piątek, 2 października 2015

Miniaturka urodzinowa Anny

Witajcie Kochani!

Dziś coś wyjątkowo - bo mamy wyjątkowy dzień :)
Dzisiaj są bowiem urodziny naszej kochanej bety Anny.
Aniu - Najlepsze życzenia, dużo uśmiechu, zadowolenia z życia, pozytywnego myślenia i spełnienia wszystkich Twoich marzeń!

Nasza kochana M. napisała specjalnie dla Anny z tej okazji bardzo fajną miniaturkę, którą Wam tu dziś prezentujemy. Miłej lektury dla Anny i Was wszystkich :)

Sto lat! :)

Venetiia.

Od M.

Bo urodziny to jak wypicie kolejnego kieliszka - lepiej się czujesz, gdy nie liczysz, ile ich masz na swoim koncie. A tak na poważnie - sto lat (nie będę śpiewała, bo nie umiem) i pamiętaj - martwić wiekiem będziemy się dopiero, gdy będziemy starsze od piramid :)
No po prostu nie mogłam się powstrzymać - i pamiętaj, teraz masz 18 (+2).
Wszystkiego najlepsiejszego :*





***

James Potter wszedł do swojego domu, marząc tylko o położeniu się do łóżka
u boku żony. Zobowiązał się do uczestnictwa w kolejnej misji, tym razem w zastępstwie Petera. Ostatnio jego przyjaciel często gdzieś znikał i nikomu nie mówił gdzie. Członkowie Zakonu twierdzili, że ma jakąś tajną misję. Był skłonny w to uwierzyć. Ostatnio ludzi było mniej niż zadań do wykonania. Zamknął cicho drzwi, nie chcąc obudzić rodziny
i z powrotem założył podstawowe zabezpieczenia. Przez moment serce biło mu szybciej, gdy zauważył bałagan w salonie. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że po podłodze rozrzucone są tylko zabawki jego syna, a czerwona plama na fotelu musi być dżemem albo keczupem. Harry zapewne znowu nie chciał jeść i dał to Lily wyraźnie do zrozumienia. Machnął różdżką, a w pokoju na powrót zapanował porządek.
Postanowił, że na razie nie będzie szedł spać ani budził żony. Chwila samotności
i ciszy dobrze mu zrobi. Opadł na fotel, czując, że zanim pójdzie pod prysznic, musi odzyskać choć trochę sił. Odchylił głowę do tylu, a na jego twarz wypłynął uśmiech. Udało im się odkryć jedną z kryjówek śmierciożerców. Nie było łatwo. Śledzili ich na zmianę tygodniami, ale dopięli swego. Cieniem na ich sukcesie kładło się tylko to, że kilka osób musiało się ujawnić jako członkowie Zakonu. Kwestią godzin było, kiedy wszyscy poplecznicy Czarnego Pana zostaną poinformowani, że trzeba bezwzględnie się ich pozbyć. Dobrze byłoby, by się ukryli, ale to nie wchodziło w grę. Miał świadomość, że gdyby to on musiał się ujawnić, nie dopuściłby do odsunięcia go od walki. Stałby
z podniesioną głową i patrzył śmierci w oczy, jak przystało na byłego Gryfona.
Z dość ponurych rozmyślań oderwał go dzwonek do drzwi. Od razu poczuł, jak adrenalina znów zaczyna krążyć w jego żyłach. Po chwili stał przed drzwiami, trzymając
w dłoni różdżkę, gotów bronić się przed potencjalnym atakiem.
- Kto tam? - zapytał szeptem, nie chcąc budzić żony.
- Syriusz Black - odpowiedział znajomy głos. Zwalczył w sobie ochotę natychmiastowego otwarcia drzwi. W tych czasach nie można było ufać nikomu.
- Jesteś animagiem? - zadał pierwsze pytanie, przełykając ślinę. Odliczał sekundy do odpowiedzi. Zbyt długie milczenie mogło wskazywać na wahanie, a to - na możliwość ataku. Raz, dwa…
- Tak. - Głos Syriusza był wyważony i spokojny.
- Jaka przyjmujesz postać? - Zacisnął mocniej palce na różdżce. Nie znosił takiego przepytywania. Dopiero przypadek dalszej rodziny Hestii Jones skutecznie przekonał go, że jest to konieczne.
- Pies - padła ostatnia odpowiedź po drugiej stronie drzwi. James opuścił różdżkę
i otworzył drzwi. Spojrzał na przyjaciela, którego od lat traktował jak brata, a potem odsunął się, by wpuścić go do mieszkania. Syriusz miał jednak inne plany. Chwycił go
w ramiona i przycisnął do siebie. Brunet lekko nieporadnie odwzajemnił jego gest, dobrze rozumiejąc, dlaczego to zrobił. Zazwyczaj unikali tak bliskiego kontaktu fizycznego, uznając go za bardziej zarezerwowanego dla kobiet. Wojna znosi jednak wiele tabu. Zapewnianie gestami, że wszystko jest w porządku to tylko jeden z przykładów.
- Byleś na misji, prawda? - zapytał po chwili Syriusz, gdy siedzieli w fotelach w salonie.
- Tak - westchnął James, przeczesując palcami włosy. Pod oczami miał cienie, które dodatkowo pokrywała cieniutka siatka pierwszych zmarszczek.- Zastąpiłem Petera, poprosił mnie o to. Znowu.
- A czy ty przypadkiem nie idziesz jutro do pracy? - zmarszczył brwi towarzysz jego szkolnych psot.
- Idzie - odpowiedziała Lily, schodząc na dół i dołączając do mężczyzn. Na rękach trzymała śpiącego Harry’ego. - Ale wiesz, jaki jest. Nikt go nie przekona, że powinien czasami odpuścić. - Choć obaj mężczyźni wyczuwali w jej glosie lekką pretensję, Syriusz dostrzegł również bezwarunkową miłość do męża i dumę z jego działań.
- Cały James - wskazał na Harry'ego, który właśnie się obudził i uśmiechnął do niego, pokazując dziąsła. - Wujek coś dla ciebie ma - powiedział z uśmiechem, przyglądając się chłopcu, który wyglądał jak wykapany James. Z wyjątkiem oczu. Te miał po matce.
- O nie, Syriuszu, chyba nie kupiłeś mu tej dziecinnej miotełki? - jęknęła Lily.
- Nie kupiłem - wyszczerzył się w uśmiechu, który za czasów szkolnych powodował, że niejedna dziewczyna straciła dla niego głowę. - Jest jeszcze za małym chłopcem, by na niej latać, a ja jestem odpowiedzialnym ojcem chrzestnym, przecież o tym wiesz.
- Ty i odpowiedzialność to jak Snape i szampon - parsknął śmiechem James, który dzięki obecności przyjaciela zapomniał o zmęczeniu.
- James! - skarciła go Lily, robiąc oburzoną minę.
- Przepraszam - powiedział mężczyzna, posyłając jej ostrożny uśmiech. Jego rudowłosa ukochana wciąż była przewrażliwiona na punkcie swojego byłego przyjaciela. - Musisz jednak przyznać, że… - urwał, widząc, jak żona otwiera usta. Mógł się z nią drażnić, ale za kłótniami nie przepadał.
- Syriusz, a ty kiedy masz zamiar się ustatkować? - zażartowała, dobrze wiedząc, że ich przyjaciel nie ma żadnej dziewczyny na oku.
- Ależ ja jestem ustatkowany, i to bardzo - obruszył się brunet, powodując wybuch śmiechu. Harry skrzywił się i wybuchnął płaczem. Matka zaczęła go kołysać, chcąc, żeby się uspokoił. Chrzestny pochylił się nad nim, wyciągając z kieszeni jakąś grzechotkę
i podał ją chłopcu, który od razu zaczął się nią bawić. Tylko James usłyszał cichy dzwonek do drzwi. Wyszedł z salonu, aby wpuścić niespodziewanego gościa, zostawiając żonę sam na sam z przyjacielem. Po plecach przebiegł mu dreszcz, choć intuicja podpowiadała mu, że nie jest to ktoś, kto mógłby im zagrozić. Zaufanie było towarem deficytowym
i przeznaczonym tylko dla najbliższych.
- Kim jesteś i czego chcesz? - zapytał, szukając w kieszeni różdżki. Zapomniał, że zostawił ją na stoliku w salonie.
- Albus Dumbledore - przedstawił się stojący za drzwiami czarodziej.
- Jaka jest moja największa tajemnica? - zapytał, wciąż nie mogąc odnaleźć różdżki. Ręka mu się zatrzęsła, gdy przez dłuższą chwilę panowała cisza, a on zdał sobie sprawę, że jest bezbronny.
- Posiadasz pelerynę-niewidkę, która jest przekazywana z pokolenia na pokolenia - odpowiedział dyrektor Hogwartu spokojnie. Potter otworzył drzwi, wpuszczając go do środka. - Dobry wieczór - przywitał się.
- James, kto to? - zawołała z salonu Lily. Nie zdążył odpowiedzieć. Siwowłosy mężczyzna ruszył w stronę pomieszczenia, z którego dobiegał głos. - Pan profesor - ucieszyła się, gdy tylko go zauważyła.
- Dobry wieczór - powtórzył. Zza jego pleców wychynął James, który zabrał syna z rąk żony i usiadł na sofie obok przyjaciela. - Lily, Syriuszu - skinął im głową, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Coś się stało? - zapytał Łapa, poważniejąc.
- Wręcz przeciwnie - stwierdził. - Chciałem ci pogratulować sprawnego poprowadzenia misji - zwrócił się do Jamesa. - Udało ci się wykonać zadanie.
- Ale przecież musieliśmy ujawnić ludzi… - powiedział brunet, a w jego oczach pojawiło się niezadowolenie z samego siebie.
- Nieprawda - pokręcił głową Dumbledore, który nawet nie usiadł. Stał w drzwiach, oparty o framugę i wciąż uśmiechał się dobrotliwie. - Od naszego kontaktu wiem, że nic takiego nie miało miejsca. Poplecznicy Czarnego Pana nawet się nie zorientowali, że pogubiliście maski i kaptury. Gratulacje. - Odwrócił się do Lily. - Możesz być z niego dumna.
- Jestem - powiedziała z uśmiechem. - Jestem - powtórzyła, jakby to miało podkreślić wagę jej słów.
- Nie będę wam zajmował więcej czasu. Należy wam się spokojny wieczór – przyznał dyrektor, któremu spieszyło się, by wrócić do zamku. Pozostawienie go na dłuższy czas, pozbawionego ochrony, jaką gwarantowała jego osoba, nie było dobrym pomysłem. Chciał jednak przekazać Jamesowi dobre wieści i przy okazji sprawdzić, jak się mają. Wiedział, że nie jest łatwo i że często nadrabiają miną, mówiąc mu, że wszystko jest w porządku.
- Może pan z nami zostać, będzie nam miło - zaproponowała ruda.
- Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia - zaoponował. - Dobranoc, kochani. - Z tymi słowami wyszedł z pomieszczenia, ukrywając pod gęstą brodą szeroki uśmiech.
W przedpokoju usłyszał, jak Syriusz opowiada jakiś dowcip, a Lily i James wtórują mu śmiechem. Spojrzał na ich cienie, tańczące w nikłym świetle małej lampki i nagle poczuł przypływ nadziei, która miała mu dać siłę na kolejne dni walki z siłami zła. Życzył im wszystkim jak najlepiej, bo ich odwaga działała cuda.
Przecież pewnego dnia ta okrutna wojna dobiegnie końca, a wówczas wszyscy będą mogli żyć normalnie, bez konieczności ukrywania się i działania w tajnych stowarzyszeniach.

***

- I co mi dasz w zamian, Severusie? - zapytał Dumbledore, nie okazując, jak bardzo wstrząsnęło nim to, czego się dowiedział. Czarnowłosy mężczyzna wykrzywił wargi
w czymś, co od biedy można było nazwać ironicznym uśmiechem. Milczał chwilę, myśląc intensywnie, co może ofiarować dyrektorowi.
- Wszystko - powiedział w końcu, czując, że i tak nie zostało mu nic.

***

Dumbledore szybkim krokiem opuścił Hogwart, wcześniej rzucając na siebie zaklęcie zwodzące. Musiał powiedzieć Lily i Jamesowi, czego się dowiedział. Nie mógł tego przed nimi ukrywać, choć jednocześnie próbował przesunąć to w czasie. Robił to, bo miał wtedy wrażenie, że widmo śmierci, które pojawiło się nad rodziną Potterów, jest trochę mniej realne.
Teleportował się pod ich dom. Gdy wylądował, jego ciało przeszył zimny dreszcz. Przeniósł spojrzenie z przydrożnej latarni na okno młodej rodziny i z bólem w sercu zauważył, że bawią się we trójkę, a mały Harry raz po raz wybucha śmiechem, widząc kolorowe iskry wydobywające się z różdżki. Wolnym krokiem podszedł do drzwi, zwalczając w sobie ochotę do ucieczki. Po raz kolejny pożałował, że w zasadzie to on kieruje wojną z Voldemortem. Pełnienie tej funkcji powodowało, że to on musiał przekazywać złe informacje swoim podopiecznym. Nie mógł zrzucić tego na kogoś innego. Zdjął z siebie zaklęcie, które czyniło go niewidzialnym i zapukał do drzwi. Niemalże natychmiast zmaterializował się przy nich James i zaczął mu zadawać pytania, które miały sprawdzić jego tożsamość. Odpowiadał cierpliwie, ciesząc się, że Potter w końcu zrozumiał, że bezpieczeństwo jest najważniejsze. Uśmiechnął się pod swoją długą, białą brodą. Odkąd jego ulubieniec związał się z Lily, zaszło w nim wiele zmian, oczywiście na lepsze.
- Dobry wieczór, profesorze - przywitał się brunet, wciąż mając na twarzy szeroki uśmiech. Od razu dostrzegł niespokojny wyraz oczu swojego byłego nauczyciela i również spoważniał. - Czy coś się stało?
- Dobry wieczór, James - odpowiedział, siląc się na spokój. - Przejdźmy do salonu. - Czuł się źle, ale nie miał wyjścia. To przecież dla ich dobra. Usiadł w fotelu. Lily posłała mu uśmiech, bardziej zajęta kołysaniem syna.
- Cześć, profesorze - powiedziała, siadając na oparciu sofy. Jej ton był lekki i pełen radości. Poczuł wyrzuty sumienia na myśl o tym, że zaraz zburzy jej szczęście.
- Lily… James… - zawiesił głos, szukając sposobu, jak ubrać ogrom niebezpieczeństwa
w miarę proste słowa, aby zanadto ich nie przestraszyć. Słuchając słów dyrektora, kobieta drżącymi rękami przełożyła syna do łóżeczka. Potem zajęła miejsce koło męża, a on chwycił ją za dłoń i uścisnął mocno. Oboje byli bladzi, choć na ich twarzach widniała determinacja. Chcieli żyć i, choć nie mieli czasu, aby to ustalić, podjęli decyzję, że zastosują się do środków bezpieczeństwa, jakie zaproponował im Dumbledore.
Gdy tylko siwowłosy mężczyzna opuścił ich mieszkanie, między małżonkami zapanowała cisza. Lily schowała twarz w dłoniach. Jej mąż zastanawiał się, co ma zrobić, aby zapewnić najbliższej rodzinie spokój.
- James? - powiedziała nagle, unosząc głowę. W kącikach oczu dostrzegł kilka łez. - Co teraz będzie?

***

W salonie Potterów siedziały cztery osoby. Panowała uroczysta cisza.
- Syriuszu - powiedziała Lily, uśmiechając się do przyjaciela. - Chcielibyśmy prosić cię, żebyś został naszym Strażnikiem Tajemnicy. - Na ich prośbę Dumbledore poinformował go o zagrożeniu, jakie nad nimi wisiało od strony Voldemorta. We dwójkę podjęli decyzję, że jest on ich najbardziej zaufanym znajomym i że to on powinien strzec ich sekretu. Łapa przełknął ślinę. Spodziewał się tego i wiedział, że nie może się zgodzić.
- Nie ma mowy - zaprotestował. Na twarzy Jamesa zagościła uraza. Od razu zaczął się krygować, widząc, że i Lily jest przykro. Zupełnie jakby zdradził ich zaufanie. - Wszyscy wiedzą, że jestem waszym przyjacielem. Jeśli nagle znikniecie, wszyscy będą wiedzieli, że ja jestem Strażnikiem. Moim zdaniem powinniście wybrać kogoś, kto będzie mniej oczywisty. - Dumbledore pokiwał głową, zgadzając się z argumentami Łapy.
- Lupin? - zapytał James, marszcząc brwi. Niezbyt podobało mu się, że kto inny miałby odpowiadać za ich życie.
- Nie - odpowiedział Syriusz. - Peter.

***

- Jesteś pewny, że to dobry pomysł? - zapytała rudowłosa ukochanego, patrząc
z wewnętrznym niepokojem na jednego z przyjaciół męża i dyrektora. Żaden z nich nie podzielał jej wątpliwości.
- Zaufajmy mu - powiedział spokojnie James. - To mój przyjaciel.
- Dobrze więc - zgodziła się, odsuwając niepokój na bok. Miała całkowitą ufność w słowa męża. Przecież wiedział, co robi. Patrzyła, jak najpotężniejszy czarodziej w Anglii deponuje tajemnicę ich miejsca zamieszkania w duszy Petera Pettigrew. Mimowolny niepokój wciąż nie opuszczał jej duszy, zrzuciła to jednak na strach przed Voldemortem. Przecież ich przyjaciel na pewno dotrzyma słowa.
Legendarną czwórkę Huncwotów przede wszystkim cechowała wzajemna lojalność.
Nie było czym się martwić.

***

Tydzień później
Niski, lekko posiwiały czarodziej stał przed swoim panem w niskim ukłonie
i czekał, aż ten udzieli mu głosu.
- Czego chcesz, Glizdogonie? - zapytał w końcu Lord, nawet na niego nie patrząc.
- Mój panie… - urwał nagle, jakby rozważając konsekwencje swojej decyzji.
W rzeczywistości jednak chciał wykazać się jak największym opanowaniem, zdradzając swojemu panu największy z możliwych sekretów.
- Mów - nakazał mu zimny głos. Mężczyzna wziął głęboki oddech.
- Wiem, gdzie mieszkają Potterowie - powiedział, mając nadzieję, że w końcu zasłuży sobie na zaufanie i Mroczny Znak, którego otrzymanie było największą nagrodą dla każdego śmierciożercy. Wyjawił szeptem adres zamieszkania przyjaciół.
Zaklęcie Fideliusa, rzucone na jeden z mniejszych domków w dolinie Godryka, właśnie przestało działać.
- Dobrze więc - syknął Czarny Pan, wstając z fotela i poruszając swoją szatą zamaszyście. - To się stanie dzisiaj. - Jego zimny głos odbił się echem od ścian pomieszczenia pozbawionego mebli. Glizdogona przeszedł zimny dreszcz, jednak na wyrzuty sumienia było już za późno. Lord Voldemort opuścił pomieszczenie, pogrążony w myślach. Miał konkretny cel i obiecał sobie, że nie dopuści, aby coś stanęło mu na drodze.
W tym samym czasie Lily Potter zerknęła na wiszący w kuchni kalendarz. Wskazywał 31 października 1981 roku.



6 komentarzy:

  1. O rety, rety...
    Przede wszystkim, dziękuję Wam, dziewczyny! Bardzo, bardzo, bardzo! :) Za życzenia, które, mam nadzieję, się spełnią. Madź, rozbawiłaś mnie do łez :)
    Kiedy rozmawiałyśmy o tym, nie sądziłam, że naprawdę będziesz chciała napisać coś takiego. Zwłaszcza, że poruszasz się głównie w tematyce Dramione (i, co odkrywam z przyjemnością, również Arrow). Naprawdę jestem dumna, że napisałaś tak świetny kawałek tekstu.
    Do ostatniego akapitu nie byłam pewna, w jaki sposób to zakończysz. Teraz stwierdzam, że chcę jeszcze! Wiem, że ciąg dalszy został już napisany, ale naprawdę bardzo fajnie mi się to czytało. No i cóż, jeszcze nikt nie podarował mi czegoś takiego :)
    Pomijam już fakt świetnie wykreowanych bohaterów. To właśnie takiego Syriusza widzę. James, który stał się nieco bardziej poważny, a na pewno jest bardziej świadomy niebezpieczeństwa, przez co dba o rodzinę. No i Lily z tym swoim wtrąceniem "James!", które sprawiło, że parsknęłam śmiechem, pomimo późnej pory.
    Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję! Cieszę się, że mogę z Wami pracować :)
    Ściskam mocno i całuję,
    Wasza A. :*

    OdpowiedzUsuń
  2. JUŻ JEST! PIERWSZY ROZDZIAŁ DOSTĘPNY NA - http://hogwartshore.blogspot.com/
    ZAPRASZAMY!

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny blog
    Zapraszam do siebie mimo że to nie opowiadanie i żadna konkurencja ; )

    cottonon.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajne, chociaż aż mnie dreszcze przechodziły w niektórych momentach... ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Smutne i powodujące ciarki, ale piękne. Zaufanie to skarb, który czasem zakopujemy w złym miejscu.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetna miniaturka!
    Mam jedno pytanie: dlaczego James mówi na jednego ze swoich najlepszych przyjaciół po nazwisku? Mam na myśli Remusa Lupina. Lily to Lily, James to James, Syriusz to Syriusz, Peter to Peter, ale Remus to Lupin?
    Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń