wtorek, 23 kwietnia 2013

Rozdział trzydziesty piąty


Chyba trochę Wam pogderam...
1400 wyświetleń postu, a komentarzy ile? No wiecie co... :P
Wiadomo, że ważniejsza jest jakość komentarzy, a nie ich ilość, ale mimo wszystko, to powalająca różnica... 
Oczywiście za każdy jeden komentarz Serdecznie Wam Dziękuję!...
...jednak przyznam, że trochę jestem zawiedziona taką postawą. Przecież wasze komentarze karmią wenę, a gdy jest słabo odżywiona wtedy powstają takie depresyjne rozdziały jak ten poniżej... :D
Wiem, że jest dość dramatyczny i smutny, ale naprawdę musiał się pojawić, by dalsza fabuła mogła mieć sens :) 
Z dobrych wiadomości - kolejny rozdział (36) już w piątek, gdyż następny tydzień mam dość zawalony i nie wiem kiedy pojawi się notka nr 37... Ale na pewno o Was nie zapomnę :)
Ten rozdział - dedykuję  - Misty Dreamer, za jej cudowny komentarz, który mega poprawił mi humor i podbudował moją wenę :)


Jak wspominałam w komentarzach - wygrało opowiadanie "Gdy jesteśmy sami..." i to ono powstanie jako mój kolejny projekt dramione :) Mam nadzieję, że nie będziecie żałować tego wyboru. Wspominałam również, że szukam osoby, która podjęłaby się wykonania szablonu dla tego opowiadania. Będę bardzo wdzięczna, za wszelką pomoc, a nawet jeśli ktoś chociaż spróbuje coś stworzyć, gdyż oczekiwanie na szablon na różnych blogach, które się tym zajmują, jest z zasady bardzo długie... Z góry dziękuję za odpowiedzi. 

Pozdrawiam Was Serdecznie!
Mam nadzieję, że rozdział Was nie zasmuci... Przecież obiecałam kiedyś tam happy end :)
Buźka!
Venetiia :)


PS. Za bete jak zwykle wielkie ukłony w stronę W.A. :) 



--Abott Hanna, Bones Susan, Brown Lavender – zapiszczał skrzekliwym głosikiem profesor Flitwick. Uczniowie siódmych klasy, zgromadzeni w małej komnacie przy Wielkiej Sali, wstrzymali oddech. Pierwsza grupa właśnie weszła na egzamin praktyczny z transmutacji. To było to... ich ostatnia przygoda w Hogwarcie. Owutemy. Hermiona nerwowo przestępowała z nogi na nogę, wciąż powtarzając sobie wszystkie zaklęcia, jakie zapamiętała, a było ich naprawdę sporo. Draco stał oparty o ścianę, z rękami założonymi na piersi i patrzył na nią z kpiącym uśmieszkiem. On sam również odczuwał lekki stres, ale Hermiona aż cała dygotała z nerwów.
--Na pewno zdasz na samych wybitnych, przestań już tak podskakiwać – powiedział, chcąc choć na chwilę przerwać to jej nieustanne mamrotanie zaklęć.
--Och cicho bądź! To najważniejsze chwile w naszym życiu! - ofuknęła go ze złością, po czym odwróciła się do niego plecami i dalej powtarzała zakuty materiał.
--Stary! A wyobrażasz ją sobie w dniu ślubu? Chyba trzeba będzie ją uśpić i zanieść przed ołtarz, bo inaczej padnie z nerwów na zawał, oczywiście o ile wcześniej Cię nie zabije, w trakcie całych przygotowań – zaśmiał się pod nosem Blaise.
--Zamknij się – burknął nieuprzejmie Draco, a coś w jego wnętrzu dopiero w tej chwili zacisnęło się ze strachu. Każdy dzień, każda chwila i każda upływająca minuta przybliżała go do tego, co nieuchronne... Będzie musiał powiedzieć Hermionie, że...
--Goldstein Anthony, Granger Hermiona, Greengrass Dafne – wywołał profesor zaklęć.
--O Godryku... – szepnęła bladymi ustami, odwracając się w stronę dwójki ślizgonów, jakby oczekując od nich jakiejś pomocy.
--Wszystko będzie dobrze – zapewnił ją Draco i zmusił się do pokrzepiającego uśmiechu.
--Zdasz śpiewająco Mionko – dodał Diabeł, szczerząc się do niej. Hermiona skinęła im tylko głową i na drżących nogach ruszyła do Wielkiej Sali.
--Daj czadu mała! - zawołała za nią radośnie Pansy.
--Powodzenia Herm – szepnął do niej Ron, gdy przechodziła obok.
--Zdasz, na pewno – dodał Potter i również się do niej uśmiechnął.
--Dam radę! - zapewniła samą siebie. W jej życiu ostatnio wiele się działo, a niektóre sprawy były bardzo pogmatwane, ale zawsze była pewna swojej wiedzy i inteligencji. Dała sobie radę w czasie wojny, więc poradzi sobie i na owutemach.


--Nie było tak źle – pocieszyła samą siebie, gdy, po skończonym egzaminie, wróciła do swojego dormitorium. Wiedziała, że Draco wejdzie na egzamin dopiero za kilka minut, a po jego zakończeniu z pewnością będzie czekał, aż wyjdzie Zabini, który był w ostatniej grupie. Postanowiła więc pójść do siebie, by zdjąć szkolną szatę i zabrać notatki z eliksirów. Jutro ostatni egzamin i jej nauka w tej szkole się zakończy. Było jej z tego powodu bardzo przykro... Kochała Hogwart i na samą myśl, że będzie musiała go opuścić, robiło jej się ciężko na sercu. Pozbierała notatki, które wczoraj niedbale rzuciła na stolik, gdy późnym wieczorem wróciła od ślizgonów. Uczyła się do egzaminu razem z Draco i Blaisem w ich dormitorium, ponieważ Diabeł dalej nie zbliżał się w okolice wieży Gryffindoru. Hermiona westchnęła ciężko. Jak na razie żaden z pomysłów na pogodzenie Ginny i Blaise'a nie wypalił i zarówno ona, jak i Malfoy powoli tracili już na to nadzieję... Otworzyła szufladę biurka, by schować zbędne notatki z transmutacji. Nagle jej wzrok przykuło czarne pudełko... Odłożyła pergaminy i sięgnęła po nie. Złoty znicz nadal wyglądał tak pięknie, jak wtedy, gdy w święta zobaczyła go po raz pierwszy. Eleganckie litery układały się w tajemnicze słowa: "Nieuchwytny obraz marzeń"... do teraz nie wiedziała, od kogo jest ten prezent, choć ciągle miała nadzieję, że to od niego... Odetchnęła głęboko i zatrzasnęła pudełko, odkładając je na miejsce. Usiadła na swym łóżku i ukryła twarz w dłoniach.
--Draco... co ja mam z tobą zrobić? - pomyślała niemal rozpaczliwie. Rok szkolny się kończył i jak zawsze, gdy coś dobiega końca człowieka nachodzą refleksje i wspomnienia tego, co było. Ona ostatnio nieustannie analizowała to wszystko, co wydarzyło się w tym roku. Jak to mogło się stać? Jej wieloletnia przyjaźń z Harym i Ronem zmieniła się w chłodne relacje oparte jedynie na wzajemnych powitaniach i na zdawkowej rozmowie o szkole, czy pogodzie. Za to, teraz śmiało mogła nazwać się przyjaciółką ślizgonów. Nie chodziło tu tylko o Draco, czy Blaise'a, ale również o Pansy, z którą mogła pogadać na każdy temat... ale... No właśnie, było jedno duże "ale". Jedna zmiana tak zasadnicza, że przekreślała wszystkie inne. Ona, Hermiona Granger – zakochała się. Beznadziejnie i... niewłaściwie. Zakochała się w kimś, w kim nie powinna. W kimś, do kogo nigdy nie pasowała. W kimś, kogo mieć nie mogła... To była zła miłość, taka, która przyniesie jej tylko ból i cierpienie... Nie żałowała jej jednak. Pogodziła się już z swoimi uczuciami i postanowiła z nimi nie walczyć. To nie miało sensu, bo ta walka była dawno przegrana. Zrozumiała to, gdy, po ich nocy w Pokoju Życzeń, obudziła się w jego ramionach. Wciąż spał, wyglądając tak niewinnie, tak słodko... Blond włosy rozrzucone na poduszce, różowe, lekko rozchylone usta i spokojny oddech. Cudowne uosobienie ideału... Wtedy zrozumiała, że to wszystko, co się z nią działo, wszystkie te uczucia i emocje, które pojawiały się, gdy on był blisko, to była właśnie miłość. Piękna i głęboka, ale niewłaściwa i... nieodwzajemniona. Gdyby było inaczej, Draco już dawno zaproponowałby jej coś więcej... ale on wciąż dawał jej do zrozumienia, że jest dla niego przyjaciółką. Kimś ważnym, ale nie tą najważniejszą. Gdy byli sami, obejmowali się, całowali i wygłupiali... ale nigdy nie wracali do tego, co wydarzyło się w Pokoju Życzeń. Ona uciekła, nim on wstał, tak więc uniknęli krępującej rozmowy, a potem obydwoje zachowywali się jak gdyby nigdy nic...
Wiedziała, że nie ma prawa mieć do niego o to pretensji, bo sama chciała tego, co się między nimi wydarzyło, żałowała jednak, że on o tym nie wspominał... Myślała... gdzieś w głębi serca miała cichą nadzieję, że być może on odwzajemnia jej uczucia. Jednak skoro tak nie było, cieszyła się, że ma chociaż jego przyjaźń. Będzie mogła być blisko niego... A może i on z czasem ją pokocha?



--Skąd się tyle tego nazbierało? - narzekała, idąc do biblioteki z naręczem książek. Przygotowania do egzaminów wymagały sporego nakładu nauki, ale dwanaście dodatkowych książek z zielarstwa, to już naprawdę przesada.
--Ta Hermiona chyba zwariowała przynosząc mi to wszystko – irytowała się Ginny ledwo sobie radząc z tym olbrzymim ładunkiem. Raz po raz wzdychając ciężko, przyśpieszyła nieco kroku, by jak najszybciej pozbyć się tego ciężaru. Niestety, skręcając w korytarz prowadzący do biblioteki, tuż za rogiem wpadła na kogoś...
--Cholera jasna! - zaklęła wściekle, gdy książki rozsypały się po podłodze. Przyklęknęła szybko i zaczęła je zbierać, wiedząc doskonale, że gdyby pani Pince wychyliła się z biblioteki i zobaczyła swoje cenne woluminy porozwalane na ziemi, to dostałaby ataku wściekłej furii.
--Może pomóc? - głos, który usłyszała sprawił, że prawie ją sparaliżowało, a dopiero co podniesione książki, znów wylądowały na ziemi. Niepewnie podniosła głowę i jej spojrzenie natrafiło wprost na przeszywający ją wzrok Zabiniego...
--A tobie co się stało, że postanowiłeś się do mnie odezwać? - spytała gorzko, opuszczając głowę i znów zaczynając zbierać książki. Blaise przyklęknął i sięgnął po jeden z tomów.
--Nikogo tu nie ma, wszyscy poszli na błonia – wyszeptał cicho, a jego ciało znalazło się niebezpiecznie blisko niej. Ginny wzdrygnęła się lekko, gdy poczuła jego zapach, a stada ciarek przebiegły jej po krzyżu... ależ ona za nim tęskniła...
--A co? Boisz się, że któraś z twoich dziwek zobaczy, że gadasz z swoją był... - nie pozwolił jej dokończyć, tylko, niczym szaleniec, porwał ją w swoje ramiona i wycisnął na jej ustach namiętny pocałunek. Ginny straciła równowagę i upadła na kolana, znów upuszczając książki. Blaise jednak nie zwrócił na to uwagi, tylko przytulił ją mocno do siebie, całując desperacko, jakby świat zaraz miał się skończyć. Ginny była tym tak zaskoczona, że nawet nie pomyślała o tym, by go odepchnąć... Diabeł oderwał swe usta od jej warg i objął ją mocno, jakby bojąc się, że zaraz mu ucieknie.
--Merlinie! Jeszcze trochę i zwariuje bez Ciebie... - szepnął jej wprost do ucha, rozkoszując się zapachem jej rudych włosów. Ginny już nabierała powietrza, by zapytać go, co on tak właściwie wyprawia, gdy gdzieś za nimi rozległy się kroki. Zabini szybko ją puścił i nim zdążyła chociaż się odezwać, ślizgona już nie było.
--Hej. Stało się coś? - zapytała ją Sylvia Nott, patrząc, jak klęczy na ziemi wśród rozrzuconych książek.
--Potknęłam się – skłamała na poczekaniu Ginny.
--Pomogę Ci – zaofiarowała się ślizgonka, którą ruda znała dość dobrze, ponieważ ta od pewnego czasu umawiała się z jej bratem. Obie dziewczyny szybko pozbierały książki, a Sylvia zaofiarowała pomoc w odniesieniu ich do biblioteki. Gin szła tuż za nią, w myślach wciąż analizując to, co się dzisiaj stało...


Ruda wróciła do pokoju wspólnego Gryffindoru, wciąż rozmyślając o pocałunku na korytarzu. O co tak naprawdę mogło chodzić Zabiniemu? Dlaczego ją pocałował? Dlaczego powiedział, że bez niej zwariuje? Co to wszystko miało znaczyć? Usiadła w fotelu przed kominkiem i przymknęła oczy. Ta sytuacja doszczętnie zszargała jej nerwy i tak już bardzo napięte z powodu trwających egzaminów.
--Ginny, przyszła sowa do Ciebie – poinformował ją Seamus, przechodząc obok i wskazując jej okno. Ruda skrzywiła się, widząc za nim Hermesa, puchacza należącego do Percy'ego. Mogłaby już wytapetować sobie całe dormitorium jego listami o treści "jak najszybciej poślub wybrańca". Miała tego naprawdę dość. Wstała i odebrała list, wyganiając Hermesa, który chyba liczył na jakiś poczęstunek za dostarczenie przesyłki. Zgniotła w ręce kopertę i włożyła ją do kieszeni szaty, by wyrzucić, jak tylko wróci do pokoju...
--Wyszedł naprawdę ślicznie, prawda? - zaśmiała się ciut za głośno Parvati, patrząc na jakieś zdjęcie w gazecie.
--Tak! Dobrze jest przyjaźnić się z kimś tak znanym, że jego zdjęcia ukazują się w "MagicStar" – zaśmiała się Lavender.
--A ty Ginny, co o tym myślisz? - zapytała Patil z wrednym uśmieszkiem. Ruda już chciała odpowiedzieć, że ma kompletnie gdzieś, co też one oglądają w tej gazecie, gdy Parvati podsunęła jej wprost pod nos zdjęcie... Diabła wraz z Yasmine Charlen... siedzących w herbaciarni u madame Puddifoot i trzymających się za ręce oraz patrzących sobie głęboko w oczy...
--Od zawsze wiedziałam, że on woli brunetki – Parvati popatrzyła na rudą z wrednym uśmieszkiem, jednocześnie poprawiając swoje kruczoczarne włosy. Ginny starała się ukryć wrażenie, jakie wywarło na niej to zdjęcie.
--Powodzenia Patil. Będzie Ci bardzo potrzebne, by odbić go z rąk Charlen... - wytknęła jej ruda, po czym dumnie unosząc głowę odmaszerowała w stronę dormitorium jej i Hermiony. Dopiero gdy zamknęła za sobą drzwi pokoju, pozwoliła sobie na to, by kilka łez spłynęło po jej policzkach...


Mimo, że zbliżał się czerwiec, a słońce świeciło na bezchmurnym niebie, wiał dziś chłodny wiatr, który bezlitośnie plątał blond włosy arystokraty. Jednak jemu to nie przeszkadzało... Zresztą, gdyby przeszkadzało, to nie wszedłby przecież na sam szczyt wieży astronomicznej. Od kilkudziesięciu minut, stał tam nieruchomo niczym posąg i jedynie mocno zaciśnięte szczęki i wiatr we włosach odróżniały go od marmurowych rzeźb, jakimi ozdobiona była fasada Hogwartu. I poniekąd tak się właśnie czuł... jak pomnik, który nie ma prawa decydować o tym, co się z nim stanie... który nie ma wpływu na to, gdzie rzuci go los... Dlaczego jego życie nie może należeć tylko do niego? Czemu nie ma prawda decydować o sobie? Zacisnął mocniej powieki i przygryzł wargę, by powstrzymać krzyk złości i frustracji, jaki chciał się wyrwać z jego gardła. Pięścią uderzył w poręcz balustrady. Ból był dobry... ale ból fizyczny, nie dorówna temu psychicznemu. Wiedział już, że cała jego nadzieja powoli umiera... Wiedział, że nie będzie mógł ciągnąć tego dłużej, ale mimo to, czuł, że poddanie się bez walki, to przejaw największego tchórzostwa. A może wystarczy czas? Może z czasem przekona ojca... wytłumaczy... sprawi, że da im szansę... Takie myśli wcale nie pomagały i nie uspokajały... Nie znajdzie w sobie odwagi, by zaryzykować. Co jeśli coś jej był się stało i to właśnie przez niego...? Nie mógł przecież zagwarantować jej bezpieczeństwa... Nie mógł zaryzykować, ani teraz, ani nigdy.
Z goryczą oparł łokcie na poręczy i schował twarz w dłoniach. Znienawidzony pergamin złowieszczo zatrzeszczał w jego kieszeni. Ile to razy czytał już ten list w ciągu ostatnich kliku godzin? Z westchnieniem rezygnacji sięgnął po niego ponownie.



Drogi Synu!
Piszę do Ciebie, gdyż jak dobrze pamiętam, dziś odbył się twój ostatni egzamin. Ufamy razem z Mamą, że zarówno na nim, jak i na wszystkich pozostałych, poszło Ci doskonale. Cieszymy się już, na nasze rychłe spotkanie, a twoja Matka nie może się doczekać, aż na stałe wrócisz do domu. Piszę również do Ciebie, ponieważ mam doskonałe wieści. Dzięki kontaktom w Ministerstwie Magii, udało mi się załatwić Ci pracę w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów i to od razu na stanowisku sekretarza u samego szefa resortu! Doskonałe stanowisko dla kogoś tak szlachetnie urodzonego i zdolnego jak ty. Ta praca idealnie przygotuje Cię do dalszej błyskotliwej kariery. Jestem przekonany, że ta wiadomość bardzo Cię ucieszy. Nie mogę wprost uwierzyć, że tak szybko dorosłeś Synu. Praca, dorosłość, samodzielność i wkrótce, ani się nie spostrzegę, jak jakaś odpowiednia dziewczyna zostanie następną panią Malfoy. Twoja matka wprost nie może doczekać się tej chwili. Chcę również, byś wiedział, że oboje z Mamą jesteśmy z Ciebie naprawdę dumni i jestem pewien, że wkrótce dostarczysz nam jeszcze wielu powodów do dumy. Ciesz się ostatnimi dniami w szkole. Do zobaczenia wkrótce.

Twój Ojciec Lucjusz M.

Długie minuty wpatrywał się w słowa "błyskotliwa kariera", "odpowiednia dziewczyna", "jesteśmy z Ciebie naprawdę dumni"... i czuł, jak jego serce powoli zamienia się w twardy kamień. Wiedział, że mimo wszystkich swoich uczuć, jakie żywił do Hermiony, zdaniem jego rodziców ona nie jest tą odpowiednią dziewczyną... I nie zmieni tego, choćby nie wiadomo jak się starał. Do wyjazdu z Hogwartu został mu tydzień... i, zgodnie z zaleceniem ojca, miał zamiar się nim cieszyć. Ostatnie chwile z nią... A potem się rozstaną, a on zniknie... Nie ma zamiaru zostać w Anglii, wiedząc, że ona będzie blisko... czekając na jakąś wiadomość od niego, której on nie będzie mógł jej wysłać. W szkole wszystko było dopuszczalne, ale teraz zaczynała się dorosłość. Musiał podjąć tę trudną decyzję. Wkrótce Hermiona zniknie z jego życia. Nie może jej zaofiarować niczego... nawet swojej mało wartej przyjaźni...


--Impreza – darła się Pansy, gdy w piątek wieczorem wychodzili z Wielkiej Sali po kolacji.
--Daj spokój, przecież jutro wyjeżdżamy – przypomniała jej Hermiona, której nie udało się ukryć smutku w głosie. Wiedziała, jak bardzo będzie tęskniła za Hogwartem...
--No i co z tego? Musimy godnie zakończyć edukację w tej szkole! Dziś balanga i to bez dyskusji! Diabeł pokaże Wam, jak się rusza seksownymi szyneczkami... - zawołał Zabini.
--Na Salazara, człowieku! My wszyscy dopiero co jedliśmy, nie prowokuj nas do mdłości – dociął mu Draco.
--Zazdrościsz Smoku, bo mam seksowniejszy tyłek. Co nie? Hej Mionka, powiedz, kto ma seksowniejsze pośladki? - zażądał Diabeł. Hermiona parsknęła śmiechem i z dezaprobata pokręciła głową.
--Nie powiedziała, że ty – wyszczerzył się do przyjaciela Draco.
--Ale o tobie też tego nie powiedziała – zaraz odgryzł się Blaise.
--Obaj jesteście tak samo dobrze zbudowani – zapewniła ich Herm.
--To ja jestem najseksowniejszym tyłkiem w tej szkole! - zawołał Blaise z udawanym oburzeniem. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, nie wyłączając samego właściciela super pupy, ale nagle miny im spoważniały, gdy z Wielkie Sali wyszła Ginny, a zaraz za nią Harry. Diabeł spojrzał na nich, a w jego oczach błysnęła wściekłość. Jak gdyby nigdy nic, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę lochów. Pansy uśmiechnęła się pocieszająco do Hermiony, po czym, łapiąc Seamusa za rękę, również odeszła. Harry i Malfoy zmierzyli się na wzajem nienawistnymi spojrzeniami, po czym Wybraniec objął delikatnie Ginny ramieniem. Herm patrzyła na to wszystko ze smutkiem. Wiedziała, że Ginny znów nieco zbliżała się z Harrym w ostatnim tygodniu, ale przypuszczała, że największy wpływ na to miały rubryki plotkarskie różnych gazet, w których pojawiał się Blaise i Yasmine.
--Będę w dormitorium – mruknęła ruda, po czym pozwoliła Potterowi wprowadzić się po schodach.
--Wrócili do siebie? - zapytał Draco.
--Nie... ale to chyba kwestia czasu... Gin jest pewna, że Diabeł kocha tę modelkę.
--Nie kocha.
--Skąd wiesz? - dociekała.
--Po prostu wiem – blondyn uciął temat – Przyjdziesz dziś na imprezę? - uśmiechnął się do niej przymilnie.
--Nie mogę, nie zostawię Ginny.
--To ją przyprowadź – nalegał.
--Nie przyjdzie, przecież wiesz...
--Hermiona, to ostatni wieczór, musisz przyjść – jego głos zawierał taką błagalną nutę, że od razu zmiękło jej od tego serce...
--Dobrze, ale tylko na chwilę, nie spakowałam się jeszcze do końca... - odpowiedziała mu z lekkim uśmieszkiem.
--Za godzinę czekam przy wejściu do lochów – mruknął, szybko przyciągając ją do siebie i składając na jej ustach namiętny pocałunek, póki nikt ich nie widział.


Ginny nie wyraziła ochoty, by pójść na imprezę, co wcale nie zdziwiło Hermiony. Brązowowłosa kilkoma ruchami różdżki spakowała swoje kufry i ze smutkiem spojrzała na swoje dormitorium... tak przykro jej będzie je opuścić... Westchnęła ciężko i weszła do łazienki, by przeglądnąć się w lustrze. Czarne legginsy, biała tunika z srebrnym wzorem i sporym dekoltem oraz rozpuszczone loki. Wyglądała naturalnie i bardzo dziewczęco i właśnie tak chciała, by zapamiętał ją Hogwart... Założyła na stopy czarne, wysokie szpilki i z mieszaniną smutku, ale i radości, że ten wieczór znów spędzi z Draco,  wyszła z dormitorium.
Ślizgon czekał na nią w umówionym miejscu. Na sobie miał ciemne jeansy i zwykła białą koszulę z podwiniętymi rękawami. Jego włosy były jeszcze mokre, po niedawno wziętym prysznicu, a całe ciało pachniało naprawdę pociągająco...
--Cześć śliczna – przywitał ją z rozbrajającym uśmiechem. Herm zaczerwieniła się uroczo,  słysząc jego słowa i wspięła się nieco na palcach, by złożyć na jego policzku powitalnego buziaka. Draco miał jednak inny plan, więc jej usta natrafiły prosto na jego spragnione wargi.
Po krótkim lecz na namiętnym pocałunku, oderwali się od siebie z szerokimi uśmiechami.
--Idziemy? - zapytała go.
--Jasne, że tak – odpowiedział, łapiąc jej dłoń i ciągnąc ją w stronę wyjścia ze szkoły.
--Hej! Mieliśmy przecież iść na imprezę...
--I idziemy, tylko, że na trochę inną, bardziej prywatną... - uśmiechnął się do niej, otwierając drzwi i puszczając ją przodem. Hermiona pozwoliła mu poprowadzić się na błonia, w kierunku skraju Zakazanego Lasu. Po chwili zobaczyła miejsce, do którego Draco ją prowadził. Pod jednym z drzew leżał rozłożony koc, a wokół niego paliły się pochodnie. Na kocu stał wiklinowy kosz i butelka szampana w kubełku z lodem.
--Piknik w środku nocy, przy Zakazanym Lesie? - spytała go z niedowierzaniem, patrząc na tę niemal bajkową scenerię.
--Ustawiłem bariery, wiec żadne stwory tu do nas nie wyjdą. Co prawda nie jest to łąka i znów nie ma słońca, ale pomyślałem, że taki piknik będzie miłym akcentem na zakończenie...
--Jest cudownie – zapewniła go z szerokim uśmiechem i iskierkami w oczach. Patrząc na nią, jego serce boleśnie się zacisnęło, gdy uświadomił sobie, że więcej może nie zobaczyć tego blasku...
Usiedli razem na kocu, a Draco nalał im szampana.
--Za co wypijemy? - zapytał blondyn, podając jej kieliszek.
--Za przyszłość! - zawołała z entuzjazmem, nie zauważając, jak twarz Draco stężała w napięciu, gdy usłyszał jej ostatnie słowo.
--Co masz zamiar robić po szkole? - zapytał ją, odkładając kieliszek i siadając bliżej. Chciał móc cieszyć się jej bliskością jak najdłużej, bo już jutro prawdopodobnie straci ją na zawsze.
--Myślałam, że już nigdy o to nie zapytasz! - zaśmiała się. Wszyscy przez ostatnie tygodnie nie rozmawiali o niczym innym tylko o przyszłości, pracy i tym, co będzie się z nimi dalej działo. Tylko Draco nigdy o tym nie wspominał i nie pytał jej o nic...
--Dostałam się na półroczny staż do kancelarii prawnej Benson&Morton, a później wybieram się do departamentu Przestrzegania Prawa.
--Staż? Czyli nie widywałbym Cię nawet w ministerstwie, gdybym jednak zaczął tam pracować?
--Gdybyś zaczął? Myślałam, że idziesz do pracy do ministerstwa... - Hermionie była szczerze zdziwiona. Draco zmieszał się, gdy dotarło do niego, co powiedział. Ucieszył się jednak, że gryfonka przyczepiła się tylko do drugiej części jego wypowiedzi... nie na długo.
--Co to znaczy, że nie widywałbyś mnie nawet wtedy? - zapytała go, jednocześnie próbując przetrawić te słowa. Miała małą nadzieję, że Draco może tylko się przejęzyczył... Spojrzał na nią, zaciskając szczęki tak mocno, że prawie pokruszyło mu to zęby... Wiedział, że nie ma sensu dłużej kłamać.
--Hermiona... posłuchaj... - zaczął cicho, odkładając swój kieliszek z szampanem i sięgając po jej dłoń. Ona jednak cofnęła się, nie pozwalając mu się dotknąć.
--Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi... że będziemy... - wyszeptała, nie wiedząc za bardzo jak ubrać w słowa to, co czuje.
--Jesteśmy! - zapewnił ją – Ale...
--Ale? - spytała, walcząc z głupią ochotą, by się rozpłakać.
--Tu w szkole wszystko było inne – powiedział cicho, nawet nie mając odwagi spojrzeć jej w oczy.
--Rozumiem. Tu w szkole mogliśmy być przyjaciółmi, a w dorosłym życiu nie możemy, bo? - nie zamierzała mu niczego ułatwiać.
--Herm... to nie jest takie proste, wiesz przecież, że my... że ja...– naprawdę chciałby jej powiedzieć, że robi to tylko dlatego, że się o nią boi... ale nie uwierzy mu... wiedział, że nie.
--Proste – prychnęła pod nosem – Tutaj w szkole przyjaźń ze szlamą mogłeś zwalić na chęć zemsty na Weasley, albo na konieczność podciągnięcia się z transumtacji prawda? A teraz co? Zabrakło Ci wymówki więc najlepiej się pożegnać prawda? Przecież nie możesz przyjaźnić się z kimś, o tak paskudnej krwi!
--Dobrze wiesz, że to nie tak! - ponownie zbliżył się do niej, chcąc sięgnąć po jej dłoń.
--Nie dotykaj mnie! - krzyknęła, podnosząc się na równe nogi i odchodząc od niego. Draco też wstał. Nie może pozwolić jej odejść w taki sposób, nie kiedy myśli o nim jak najgorzej.
--Pozwól mi wyjaśnić – poprosił, choć sam nie wiedział, co tak właściwie ma jej powiedzieć.
--Nie musisz – szepnęła z goryczą, a po jej policzku spłynęła jedna łza.
--Chciałbym, by było inaczej, ale my jesteśmy z dwóch różnych światów... nie powinniśmy... nie możemy - chciał jej powiedzieć, jak bardzo dla niego jest to trudne.
--Takich słów używasz na nazwanie faktu, że boisz się,  co twój ojczulek i jego wspaniali przyjaciele powiedzieliby na twoją przyjaźń ze szlamą? - zapytała z goryczą. Jego milczenie było dla niej, aż za bardzo wymowne.
--Myślałam, że masz w sobie więcej odwagi, ale z przykrością stwierdzam, że jesteś zwykłym tchórzem! - wykrzyczała mu, a łzy już nieprzerwanie spływały po jej rozgrzanych policzkach.
--Ty nie rozumiesz... - wyszeptał zrozpaczony.
--Doskonale rozumiem! Rozumiem, że sikasz w majtki ze strachu, aby nikt się nie dowiedział, co łączyło cię z kimś takim jak ja. To dlatego to wszystko? - potoczyła ręką dookoła, wskazując na koc i pochodnie – Chciałeś mnie ugłaskać, bym nie powiedziała nikomu, że obściskiwałeś się z pospolitą szlamą?
--Nie mów tak! - jęknął.
--A co? To już nawet nie wolno mi się odzywać do jaśnie pana arystokraty? Dobrze – Hermiona szybkim ruchem starła łzy z policzków.
--Masz moje słowo, że nikt się o nas nie dowie. Merlinie! Ale byłam  idiotką... Tyle razy mnie ostrzegano, a ja naiwnie wierzyłam, że naprawdę się zmieniłeś... Mam nadzieję, że dobrze się bawiłeś moim kosztem – wylała z siebie całą gorycz i teraz pozostała w niej tylko pustka... pustka i złamane serce. --To dla twojego dobra... - szepnął,  zamykając oczy, nie chcąc widzieć jej łez. Jego serce również było złamane.
--Najlepiej dla mnie byłoby, gdybym nigdy Cię nie spotkała – odpowiedziała, po czym odwróciła się na pięcie i biegiem ruszyła w stronę zamku.
Musiał walczyć z całych sił, by za nią nie pobiec i nie wyznać jej wszystkiego. Nie wykrzyczeć jej prosto w oczy, że kocha ją od przeszło dwóch lat. Nie wyznać, jak straszna dla niego była wojna i strach o to, czy ona żyje. Chciał powiedzieć, że to dla niej przeszedł na dobrą stronę i walczył przeciwko dawnym kompanom, że to miłość do niej sprawiła, że odkrył, iż ma coś takiego jak serce... Nie mógł jednak tego zrobić. Wiedział, że musi pozwolić jej odejść... Chciał tylko, by była szczęśliwa... Jednak to nie on będzie tym, który da jej to szczęście.

Pociąg pędził po szynach, a myśli pędziły w głowach dwóch dziewcząt siedzących samotnie w przedziale. Hermiona po raz ostatni wykorzystała swoją pozycję prefekta naczelnego, by zdobyć dla nich ten przedział. Nie rozmawiały, obie zbyt pogrążone w bólu, by chcieć się tym dzielić. Wystarczyło im to, że były w swoim towarzystwie. Hermiona przetrawiła już pierwszą falę negatywnych emocji i teraz trochę żałowała, że wygarnęła to wszystko ślizgonowi. Powinna odejść z klasą, pokazać mu, że on znaczył dla niej tyle, co ona dla niego... nic.
--Szkoda, że to już koniec – odezwała się Ginny.
--Taa... zazdroszczę Ci trochę, że jeszcze wrócisz do Hogwartu – odpowiedziała Miona.
--Nie wracam – mruknęła Gin.
--Co? A to dlaczego? - zdziwiła się jej przyjaciółka.
--Harry... rozmawialiśmy... będę uczyła się w domu... - wyjąkała.
--Naprawdę? Wy...wróciliście do siebie? - nie dowierzała Herm.
--To skomplikowane – Ginny spojrzała za okno, dając jej do zrozumienia, że nie chce kontynuować tej rozmowy. Hermiona westchnęła cicho i również spojrzała przez okno. Nagle obie gryfonki,  jak na komendę, spojrzały w stronę drzwi... akurat, by zauważyć tuż za szybą dwójkę ślizgonów, którzy właśnie przechodzili. Blaise tylko rzucił okiem w ich stronę i kiwnął Hermionie na powitanie. Natomiast Draco zatrzymał się, jakby wahając się, czy nie wejść do środka. Miona zacisnęła zęby i wyjęła różdżkę. Jedynym machnięciem opuściła roletę, zasłaniając drzwi i pozbywając się spojrzenia stalowoszarych oczu... To przez ich właściciela przepłakała praktycznie całą ostatnią noc...
--Coś nie tak pomiędzy tobą, a Smokiem? - zagadnęła ją Ginny, nieco zdziwiona reakcją przyjaciółki.
--Nie chcę o tym rozmawiać – burknęła brązowowłosa, po czym sięgnęła po jakąś grubą księgę i zaczęła ją czytać. Gin postanowiła nie przeszkadzać przyjaciółce i wyjść na krótki spacer po pociągu.


Wracała już z powrotem, gdy nagle drzwi przedziału, obok którego przechodziła, otworzyły się i na korytarz wyszedł nie kto inny tylko Zabini... Wyglądało na to, że specjalnie na nią czekał.
--Pogadajmy – zaproponował, wskazując jej przedział, który okazał się pusty. Ginny dzielnie uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
--Nie mamy o czym – oświadczyła mu z przekonaniem, po czym spróbowała go wyminąć. Blaise jednak złapał ją za łokieć i pociągnął za sobą do przedziału.
--Nie pozwalaj sobie, ty niewychowany gburze! - ofuknęła go ze złością, gdy Diabeł zasunął za nimi drzwi.
--Skoro nie zadziałał siła argumentu, to musiał zadziałać argument siły – wyszczerzył się Diabeł. Ginny prychnęła jak rozjuszona kocica, po czym złożyła ręce na piersi.
--Uważaj Zabini, bo coś Ci teraz powiem! Nie jesteś żadnym ósmym cudem świata, byś mógł tak traktować ludzi! 
--Och! Zraniłaś moje serce! Nie jestem ósmym cudem? To w takim razie którym! - kpił sobie bezczelnie.
--Żadnym! Jesteś tylko podłym ślizgonem! Zapamiętaj to sobie! - krzyknęła, zaciskając dłonie w pięści.
--Zapamiętam, albo zapiszę, żeby nie zapomnieć... O! Albo lepiej sobie wytatuuje, żebym zawsze pamiętam o tym, że jestem tylko podłym ślizgonem – widać było, że jej słowa nieco go dotknęły.
--Wytatuuj to sobie na lewym przedramieniu...* - odpyskowała mu. W oczach Blaise'a tylko na chwilę błysnęła złość, a zaraz potem Ginny stała przyciśnięta do zamkniętych drzwi przedziału.
--Uważaj na słowa wiewiórko... To, że jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, nie sprawia, że przy każdej okazji wolno Ci mówić, co ci ślina na ten zwinny język przyniesie.
--Puszczaj!
--Mówiłem, że chcę porozmawiać! Wysłuchaj mnie! - poprosił.
--Nie! Nie chciałeś ze mną rozmawiać, gdy była na to pora, teraz się odpieprz! - spróbowała go od siebie odepchnąć.
--Ginny... spróbuj zrozumieć... musiałem tak zareagować... ty i Potter... a potem... potrzebowałem czasu... nadal potrzebuje – chciał jej wytłumaczyć.
--Nie rozumiem i nie chcę zrozumieć. To,  co było między nami,  dawno zniknęło. Zabrałeś to Blaise i oddałeś innej... nie ma czego wspominać i o czym rozmawiać. Puść mnie... proszę – ból jaki usłyszał w jej głosie oraz łzy, jakie błysnęły w jej oczach, sprawiły, że spełnił jej prośbę i odsunął się od niej.
--To się tak nie skończy Gin... nie wiesz, jak walczyłem...
--Walczyłeś? Pozując do zdjęć z Yasmine, walczyłeś o coś, co ma związek ze mną? Nie bądź śmieszny – żachnęła się, heroicznie powstrzymując łzy.
--Wytłumaczę Ci...
--Nie chcę. To Harry o mnie walczył... - na te słowa Blaise gniewnie zacisnął szczękę.
--Walczył? Postawił cię w sytuacji bez wyjścia!
--Ale później był przy mnie, gdy ty porzuciłeś mnie jak jakąś ścierkę... - jedna łza spłynęła jej po policzku.
--Nie prawda! Nigdy Cię nie porzuciłem... Nie porzucę... - znów zbliżył się do niej.
--Nie! - powstrzymała go gestem dłoni.
--Nie rezygnuj z nas Ginny...
--To ty z nas zrezygnowałeś i to dawno temu – wytknęła mu z goryczą.
--Musiałem...
--A teraz musisz dać mi spokój – zażądała.
--Nie! Nie poddam się!
--Nie masz wyboru...- zawahała się chwilę – Pogodziłam się z Harrym. Znów jesteśmy razem.
Blaise odruchowo cofnął się krok w tył, wyglądając przy tym, jak gdyby Ginny dała mu w twarz.
--Nie wierzę... - szepnął zdruzgotany. Ginny,  nadal walcząc ze łzami, spojrzała mu prosto w oczy.
--To prawda... wróciłam do niego i...
--I masz zamiar za niego wyjść? - zapytał z niedowierzaniem. Wiedziała, że jej odpowiedź go zaboli, ale podjęła już tę decyzję. Zbyt wiele kosztowało ją uczucie do niego. Nie było już o co walczyć... Jeszcze dziś Blaise Zabini zniknie z jej życia... i choć jakaś dziwna siła właśnie rozrywała jej serce, sama usiłowała się przekonać, że to słuszna decyzja.
--Tak. Zostanę jego żoną – okropne było powiedzenie mu tego prosto w oczy.
Na chwilę zapadła cisza, w której Diabeł patrzył na nią, jakby licząc na to, że zaraz wykrzyknie, że to jakiś głupi żart... jednak nic takie nie nastąpiło.
--Moje gratulacje... bądź szczęśliwa – wyszeptał zachrypniętym głosem.
--Taki mam zamiar... - odpowiedziała, patrząc w jego pełne bólu oczy. Blaise wyciągnął rękę i Ginny myślała, że znów chce jej dotknąć... on jednak chwycił za klamkę od drzwi, o które się opierała. Ruda odsunęła się, by pozwolić mu przejść.
Diabeł wyminął ją, ale, nim całkiem wyszedł z przedziału, zatrzymał się na chwilę.
--Żegnaj Ginevro Weasley... miłość do Ciebie była najlepszym, czego doznałem w życiu...
I nim ruda zdążyła odpowiedzieć, Blaise po prostu odszedł, nie oglądając się za siebie...


Hermiona pomniejszyła swoje kufry i rozglądnęła się po pusty przedziale. Ginny wysiadła już, zabierając klatki z Krzywołapem i Arnoldem, a jej ponownie przypadło zabranie walizek. Znów wysiadała na samym końcu... ostatnie zadanie prefekta naczelnego. Wyszła z przedziału, starając się porzucić ponure myśli, że to tak naprawdę koniec bardzo ważnego etapu jej życia... Na jej drodze stanął jednak pewien wysoki arystokrata, który właśnie kończył palić papierosa.
--Pora wysiadać – oświadczyła mu oficjalnie, chcąc go wyminąć i nie musieć oglądać nigdy więcej, choć jej serce wyło z rozpaczy.
--Hermiona poczekaj! - poprosił, łapiąc ją za ramię. Specjalnie został dłużej w pociągu, by móc jej wytłumaczyć, że musi postąpić tak, a nie inaczej. Całą noc bił się z swoimi myślami i zrozumiał, że nie chce, by ona go znienawidziła... Musi jej powiedzieć...
--Puść mnie! - krzyknęła, odskakując od niego.
--Pozwól mi coś powiedzieć – jęknął prosząco.
--Nie Malfoy, nie chce słuchać niczego, co masz mi do powiedzenia... Przepuść mnie – zażądała.
--Miona... ja...
--To już nie ważne. Nic już nie jest ważne. Zapomnijmy o wszystkim – powiedziała gorzko, unosząc głowę i patrząc mu w oczy.
--Nie mów, że to wszystko, co się między nami wydarzyło, było nieważne, że nic dla ciebie nie znaczyło! – syknął nerwowo.
--Znaczyło dla mnie tyle samo, ile dla Ciebie...
--Nie masz pojęcia...
--Dość! Nie chcę cię słuchać, widzieć i pamiętać o tobie, przepuść mnie i daj mi odejść – była zła na siebie, za tę błagalną nutę, którą można było usłyszeć w jej głosie. Draco mocno zacisnął szczęki, wyglądając przy tym, jakby walczył sam ze sobą... Wiedział, że nie ma prawa jej zatrzymać. Wreszcie skinął delikatnie głową i odsunął się na bok. Hermiona sztywno przemaszerowała obok niego. Chwilę później już stała na peronie, witając się z swoją rodziną...
Blondyn patrzył, jak jej rodzice z dumą ją przytulają, widział Weasley'ów, którzy jej gratulowali... Widział uśmiechniętego Rona, który pozwolił sobie ją uściskać na pożegnanie... mimo, że pewnie jeszcze nie raz się spotkają... A on... patrzył, jak dziewczyna jego marzeń wkracza w inne, dorosłe życie, w którym nie będzie miejsca dla niego...




* śmierciożercy mieli mroczne znaki umieszczone na lewych przedramionach.


I w tym miejscu mogłabym napisać śliczne "the end" - ale to by był psikus :) Jednak nie będę, aż tak podła :) Buźki!