rozmyślać. Nie trwało to na szczęście długo, gdy z tego stanu, nagle wyrwał mnie chłodny głos, który już tyle razy słyszałam.
- Hermiono, ogarnij się.
Tak. To był głos mojego rozsądku.

piątek, 2 stycznia 2015

Miniaturka Wingardium Leviosa

Witajcie!

Dopiero wróciłam do domu z wyjazdu, stąd opóźnienia na obu blogach, za które bardzo Was przepraszam. Dziś przed wami miniaturka autorstwa Wingardium Leviosa. Jestem pewna, że wszystkie komentarze będą mile widziane, a autorka chętnie odpowie na wszystkie wasze pytania :) Ja również jestem do waszej dyspozycji pod adresem - venetiia.noks@gmail.com - Zapraszam :)
Najlepsze życzenia dla Wszystkich w tym Nowym Roku - życzę Wam zrealizowania Waszych marzeń, pragnień, założeń i celów!
Venetiia N.

PS. Rozdział nr 3 na Rubinie i Stali dziś o 22, również Zapraszam! 


***

Niektórzy ludzie nie wierzą w prawdziwą miłość ani w słynny slogan " Prawdziwa miłość przetrwa wszystko". Ja wam udowodnię, że istnieje TAKA miłość, opowiem wam historię, jedną z wielu, których byłam świadkiem..


Wielka Bitwa trwa, w oddali słychać łoskot upadających ciał, rzucanych klątw, klątw niosących śmierć. Nikt kto żywy się nie poddaje, walczy, walczy do utraty ostatniej kropli krwi. Obydwie strony są pewne swojej wygranej, a tak naprawdę nie wygra nikt, zło i dobro będą trwać zawsze, przez wieki...


Stoję w oddali przyglądam się całej walce, stoję tu i jednocześnie jestem w kilku innych częściach świata. 
W odpowiednim momencie podchodzę, ale nikt mnie nie widzi, nie widzi, ale ja jestem. Podchodzę do człowieka, jeszcze człowieka i zabieram jego duszę, oddaje się ona bezwładnie w moje ręce, zabierając duszę zostawiam tylko ciało, skorupę. Znów wracam na miejsce, gdzie stałam wcześniej, rozglądam się. Od razu zauważam burzę brązowych loków uśmiecham się, tak wiem uśmiech i sentymenty w moim zawodzie nie są wskazane, ale przecież nie mam szefa, który by mnie kontrolował. Wracając do tematu widzę burze brązowych loków, należących do osiemnastoletniej dziewczyny, szlamy, niejakiej Hermiony Granger. 

Skąd ja to wszystko wiem? Czasami pytam sama siebie. Dziewczyna umykała przede mną już parę razy, czuje, że tym razem jej się nie uda. Walczy ona z Bellatrix Lestarge, czystokrwistą czarownicą w średnim wieku uważaną za jedną z najbardziej bezlitosnych czarownic walczących po stronie zła,większość ludzi walczących po stronie dobra ginie z jej rąk, a właściwie różdżki.

Patrzę, wiem że na Hermionę już za chwilę nadejdzie czas, nie mylę się, widzę jak Lestarge rzuca śmiercionośną klątwę. Dziewczyna nie jest w stanie się obronić. Jej dusza woła mnie. Podchodzę, słyszę szalony śmiech Lestarge, zabieram duszę młodej dziewczyny. 

Nagle do czarnowłosej podbiega blondwłosy chłopak, bez zastanowienia rzuca Avadę w swoją, jak się okazało ciotkę. Zabija ją, zna konsekwencje, chce pomścić śmierć ukochanej, tak on kochał Hermionę. Podchodzę do czanowłosej zabieram ją. Uśmiecham się, nareszcie, tyle razy zabierałam jej ofiary, niewinnych ludzi teraz przyszedł czas na nią. Już mam odchodzić gdy tuż obok mnie pada ciało blondyna, został zabity przez własnego ojca, któremu rozkazał to Czarny Pan. Chłopak był szpiegiem, pomagał Zakonowi, zakochał się w szlamie, pomścił jej śmierć, umarł z rąk własnego ojca. Zabieram go widzę, że się uśmiecha, zapewne myśli o ukochanej...

Ich odejście niczego nie zmienia, bitwa nadal trwa. W końcu Złoty Chłopiec zabija Czarnego Pana, dobro zwycięża chociaż zło będzie trwać wiecznie. 
A ja odchodzę, z Hogwartu idę w inną część świata po inną duszę. 
W chwili wolnego idę w stronę tunelu, tak po tylu latach wiernej pracy bez urlopów mam prośbę do Boga chcę zobaczyć co się stało z Hermioną i jej ukochanym. Bóg przyzwala mi kiwnięciem głowy, wchodzę.
Okazuje się, że jestem w raju, w krainie spokoju. Widzę w oddali Hermionę z Draconem, trzymają się za ręce, są uśmiechnięci.
Wychodzę. Wiem, że już nigdy nikt ich nie rozdzieli, będą razem, aż do końca.

Końca?

Końca czego, świata, śmierci, Boga...?

Na to musicie opowiedzieć sobie sami, ale jednego jestem pewna, że nigdy się nie rozstaną, bo prawdziwa miłość przetrwa wszystko, nawet śmierć, mnie.

piątek, 26 grudnia 2014

Miniaturka Ammalinne Whites



Witajcie i jeszcze raz Wesołych Świąt! :)

Kochani dziś w ferworze świętowania wrzucam dla Was miniaturkę autorstwa Ammalinne Whites. Amm poza miniaturą planuje pisać również bloga - do czego ja osobiście już ją namawiam. Mam nadzieję, że jej miniaturka Wam się spodoba i pomimo świątecznej gorączki znajdziecie czas, by napisać jej chociaż krótki komentarz :) Wielkie uściski dla wszystkich!


Venetiia

PS. Pamiętajcie, że każda chętna osoba, może opublikować tu swój tekst, wystarczy napisać do mnie z pytaniem o termin na adres: venetiia.noks@gmail.com

Zapraszam! :)

PS II. Nie podałam tytułu, bo kilka dni temu Amm zmieniła wybraną do publikacji miniaturkę i niestety mi go nie napisała :)


****

Draco stał przy oknie z nosem przyklejonym do szyby. Widok za szkłem był na prawdę piękny - ogród, największa pasja jego matki wyglądał jak magiczna kraina. Drzewa były pokryte pierzynką śniegu, a chodnik wyglądał jak dróżka do świata wróżek. Jednak to nie dlatego młody Malfoy oglądał widok za oknem. Wypatrywał bliskiej mu osoby, jednak nic nie dostrzegał. Jednak na jego ustach uśmiech się pojawił, gdy postać w znajomym niebieskim płaszczu zaczęła iść w kierunku Malfoy Manor. Uszczęśliwiony podszedł dostojnym krokiem do drzwi, a gdy tylko usłyszał dzwonek taktownie odczekał parę sekund po czym otworzył wrota swojej posiadłości. Jego oczom ukazała się zmarznięta brunetka o dużych czekoladowych oczach. Uśmiechnęła się zdejmując kaptur. Rozpięła drżącymi dłońmi klamrę płaszcza. Chłopak pomógł jej go zdjąć, po czym odwiesił okrycie na hak. Uśmiechnął się kpiąco gdy zobaczył, jak dziewczyna rozgląda się wielkimi oczami po jego salonie. 
- Szczęka opadła, co Granger? - zapytał ledwo powstrzymując się od śmiechu. Nie wypada. Parsknęła cicho. 
- Mi też miło Ciebie widzieć Malfoy. - stwierdziła sucho. 
- Myślałem, że etap nazywania siebie po nazwisku minął już dawno. 
- Ja też tak myślałam. - zakpiła. Blondyn nic nie odpowiedział, tylko wziął ją za rękę i splótł ich palce. Spojrzała mu głęboko w oczy i zauważyła mimowolny uśmiech chowający się w kącikach ust. 
- Chciałeś mi o czymś powiedzieć. - uniknęła kolejnej kłótni. Draco nie odpowiedział tylko ruszył w kierunku obszernych schodów . Hermiona westchnęła na widok przepychu i pięknych obrazów wypełniających korytarze. Chłopak nic nie powiedział, chociaż bawił go szok dziewczyny. Po chwili weszli do obszernego szaro-kremowo-granatowego pokoju. Jedną ścianę przykrywał wielki regał z książkami. Podłogę pokrywał granatowy puchaty dywan, w tym samym kolorze było łóżko. Ściany były koloru kremowego a reszta wyposażenia pokoju, jak biurko, szafa z ciemnego drewna. Trochę dalej były drzwi z hebanu, takie same jak garderoba. Do tego sofka i 3 fotele w odcieniu ciemnej szarości. 
- Podoba Ci się? - zapytał Draco opierając się o próg. Brunetka chodziła po pokoju oglądając wszystko z szeroko otworzonymi oczami. 
- Piękny... Draco, o co Ci chodzi? - zapytała zatrzymując dłużej wzrok na woluminach. Blondyn miał znowu ochotę roześmiać się. Była taka przewidywalna. Wziął głęboki oddech i zaczął mówić. 
- Skoro moi rodzice... - zamilkł przypominając sobie w jakiej okoliczności zginęli. W jego oczach zalśnił ból, jednak po chwili się opanował. W końcu na czym polegało jego życie? Właśnie na tym, aby ukrywać się, skrywać emocje. Aby być jak wąż, atakować tylko w tej jednej jedynej dobrej chwili. Otrząsnął się z myśli po czym usiadł na jednym z foteli. Zdecydowanie był to jeden z lepszych, w końcu Malfoy nie weźmie niczego średniego. Malfoy zawsze ma to co najlepsze. Splótł swoje dłonie i zapatrzył się w ogień kominka. - Skoro nie żyją a posiadłość należy w 100% do mnie chciałbym, abyś się tu wprowadziła. Abyśmy przestali się ukrywać. Mam tego powoli dość. Spotykamy się raz na jakiś czas, fajnie. Jednak dorastam, jestem już pełnoletni a oznacza to też, że coraz więcej oczekuje od naszego związku, którego chyba nawet nie można tak nazwać. To romans. - mówił spokojnym głosem, jednak w środku wrzał. Miał ochotę podejść do tej drobnej kobiety i potrząsnąć nią z całych sił. Co ona sobie wyobraża? 
- Myślę, że to zły pomysł. - odpowiedziała trochę mniej spokojnie. Zacisnął pięści. 
- Czyli co? Nadal trwamy w tej chorej sytuacji? - wysyczał wściekły. Miał wrażenie, że dobrze się bawiła. 
- Nie. Ja też chciałam dzisiaj z Tobą o czymś ważnym. A mianowicie uważam, że powinniśmy to zakończyć. - wstał i spojrzał prosto w jej oczy. Był zszokowany. Ile razy obiecywała mu miłość? Ba, ile razy ją wyznawała? W tym domu, w jego pokoju wiła się pod nim z rozkoszy, krzyczała jego imię wielokrotnie. W tym domu, może nawet w tym pokoju kusiła go każdym krokiem aby potem... Wiadomo, co zawsze było potem. Na początku tylko zaangażowanie fizyczne. Ona miała dosyć nieporadnego rudzielca, on nie miał osoby, która spełniłaby jego fantazje. Potem wpadł, zakochał się. Ona też, ale... Ale teraz widać, jaka była miłość gryfonów. 
- W jakim sensie? - zapytał, a dziewczyna udając znudzenie konwersacją przejrzała książkę którą trzymała w rękach. 
- W każdym sensie. - odpowiedziała, po czym zapadła krępująca cisza. - Draco, nie możesz mnie kochać. Ja nie mogę kochać Ciebie... To zauroczenie, fantazja... Pociąg fizyczny, nie miłość. - powiedziała delikatnie mając zamiar do niego podejść. Jednak chłopak się odsunął. W tym momencie nienawidził tej kobiety każdą komórką swojego ciała. Miał ochotę krzyczeć na nią, a potem... Wiadomo, co zrobić potem. Pokazać jej, że jest tym jedynym. Jednak duma wzięła górę. Hermiona przejrzała się swojemu... Hmmm.. Kochankowi? Czy tak to można nazwać? W głębi serca, tam daleko miała nadzieję, że będzie walczył. Jaka szkoda, że czarodzieje nie mogli sobie czytać w myślach, prawda? Blondyn wziął głęboki oddech po czym otworzył drzwi pokoju. 
- Proszę, abyś opuściła moją rezydencję w ciągu 3 minut, licząc od teraz. - powiedział hardo. W oczach brunetki stanęły łzy. Czemu o nią nie walczy? Czemu nie pokaże jej tej swojej miłości? No czemu? Czyżby tak wyglądało jego uczucie do niej? Jednak dumnie uniosła głowę o wybiegła z pokoju. Zbiegła że schodów i chwyciła swoją pelerynę, zakładając ją w biegu, po czym wychodząc trzasnęła drzwiami. Żyrandol zatrząsł się, jednak Blondyn nie zwrócił na to uwagi. Wszedł do swojego gabinetu i otworzył barek. Wyjął z niego butelkę ognistej oraz paczkę papierosów. Odpalił jednego zaklęciem i zaciągnął się dymem. Podszedł powolnym krokiem do okna i rozsunął zasłony. Zobaczył w oddali postać osoby, która złamała mu serce. Ojciec miał rację... Kobiety nie można pokochać. Uśmiechnął się, jednak był to uśmiech bez radości. 
- Żegnaj Hermiono. Mam nadzieję, że teraz będziesz szczęśliwa. - szepnął do okna, po czym zdrowo pociągnął z butelki. Alkohol gryzł jego gardło, jednak ten zignorował to. Już to się nie liczyło. Już nie.

****

Hermiona dopiero po opuszczeniu terenu blondyna pozwoliła sobie na płacz. Upadła na śnieg i schowała twarz w dłoniach. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Powoli szata dziewczyny przemokła jednak zignorowała to. Nienawidziła Rona. Gdyby nie on od razu by się zgodziła, wiedziała przecież ile kosztuje Malfoy'a mówienie o takich rzeczach... Znała wpajane mu do głowy zasady, że Malfoy nie kocha, Malfoy ma to co najlepsze, Malfoy jest lepszy od innych etc. Jednak dla niej zmieniał się, powoli, jednak było to widać gołym okiem. Uśmiechał się. Nie za często, ale uśmiechał się. Miał piękny uśmiech. Dla niej zrezygnował z wielu przyjemności, rzucił palenie, alkohol też odstawił... Dużo dla niej zrobił, a jedyne co ona mogła zrobić, to go zostawić. Pomógł jej w spłacie długu zaciągniętego przez jej rodziców, ba! Odnalazł jej rodziców, jednak gdy zobaczyła jacy są szczęśliwi... Nie odwróciła zaklęcia. Nie chciała przyznać się sama przed sobą, że to przez ten strach. Nie była z nimi szczera, zostawiła ich... Dla ich dobra, ale w gruncie rzeczy to nie było aż tak bolesne, jak się tego spodziewała. Nagle przed nią zmaterializował się Ron. Ron Wesley. Postać znana na całym świecie, jednak... Nikomu nigdy z Harrym nie powiedzieli, że ich opuścił, zwątpił.... 
- Zakończyłaś to? - zapytał patrząc na ciemniejące niebo. Na sobie miał super drogie buty ze smoczej skóry. Czarne obcisłe spodnie, czarna koszula oraz ciemnobrązowy drogi płaszcz. Wyglądał jak milion galeonów jednak Herm nie poznawała w nim swojego przyjaciela. Zmienił się. Dorósł, ale w tym złym słowa znaczeniu. 
- Tak. - szepnęła. Ron spojrzał na nią i pomógł jej wstać, jednak wyrwała mu się. Ten jednak przygarnął ją w talii i zanurzył twarz we włosach brunetki. 
- Teraz wszystko się ułoży Mionka... Teraz wszystko będzie dobrze. - szepnął po czym deportował ich oboje do ich domu.

****
- Draco, to kiedyś musiało się skończyć. - zaśmiał się Zabini siedząc w fotelu patrząc, jak Draco opija się alkoholem. Jego przyjaciel był zdenerwowany, lekko pijany, wkurzony.... Blaise miał ochotę potrząsnąć przyjacielem. Aby się opanował. Tak, musiał się opanować. Draco już miał odpyskować, gdy przerwało im pukanie do drzwi. Malfoy podbiegł do drzwi gotowy nakrzyczeć na przybysza, jednak na widok zmarzniętego Harrego przesunął się a język zniknął mu w gardle. Potter nie zdejmując z siebie szaty zaczął iść w kierunku gabinetu młodego Malfoy'a. 
- Pottuś, co Ty tu robisz? - zapytał blondyn nadal nie rozumiejąc zbytnio co się wokół niego dzieje. Brunet tylko machnął ręką po czym zaczął się wspinać po schodach. Zaczęli się przyjaźnić pod koniec ich ostatniego roku, przez to, że okazało się iż Tiara niesprawiedliwe dzieliła uczniów. Wprowadzono nowy podział i Potter razem z Hermioną trafił do Slytherinu. Ron niewiadomo czemu został puchonem. Święta złota trójca została podzielona i nie przyjaźnili się już. Ron się zmienił, Harry i Herm też... Nie mieli już tematów do rozmów i często zalęgała między nimi krępująca cisza. Harry jako jeden z nielicznych wiedział o tym, co jest pomiędzy blondynem a jego przyjaciółką. On sam zakochał się w Pansy z wzajemnością. 
- Jest źle. Jest bardzo źle.- szepnął pod nosem podając Proroka Codziennego kolegom. Trzeźwy Zabini chwycił ją i zaczął czytać. Z każdą sekundą jego oczy coraz bardziej rozszerzały się w szoku. 
- To są kpiny. - stwierdził odkładając gazetę na bok. 
- Nie, to prawda. Dostałem sowę od Mionki, że wyjeżdża i żebym jej nie szukał. Oto skutki tego! - warknął chwytając dłońmi swoje włosy. Draco na imię ukochanej drgnął nieświadomie. 
- Powie mi któryś z Was o co chodzi? - zapytał jadowicie. Oboje spojrzeli na niego zdziwieni. Zapomnieli o tym, że siedzi w tym pokoju? Bardzo trudno o tym zapomnieć, to jego dom, jego gabinet, ale go tu pewnie nie ma. Prychnął. 
- Hermiona... - zaczął Blaise jednak się zaciął przy jej imieniu. 
- Zaręczyła się z Wesleyem. - dopowiedział Harry widząc, że Blaise nie da rady dokończyć. Draco znowu zadrżał. 
- I co? 
- Draco, znam Mionkę. Ona kocha Ciebie, a nie Rona. Zrozum. Coś ważnego musiało się stać, aby nagle... 
- Może to, że zerwała z Draco? - zapytał złośliwie Blaise. Harry spojrzał na niego nieprzytomnie. 
- A tak się stało? - zapytał zdziwiony. 
- Tak. - odpowiedział za kolegę Draco siadając wygodnie w fotelu czując, że robi mu się słabo na aż taki natłok nowych informacji. 
- To dziwne.. Bo wczoraj jeszcze mówiła mi, że ma dość ukrywania przed ludźmi waszego związku. - Brunet chciał poprawić okulary, jednak jego palce trafiły w pustkę. Nadal się nie przyzwyczaił do tego, że jako auror nie mógł mieć okularów. - A dzisiaj wrócił Ron z trasy... To nie wygląda dobrze Draco. 
- Wyobraź sobie, że zdaje sobie z tego sprawę. - zakpił blondyn. Nagle na jego twarz wstąpił iście Ślizgoński uśmiech. 
- To jaki mamy plan?

****

Hermiona stała przed wielkim lustrem. Patrzyła na swoje ciało z obrzydzeniem. Ubrane w suknię ślubną typu beza, czuła się w niej strasznie. Wolała skromne, jednak Ron się uparł. Ba, kupił sukienkę i nie dał jej możliwości protestu. Nie podobała jej się. Wielki dekolt, który miała ochotę zakryć, gorset robiący z niej anorektyczkę... Nie mogła w nim oddychać. Czuła się strasznie, Ron nie dawał jej spać w nocy bo "konsultował" z nią różne detale ślubu. Jednak to nie z nim chciała iść pod ołtarz, nie mu chciała założyć obrączkę, nie mu chciała powiedzieć "TAK"! Tęskniła za Draco bardziej, niż by przypuszczała. Za jego uśmiechem, za długimi rozmowami na temat numerologi.... Za objęciem jego silnych ramion, za szeptem... Za zapachem. Już tylko dwa dni... Dwa dni....

*****

Ślub był skromną uroczystością, co zdziwiło kobietę. Najbliżsi przyjaciele, rodzina i na tym koniec. Od rana siedziała w fotelu a jej fryzurę o makijaż robiła Ginny. Hermiona zacisnęła pięści na widok byłej przyjaciółki. Nienawidziła jej. Z całego serca. 
- Cześć Hermionko - Ruda uśmiechnęła się przyjaźnie. "Hermionka" zagryzła zęby aby jej nie zwyzywać. 
- Witaj Ginewro. - odpowiedziała z wyższością.
Siostra Rona nie przejęła się atakiem i zaczęła układać pannie młodej włosy. Po chwili wyszła z pokoju a przyszła pani Wesley spojrzała w lustro. Wyglądała pięknie, jednak nie czuła się dobrze. Nie chciała tu być. Brunetka pomyślała o Draco i po policzku spłynęła łza. Szybko otarła ślad i zeszła na dół po schodach. Wesele było piękne. Nagle usłyszała fortepian. Wzięła głęboki oddech po czym zaczęła iść po długim białym dywanie. W dłoniach nie wiadomo skąd znalazł się bukiet białych róż. Spuściła wzrok.
- Hermiona. - usłyszała szept po swojej prawej stronie. Odwróciła w tym kierunku głowę i zobaczyła piękne szare oczy. Pisnęła zaskoczona i pomyliła kroki. Już leciała na twarz, gdy instynkt szukającego Draco go nie zawiódł. Złapał ją w talii i obrócił ku sobie twarzą. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się słabo. Muzyka przestała grać a goście odwrócili się w kierunku pary. Jednak oboje nie widzieli poza sobą świata. Nagle usłyszeli dudniące kroki. Draco odwrócił wzrok i zdążył odepchnąć ukochaną, gdy Ron zaatakował go pięścią. Blondyn sprawnie uniknął ciosu. 
- Ty brudny Śmierciożerco!!!! - krzyknął opluwając się śliną. Harry i Zabini trzymali się z tyłu, jednak teraz zaczęli iść w kierunku bójki. Rudzielec gdy zauważył ich otworzył usta z szoku. 
- Harry... My się przyjaźniliśmy.... - jęknął. Potter pokręcił głową. 
- Nie. Od dawna nie. - odpowiedział. Ron cofnął się o krok, jakby go to zabolało fizycznie. 
- Hermiona... Mówiłem Ci... On nie jest Ciebie wart... Wiesz, jaki jest... Co robi... - szepnął do brunetki. Ta spojrzała na Draco z lękiem. 
- Draco, czy to prawda, że masz ożenić się z Astorią? - zapytała cicho. Malfoy zaśmiał się i złapał ją w talii, po czym szepnął jej coś na ucho. 
- Wierzysz mu?! - warknięcie Rona rozniosło się po sali. Draco odsunął się od Herm. 
- Mówiłem Ci kiedyś, że Ciebie kocham? - z oczu brunetki poleciały łzy. Pokręciła przecząco głową. Nigdy nie mówił jej "kocham Ciebie". Zawsze tylko "ja ciebie też". 
- Nie. 
- To teraz to mówię. Kocham Ciebie. - pocałował ją namiętnie. Goście zaczęli klaskać a Ron zniknął razem ze swoją rodziną. Jednak dla pary nic się nie liczyło, oprócz ich samych.

piątek, 19 grudnia 2014

Konkurs Prologowy - Dyehy Clavis

Witajcie!

Dziś mam dla Was coś nieco odmiennego od reszty publikacji. Autorka o pseudonimie Dyeha Clavis pragnie poprosić Was o udział w małym konkursie. Przedstawi Wam dwa prologi do wymyślonych przez siebie opowiadań, a Wy w komentarzach wybierzecie ten, który bardziej przypadnie Wam do gustu - w ten sposób Dyeha dowie się, który z nich warty jest kontynuacji na jej autorskim blogu :) Prosimy Was o opinie :) 
A ja jak zwykle zapraszam kolejne autorki do spróbowania swoich sił w publikacji. Zgłoszenia przyjmuje pod adresem: venetiia.noks@gmail.com.
Prawie każda czytelniczka dramione ma w głowie wizję swojej własnej, idealnej historii o tej parze :) Dziewczyny - uwierzcie w siebie! -  piszcie, piszcie, piszcie raz jeszcze, a potem publikujcie :) Nie ważne czy tutaj czy na swoim własnym blogu - ważne, by poznać jaką radość daje pisanie i publikowanie. Zapraszam Was do tej przygody :)
Pozdrawiam!
Venetiia Noks



---

Prolog I "Urodziny"

Jego jasne włosy opadały w nieładzie na kolana. Ojciec nie pojawił się na jego przyjęciu urodzinowym. Pociągnął nosem. To przez niego. Ojciec tyle razy mówił, że jest głupi. Po co miał przyjść do głupiego syna? Do jego oczu znowu zaczęły napływać łzy.
- Czy coś się stało?
Poderwał głowę. Obok niego ktoś stał.
- Idź stąd! Idź! - krzyknął przez łzy.
- Czy coś się stało? - powtórzyła dziewczynka.
Teraz, kiedy podniósł głowę mógł się jej lepiej przyjrzeć. Miała na sobie białą sukienkę, a jej brązowe włosy opadały na ramiona. Chłopiec zerwał się do ucieczki.
Był głupi. Rozmawiał z mugolką. Przebywał na terenie mugoli.


***


Ojciec znowu nie pojawił się na urodzinach. On znowu uciekł. Znowu spotkał mugolkę. Nie odbiegł do domu. Wywrzeszczał jej wszystko - to, że jest głupi, że jego tata nie chce go przez to widzieć, to, że ona jest głupia, bo jest mugolką, bo jest szlamą. A ona życzyła mu wesołych urodzin i odeszła.
Okazała się jedyną osobą, która przez najbliższe trzy lata powiedziała mu te dwa słowa - ,,Wszystkiego najlepszego". 


***


- Czy nie widziałeś ropuchy? Mojemu koledze jedna uciekła.
Odwrócił się gwałtownie. 
Znał ten głos.
---


Prolog II "Hipokrytka"



Nie rozumiałam, czemu ludzie porównują serca niektórych do lodu lub metalu. Według mnie, serce bardziej przypomina plastik - syntetyczny, pożyteczny, łatwy do zniszczenia i wolno się poddający - w tym porównaniu, chyba raczej rozkładający. 

Właściwie nie rozumiałam nigdy, czemu – według ludzi – serce ma taką wartość. Oczywiście, jest jednym z najważniejszych organów, pompuje krew i tak dalej, ale co ono ma do miłości, która – nawiasem mówiąc – jest niczym innym, jak pożądaniem, przywiązaniem i potrzebą posiadania stałego partnera, założenia rodziny i powiększenia ilości ludzi na świecie? Ludzie mylą się, co do „miłości”, uznając, że jest to uczucie wyższe. Gdy ich „miłość” wygasa, odchodzą od siebie, „zakochują się” znowu i znowu, i znowu, aż znajdą osobę, która jest na tyle do nich podobna, że możliwe jest pozostanie z nią w „szczęśliwym związku”. Ludzie są naiwni, wierząc w takie brednie, a ja naiwna być nie chcę. 

Dlatego nie wierzę w miłość.

piątek, 12 grudnia 2014

Prolog Pauliny Gron - "About me and you: In the past..."



Witajcie!


Piątek jeszcze trwa, więc na szczęście zdążyłam. Opóźnienie spowodowane jest moimi problemami z pocztą gmail ( w ostatnich dniach ciągle tak mam). Przepraszam za nie serdecznie zarówno czytelników, jak i autorkę - Paulinę Gron, która przedstawia Wam dziś Prolog do swojego opowiadania. Paulina jest autorką, która prowadzi już swojego bloga - www.the-story-of-the-past.blogspot.com, a chciała żeby jej Prolog trafił do szerszego grona odbiorców :) Mam nadzieję, że może liczyć na Wasze komentarze i szczere opinie. Ja życzę jej sukcesu, jak każdej młodej autorce :) Za tydzień zapraszam Was na kolejną publikację i przypominam, że wszystkie chętne osoby, które chciałyby opublikować tu swoje autorskie dzieła proszone są o kontakt: venetiia.noks@gmail.com! :) Nadal obowiązuje zasada, że każdy może spróbować swoich sił i nie ma, nie było i nie będzie podziału ze względu na umiejętności, wiek, pomysł czy inne kryteria, które proponowały tu niektóre osoby :) Zapraszam Wszystkich Serdecznie! 

Pozdrawiam!

Venetiia Noks


***


Prolog

"About me and you: In the past..."

"Jeśli miałabym wybierać pomiędzy Pamięcią a Tobą - wybrałabym Ciebie i przekonała się, czy nie będę żałować swej decyzji..."

Przychodzi w życiu taki moment, kiedy nie potrafimy odpowiedzieć na, wydawałoby się, proste pytanie. Nic bardziej mylnego.
Bardzo ważna dla mnie osoba, a mianowicie moja babcia, powiedziała mi kiedyś, że te najprostsze pytania, są tymi najtrudniejszymi. Nie zawsze, ale i tak większość. A ja przekonałam się o tym na własnej skórze, w momencie, gdy powiedziałam "Nie".
Wszyscy obecni zwrócili oczywiście szczególną uwagę na mnie, ale ja tylko podwinęłam kremową, ślubną suknie i uciekłam z kościoła.
W tamtym momencie chciałam uciec jak najdalej od tej mugolskiej wspólnoty. Od ślubu. Od Rona. Od naszych rodzin. Ale przede wszystkim, od dawnej Hermiony Granger, czy - jak kto woli - Gill Granger. Kobiety, która grała kogoś kim nie jest, nie była i nigdy nie będzie...
Jak to się stało, że nie jestem tym, kim byłam i powinnam teraz być? Opowiem Ci moją przerażającą, smutną, pełną cierpienia, ale piękną historię...